Uncategorized

Rzecz o wrażliwości islamskiej, katolickiej i postmodernistycznej

Przyslala Kasia

Andrzej Koraszewski

W Jemenie panuje prawdziwy głód, ale są sprawy ważniejsze niż umierający z niedożywienia ludzie. Czy wrażliwość może kłamać? Oczywiście, że może. Nasza wrażliwość jest kulturowa. Choć splata się z pewnymi cechami przekazywanymi genetycznie, formuje ją środowisko i to ono może nam płatać paskudne figle. Pochodząca z Lewantu Rawan Osman uważa się za „uzdrowioną antysemitkę”. Wychowana w żarliwej nienawiści do Żydów, dopiero na studiach we Francji odkryła, że zaszczepiono jej uszkodzoną wrażliwość.

„Moja wrażliwość nie podlega negocjacjom” – powiedział pewien warszawski uczony. Cóż, moja wrażliwość zdecydowanie im podlega. Dyskutuję z nią każdego dnia.

Dlaczego przy każdym temacie jak diabeł z pudełka wyskakują Żydzi? Podobno gdyby ich nie było, należałoby ich wymyśleć. Są jednak, więc nie musimy się trudzić. Dzięki Bogu mamy Żydów i możemy być posłuszni dziesięciu przykazaniom, które Bóg dał Palestyńczykom, zanim poprowadził ich dalej, do Palestyny. Wielki Zderzacz Hadronów pracuje bez wytchnienia, skłaniając ludzką wrażliwość do reagowania w sposób niepodlegający negocjacjom.

Richard Dawkins wywołał burzę w szklance wody, stwierdzając, że jest „kulturowym chrześcijaninem”. Usprawiedliwiając się, przypomina czytelnikom, że chodził do anglikańskich szkół, uwielbia stare katedry, zna na pamięć religijne pieśni i Biblię oraz rozpoznaje biblijne zwroty i aluzje obecne w codziennym języku. Obawiam się jednak, że przejął z tej kultury znacznie więcej i że tkwi w nas wiele rzeczy, których na co dzień nie zauważamy. Kiedyś, pisząc o Izraelu, Dawkins użył określenia lebensraum. U ateistów więź z kulturą porzuconej religii daje o sobie znać na różne sposoby. Czy używane przez niemieckich nazistów pojęcie lebensraum ma coś wspólnego z kulturą chrześcijańską? To ciekawe pytanie. Nie ulega wątpliwości, że nazistowska paranoja na punkcie Żydów nie narodziła się w próżni. Trudno też wątpić w fakt, że Izraelczycy nie wszczęli ani jednej wojny – wszystkie ich konflikty były i są obronne, a korekta granic po zwycięskiej wojnie obronnej jest zgodna z prawem międzynarodowym. Określenie lebensraum w odniesieniu do Izraela jest (przynajmniej dla mnie) oszczerstwem, które mogło być bezmyślne, ale w żaden sposób nie jest niewinne.

Alan Dershowitz, znakomity prawnik i staroświecki amerykański lewicowiec (ale kulturowy Żyd), przygląda się fenomenowi papieża Franciszka. Popełnia przy tym kilka „grzecznościowych” nieścisłości, stwierdzając, że „od zakończenia II wojny światowej Watykan usilnie starał się zrekompensować stulecia ataków na naród żydowski, w tym krucjaty, inkwizycję, pogromy podżegane przez księży i teologiczne twierdzenia, że Żydzi zabili Jezusa”.

To zdanie wyraźnie bierze pod uwagę katolicką wrażliwość. Dershowitz doskonale jednak wie, że bezpośrednio po wojnie Watykan nadal chronił nazistów, sprzeciwiał się samej idei powstania państwa żydowskiego i prowadził zaciekłą dyplomatyczną batalię, by Jerozolima nie wpadła w żydowskie ręce. Reakcją na oskarżenia o współpracę z nazistami i obojętność wobec Zagłady były wykręty i kłamstwa. Pierwszy krok w stronę zmiany stosunku katolików do judaizmu podjął dopiero Jan XXIII. Po długiej walce z oponentami w październiku 1965 roku ogłoszono deklarację Nostra aetate – dokument jednak mocno rozwodniony.

