
Alicja Teodorescu
W Rydze, Warszawie i Kijowie można się przekonać, że wolność nie przetrwa dzięki samym dobrym intencjom czy niekończącym się dialogom – przetrwa dzięki woli i zdolności do jej obrony przed tymi, którzy chcą ją zniszczyć.
Łotwa była okupowana zarówno przez Hitlera, jak i Stalina, za co jej ludność płaciła najwyższą cenę przez dziesięciolecia. Zdjęcie: prywatne z Muzeum Okupacji w Rydze.
W tym tygodniu odwiedziłam Rygę wraz z kolegami z grupy EPP. Oprócz interesujących paneli poświęconych rosyjskiemu zagrożeniu dla wschodniej flanki, konkurencyjności oraz wzrostowi dobrobytu – jako warunkowi niezbędnemu do wzmocnienia potencjału odstraszania – odwiedziłam poruszające Muzeum Okupacji.
Zapoznałam się tam z tragiczną historią Łotwy w XX wieku i zyskałam bolesny wgląd w długą walkę wytrwałego narodu łotewskiego zarówno z nazizmem, jak i komunizmem. W opowieściach o deportacjach, masowych mordach i dziesięcioleciach ucisku objawia się prawda, którą zbyt wielu przez zbyt długi czas próbowało relatywizować: wolność nie przetrwa dzięki samym dobrym intencjom. Przetrwa dzięki ludziom gotowym jej bronić.
Walka o wolność i pokój, przeciwko uciskowi i totalitaryzmowi – która splata losy tak wielu narodów europejskich w ciągu ostatnich stu lat – powinna być postrzegana jako ponadczasowe przypomnienie o tym, co dziś ponownie stoi na szali.
„Wolność jest zawsze warta walki” – napisałam w księdze gości muzeum, zanim wyszłam na mróz, by podziwiać architektoniczne perełki ryskich uliczek. Dzień wcześniej rosyjskie drony ponownie naruszyły terytorium kraju. Nic dziwnego, że Polska i Łotwa przeznaczają na obronność około 5 procent PKB, co z powagą podkreślił przemawiający do nas łotewski premier.
W Europie Wschodniej nie można sobie pozwolić na traktowanie zbrojeń jako niefortunnego odejścia od pokoju – są one tam postrzegane jako jego fundament. Panuje przekonanie, że Rosja nie jest wynikiem „nieporozumienia”, które można wyjaśnić rozmową, lecz imperialistycznym zagrożeniem, które należy powstrzymać, a w najgorszym przypadku – pokonać. Rosja stanowi dla swoich sąsiadów zagrożenie egzystencjalne i jest traktowana adekwatnie do tego faktu. Żaden decydent polityczny ani wysoki rangą wojskowy nie wpadłby tam na pomysł, by bagatelizować to niebezpieczeństwo w imię „nieustraszenia” ludności. My, w naszej części Europy, również nie powinniśmy tego robić. Odporność psychiczna jest bowiem wynikiem mentalnego przygotowania.
Podczas lotu powrotnego przypomniałam sobie dwa inne spotkania z ostatnich tygodni: jedno z irańskim księciem koronnym Rezą Pahlavim, a drugie z papieżem Leonem XIV. Kontrasty między tymi osobistościami są wyraźne, mimo że zarówno premier Łotwy, książę, jak i papież deklarują oddanie idei pokoju i wolności.
Istotna różnica polega jednak na tym, że dwaj pierwsi nie mają złudzeń, iż pokój jest stanem naturalnym, który można po prostu wywołać samym pragnieniem – zwłaszcza gdy ci, którzy mu zagrażają, nie zamierzają zaprzestać wojny, terroru ani ucisku. Nie wierzą oni, że konflikty wynikają wyłącznie z braku dialogu lub że sprzeczności można przezwyciężyć samą chęcią rozmowy. Świat nigdy tak nie działał. Dlatego zdają sobie sprawę, że o pokoju należy mówić jako o wartości, której trzeba bronić – również militarnie.
Nasuwa się bowiem pytanie: jaki jest wspólny mianownik między demokracją a totalitaryzmem? Między wolnością a islamizmem? Między państwem prawa a rządami terroru? Czy można było szukać kompromisu z Adolfem Hitlerem, Józefem Stalinem lub Benito Mussolinim? I jak wygląda to dzisiaj w przypadku reżimu w Iranie, Hamasu czy aparatu władzy na Kremlu?
Czy wolny świat nie musiał zwalczyć nazizmu i komunizmu, aby ocalić pokój? Czy Ukraińcy nie powinni walczyć o suwerenność? Czy Irańczycy mają godzić się na życie pod islamistycznym biczem? Czy Izrael ma akceptować fakt, że Iran dąży do jego unicestwienia, kontynuując to, co niegdyś zaczął Hitler?
