Uncategorized

Rozbrojenie już kiedyś się sprawdziło. Ale nie w ten sposób.

autor Sheri Oz

Francja ma plan rozbrojenia Hezbollahu. Historia wydała już jednak werdykt.

W obliczu skrajnie napiętych negocjacji z Libanem i Iranem warto zadać trudne pytanie: w jakich warunkach porozumienia o rozbrojeniu faktycznie kończyły się sukcesem?

Francja dąży do tego, by Izrael zaprzestał ataków na Liban, a Hezbollah został rozbrojony za pośrednictwem libańskich mechanizmów państwowych. Podobne żądania wysuwane są wobec Hamasu i Iranu w ramach odrębnych negocjacji. Prezydent Emmanuel Macron argumentuje, że demilitaryzacja jest kluczowym elementem stabilizacji regionu.

To samo żądanie wykracza jednak poza Liban i Francję. Wynegocjowane przez USA zawieszenie broni z Hamasem w Strefie Gazy również zakłada demilitaryzację. Z kolei konflikt z Iranem toczy się w dużej mierze o to, by zmusić Teheran do porzucenia ambicji nuklearnych oraz ograniczenia arsenału rakiet balistycznych. Kwestia ta ma więc charakter systemowy.

Pojawia się jednak zasadniczy problem: historyczne warunki, które pozwalały na skuteczne, wynegocjowane rozbrojenie, w tym przypadku po prostu nie występują.

Negocjowane rozbrojenie: lekcje z historii

W przeszłości proces ten powiódł się w przypadku Tymczasowej Irlandzkiej Armii Republikańskiej (IRA), Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii (FARC) oraz Afrykańskiego Kongresu Narodowego (ANC). Każdy z tych przykładów pokazuje, jak wyglądają realne fundamenty sukcesu:

  • IRA: Po dziesięcioleciach walk z państwem brytyjskim nastąpił impas – żadna ze stron nie mogła wygrać. Gdy Porozumienie Wielkopiątkowe zaoferowało Sinn Féin realną ścieżkę polityczną, dalsza walka zbrojna straciła sens. Rozbrojenie było powolne i odbywało się pod ścisłym nadzorem międzynarodowym.
  • FARC: Organizacja została militarnie zdruzgotana, zanim zasiadła do rozmów. Państwo kolumbijskie, wspierane przez USA, osłabiło zdolności operacyjne partyzantów do tego stopnia, że kontynuowanie wojny przestało im się opłacać. Porozumienie dało dowódcom alternatywę, za którą warto było oddać broń.
  • ANC: To przypadek odmienny strukturalnie. Ruch nie rozbroił się na rzecz istniejącego państwa, lecz sam stał się państwem. Walka zbrojna wygasła, ponieważ organizacja ewoluowała w stronę sprawowania rządów, a motywacja do posiadania broni ustąpiła ambicji sprawowania władzy.

W każdym z tych przypadków liderzy uznali, że polityka oferuje więcej niż wojna. Istniał wiarygodny partner państwowy, a żadna potężna siła zewnętrzna nie podsycała dalszego konfliktu.

Realia odrzucenia

Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Hezbollah zachowuje w Libanie zarówno dominację militarną, jak i polityczną. Nie ma powodu rezygnować z tej pierwszej, skoro dzięki niej utrzymuje tę drugą. Sekretarz generalny Naim Qassem wielokrotnie nazywał próby monopolizacji broni przez państwo „poważnym błędem”. 13 kwietnia 2026 r. oświadczył wprost: „Broń nie podlega negocjacjom. Nie spoczniemy, nie zatrzymamy się ani nie poddamy”.

Hamas wciąż buduje swoją legitymację na idei oporu. Rzecznik Abu Obaida jasno stwierdził 5 kwietnia, że to, czego Izrael nie odebrał im siłą, nie zostanie oddane przy stole negocjacyjnym.

Z kolei Iran, nawet w obliczu strat, traktuje program rakietowy i jądrowy jako gwarancję przetrwania reżimu. To nie jest ruch poszukujący ścieżki politycznej – to państwo o sprecyzowanej ideologii. Jak cytuje Iran International, parlamentarzysta Mahmoud Nabavian stwierdził: „Nie jesteśmy ludźmi kompromisu ani kapitulacji. Jesteśmy ludźmi walki aż do ostatecznego zwycięstwa”.

Z kim właściwie rozmawiamy?

Obecne porozumienie mające powstrzymać ostrzał północnego Izraela negocjowane jest z Libanem, a nie z samym Hezbollahem. Choć Bejrut jest suwerennym partnerem, w rzeczywistości dawno stracił kontrolę nad „państwem w państwie”. Żądanie od rządu libańskiego, by rozbroił Hezbollah, to oczekiwanie egzekwowania czegoś, czego Bejrut nie był w stanie zrobić od dekad.

Plany wzmocnienia wojsk na południe od rzeki Litani czy nowe misje weryfikacyjne brzmią jak echo rezolucji ONZ nr 1701 z 2006 roku. Rezolucji, którą Hezbollah systematycznie ignorował, podczas gdy siły UNIFIL pozostawały bierne.

Hezbollah, Hamas i Iran to naczynia połączone. Iran jest silnikiem, Hezbollah zakorzenioną armią regionalną, a Hamas bojowym ramieniem. Proponowanie rozbrojenia Hezbollahu siłami Libanu to próba leczenia gałęzi, podczas gdy korzeń pozostaje nietknięty.

Iluzja zmiany

Samer Sinijlawi z Fatahu sugeruje na łamach The Jerusalem Post, że sytuacja w Gazie dojrzała do zmian, wskazując na Narodowy Komitet ds. Administracji Strefy Gazy (NCAG). Plan ten zakłada, że nowe siły policyjne z czasem przejmą broń od Hamasu, podobnie jak działo się to w Irlandii czy Kolumbii.

Dla Izraelczyków brzmi to jak powtórka z Oslo: najpierw budujemy struktury, potem czekamy na demilitaryzację. Problem w tym, że skuteczne rozbrojenie wymaga zmiany bodźców i – przede wszystkim – ideologii. Bez dowodów na tę ostatnią, żądania demilitaryzacji pozostają w sferze pobożnych życzeń dyplomacji.

Wniosek

Warunki, które umożliwiły pokój w Belfaście, Bogocie czy Pretorii, w Bejrucie i Teheranie nie istnieją. Dotychczasowe porozumienia z Hezbollahem czy Iranem okazywały się kruche, ponieważ ich fundamenty ideologiczne pozostawały nienaruszone.

Historia zna inny model kończenia zagrożeń ze strony ideologii, które odrzucają negocjacje. Ten model zrealizowano w Berlinie w 1945 roku i niedługo potem w Tokio. Przytoczone cytaty liderów sugerują, że w tym przypadku półśrodki mogą nie wystarczyć.

Rozbrojenie już kiedyś się sprawdziło. Ale nie w ten sposób.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.