Tak, zarówno Jan XXIII, Paweł VI, jak i Jan Paweł II podjęli próby powstrzymania fali katolickiej nienawiści. Paweł VI podjął heroiczną decyzję o zdjęciu z Żydów zbiorowej winy za ukrzyżowanie Chrystusa przez Rzymian. Jednak uznanie Izraela przez Watykan w 1993 roku nie oznaczało uznania Jerozolimy za jego stolicę ani nie zakończyło antysyjonistycznej propagandy płynącej zarówno z Zachodu, jak i z krajów muzułmańskich.

Bezpośrednim powodem artykułu Dershowitza były niedawne „wyczyny” papieża Franciszka: jego modlitwa do „Jezusa Palestyńczyka” i powtarzanie kłamstw o izraelskim ludobójstwie. Ale to nie jest tak, że Franciszek nagle cofnął zegar i zatrzymał proces pokuty za dwa tysiące lat nienawiści. To przecież Jan Paweł II spotykał się z Arafatem, udając, że nie wie nic o jego zbrodniach.

Chrześcijańska wrażliwość (katolicka, protestancka i prawosławna) z miłością objęła stary antysemityzm, przebrany teraz za antysyjonizm. W ZSRR kontrolowana przez partię Cerkiew ochoczo włączyła się w antysemicką nagonkę już w połowie lat 60. ubiegłego wieku. W Polsce katolicki PAX (spadkobierca przedwojennej Falangi) z najwyższą radością wsparł propagandę marcową w 1968 roku, podczas gdy Episkopat ograniczył się do milczącej aprobaty komunistycznego antysemityzmu. Katolicka wrażliwość próbująca czerpać ze zmian zapoczątkowanych przez Jana XXIII stanowiła margines, ograniczony do środowisk „Tygodnika Powszechnego” i „Więzi”. Na długo przed pojawieniem się Franciszka chrześcijańska wrażliwość była zdominowana przez współczucie dla Arabów, którym Izraelczycy „utrudniają” zabijanie Żydów. Papież Franciszek jest po prostu bardziej otwarty. Kościoły protestanckie z niewielkim opóźnieniem dołączyły do tego powrotu do antysemityzmu, ubranego dziś w antysyjonistyczną komżę.

W tym stuleciu chrześcijańska wrażliwość odżyła z całą mocą i przestała się kryć. Miała wsparcie wrażliwości lewicowej, reprezentowanej przez takich intelektualistów jak Michel Foucault czy Richard Falk. Ci i wielu innych guru pielgrzymowali do Chomeiniego jeszcze w Paryżu, głęboko przekonani, że oto rodzi się nowa gwiazda „właściwej” wrażliwości.

„Patrząc w przyszłość, ajatollah Chomeini mówi o nadziei, że pokaże światu, co autentyczny rząd islamski może zrobić dla swojego narodu” – pisał w 1979 roku profesor Princeton University, Richard Falk. „Jest to chyba pierwsze wielkie powstanie przeciwko globalnym systemom” – wtórował mu Michel Foucault. Andrew Young (ambasador USA przy ONZ w administracji Cartera) nazwał Chomeiniego „świętym”, który wniesie nowego ducha do ruchu praw człowieka.

Mogli przeczytać książkę tego „uczonego w islamie” ajatollaha (była już dostępna po angielsku), woleli jednak słuchać tego, co „święty” mówi, i tłumaczyli to sobie po swojemu.

Gdzie szukać islamskiej wrażliwości, która nie podlega negocjacjom? Antyjudaizm był i jest w islamie (podobnie jak w chrześcijaństwie) zwornikiem religijnej wspólnoty. Nienawidzące się wzajemnie odłamy islamu konkurowały o to, kto silniej nienawidzi Żydów. Islam znalazł sojusznika w niemieckim nazizmie, ponieważ ten obiecywał walkę z Żydami, „bezbożnym” komunizmem i niosącą zepsucie amoralną (żydowską) demokracją.

Można by tu przywołać wersety Koranu, pisma założycieli Bractwa Muzułmańskiego, słowa prezydenta Iranu czy prezydenta Turcji. Można też ograniczyć się do haseł wypisanych na fladze jemeńskich bojowników Huti:

Bóg jest największy

Śmierć Ameryce

Śmierć Izraelowi

Zwycięstwo islamu

Zaraz, czy to przypadkiem nie te same hasła, które od lat powtarza Ali Chamenei? Islamska Republika Iranu zabija kobiety za odsłonięcie włosów, zabija za miłość jednopłciową i za sprzeciw wobec tyranii. Zapowiada walkę z niewiernymi tak długo, aż pochwała Allaha nie zapanuje na całym świecie.