Właśnie z powodu tej nieposkromionej woli życia w pokoju i wolności trwają wojny – jako konsekwencja słusznego oporu wobec tych, którzy chcą zniewalać i mordować. Czy taki opór sam w sobie jest zły?

Audiencja u papieża w Watykanie. Zdjęcia: Watykan
Po wyborze na papieża w maju ubiegłego roku, Leon XIV zwrócił się do tłumów słowami „Pokój z wami”, mówiąc o jedności i rozbrojeniu w imię Jezusa. Kwestie te powróciły w przemówieniu, którego wysłuchałam podczas podróży grupy EPP do Rzymu. Papież poruszył szeroki wachlarz tematów: od wartości chrześcijańskich w polityce, przez sprzeciw wobec populizmu, rewolucję AI, migrację, aż po rolę ideologii. Wielokrotnie wzywał do deeskalacji trwających wojen. Przypomniał również, że UE wyrosła z popiołów dwóch wojen światowych, nawiązując do słów Franciszka, że „jedność jest ważniejsza niż konflikt”. Papież rozwinął tę myśl:
„Dążenie do jedności oznacza odwagę spojrzenia poza powierzchowne sprzeczności (…). Ideologie są bowiem zawsze wypaczeniem rzeczywistości – rodzajem przemocy wobec niej. /…/ Prawdziwa polityka ludowa wymaga czasu, wspólnych projektów i miłości do prawdy”.
Uważam to przemówienie za interesujące, choć z wieloma jego wnioskami się nie zgadzam. W przeciwieństwie do papieża sądzę, że wiele dzisiejszych konfliktów wynika z chorobliwej obawy przed reagowaniem na zagrożenia, gdy są one jeszcze w powijakach. Wynikają one z niechęci do przyznania, że nie wszystkich agresorów – czy to religijnych ekstremistów, czy ideologów – da się sprowadzić do stołu negocjacyjnego. Nie wszyscy podzielają nasze spojrzenie na godność ludzką.
Uważam również, że UE – unia, która tak skutecznie gwarantowała pokój – obecnie nie potrafi odnaleźć się wobec nowych linii frontu. To uczyniło nas biernymi i w pewnym stopniu nieistotnymi. Dyplomacja bez realnej siły to tylko pobożne życzenia ubrane w garnitur.
To prawda, że UE powstała na zgliszczach wojen, ale długi okres stabilizacji opierał się na czymś więcej niż konsensus: na amerykańskich gwarancjach bezpieczeństwa w ramach NATO i woli obrony Zachodu przed ekspansją radziecką. Pokój nigdy nie opierał się wyłącznie na „nowo odkrytej wyższości dobra”, lecz na odstraszaniu. Zależność gospodarcza (handel) nie rodzi automatycznie wspólnych wartości – nasi wrogowie niekoniecznie szanują wolność jednostki czy sekularyzm. Wystarczy spojrzeć na Rosję.
Ponadto uważam, że decydenci pozbawieni fundamentów ideowych łatwo ulegają oportunizmowi. Trzeba umieć odróżnić ideologię (zbiór idei) od totalitarnych doktryn opartych na fundamencie przemocy.
Najbardziej problematyczny jest jednak lęk przed zajęciem stanowiska w walce między dobrem a złem. Wojna Rosji przeciwko Ukrainie czy ataki Hamasu są wyrazem właśnie tego zła. Kiedy „pokój” sprowadza się wyłącznie do braku walki, a nie do obecności wolności, pojawia się moralny zamęt. Wtedy opór Ukrainy staje się „przeszkodą dla pokoju”, a samoobrona Izraela „eskalacją”.
Wojny nie wybuchają dlatego, że wolni ludzie odmawiają podporządkowania się. Wybuchają dlatego, że tyrani tego podporządkowania wymagają.
To jest decydująca różnica między realizmem a naiwnością. Realizm to zrozumienie, że niektórych konfliktów nie da się uniknąć, bo przeciwnik chce tylko „pokoju cmentarnego”. Naiwność to wiara, że jednostronna uległość powstrzyma ekspansjonizm.
Nie żyjemy w czasach bezpiecznych. Być może z perspektywy czasu obecny okres zostanie uznany za przedwojenny. Mimo to zachowujemy się, jakbyśmy mogli uniknąć starcia poprzez samo unikanie tematu, zamiast przygotowywać się do walki, która prawdopodobnie nadejdzie.
Gdyby Ukraina lub Izrael działały w oparciu o chęć osiągnięcia konsensusu z tymi, którzy chcą je zniszczyć, państwa te już by nie istniały. W trwających konfliktach nie wystarczy „liczyć na pokój”. Musimy przypomnieć sobie, że pokój wymaga siły, granic i odwagi. Wolność wciąż jest warta walki – a kto nie jest gotowy jej bronić, ten prędzej czy później ją utraci.
Pokój bez siły to tylko iluzja

Kategorie: Uncategorized