Czy wojna z Żydami jest naprawdę na pierwszym miejscu? To zależy, jak na to patrzeć. Hasło „Śmierć Ameryce” stoi wyżej niż „Śmierć Izraelowi”. Islamska Republika zamordowała znacznie więcej współwyznawców niż niewiernych, ale nic tak nie jednoczy jak nienawiść do Żydów. Co więcej, pozwala ona pozyskać chwilowych sojuszników wśród niewiernych. Wyznawcy Allaha nie zdobyliby władzy w Iranie bez pomocy komunistów, których wymordowali natychmiast po przewrocie. Dziś „współczucie dla Palestyńczyków” jednoczy świat, więc Teheran dziękuje zachodnim studentom za ich „właściwą” wrażliwość. Tę wrażliwość mieszkańcy Zachodu demonstrują czasem otwarcie pod flagami Hamasu i Hezbollahu, czasem w ramach niepodlegającej negocjacjom wrażliwości chrześcijańskiej, a czasem „humanistycznej” – połączonej z miłością do już martwych Żydów.

Wróćmy jednak do Jemenu, gdzie nazistowski salut widuje się częściej niż ten oddawany przez bojowników Hezbollahu. Ta silna obecność nazistowskiej symboliki kontrastuje z oskarżeniami Żydów o faszyzm. Islamska, chrześcijańska i postchrześcijańska wrażliwość dyktuje ignorowanie tej pierwszej i gorliwe poszukiwanie dowodów na to, że to Żydzi są faszystami.

Twórczyni cyfrowa Magdalena L. pisze:

„Nie obawiam się pisania i mówienia prawdy. Wyleczyłam się z tego nałogowego lęku, opuszczając Kościół. Prywata mną nie rządzi. Mamona tym bardziej, choć nie powiem – pojechałabym do Izraela na koszt jakiegoś bogatego Żyda. Polska literatura i nauka wiele Żydom zawdzięczają, naprawdę. Powinniśmy być dumni, że tacy ludzie jak Julian Tuwim chcieli pozostać Polakami. O ileż jesteśmy bogatsi, ale to nie oznacza, że mogą kneblować nam usta w myśl zasady »coś za coś« czy w ramach pokuty za zbrodnie na Żydach”.

Pisze to na profilu badacza Zagłady. Czy to wrażliwość postchrześcijańska, czy może już postmodernistyczna? Trudno orzec.

„Gazeta Wyborcza” z zadyszką goni za najnowszymi trendami intelektualnymi. Zazwyczaj szuka ich w „Guardianie”, „Le Monde” czy „Haaretz”. Ostatnio postanowiła zamieścić tłumaczenie artykułu z mniej lewicowego „Le Figaro” – oczywiście o Izraelu, bo kogo interesuje Jemen, Turcja, Sudan czy ścisła współpraca agencji ONZ z Hamasem. Artykuł zaczyna się tak:

„Operacje wojskowe Izraela w Strefie Gazy, Libanie i Syrii zwiększyły bezpieczeństwo jego granic i bardzo osłabiły irańską oś na Bliskim Wschodzie. Ale czy premier Netanjahu wie, że pycha kroczy przed upadkiem?”.

Obrona żydowskiego życia zawsze była niepokojąca i irytująca. Znany palestyński analityk z Ramallah, Abd Al-Majid Sweilam, napisał serię artykułów o tym, jak wielkim sukcesem okazała się operacja „Potop Al-Aksa”. Twierdzi, że była świetnie przygotowana, przeprowadzona w kooperacji z innymi i stanowiła sukces militarny. Jej organizatorzy liczyli się z kosztami ludzkimi i materialnymi, które – choć duże – nie są najważniejsze, ponieważ sprawa palestyńska wróciła na światową scenę, Hamas i Hezbollah nie zostały pokonane, a świat obrócił się przeciwko Izraelowi. Według niego operacja była słuszna i przyniosła „znakomite owoce”.

Judith Butler, gwiazda postmodernizmu, zapewne się z nim zgadza – taką zgodę dyktuje jej niepodlegająca negocjacjom wrażliwość. Wrażliwość kojarzy się z empatią i współczuciem dla słabych. Uzbrojony Izraelczyk budzi demony, choć u niektórych budzi też nadzieję, że zdoła pokrzyżować plany „wrażliwych inaczej”.

Rzecz o wrażliwości islamskiej, katolickiej i postmodernistycznej

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.