Uncategorized

Le Chemin du Retour

Hołd dla duchowego ojca Jom Jeruszalaim

Autor Daniel Clarke-Serret

Nie miałem wówczas pojęcia, co przyniesie dzisiejszy dzień. W tamtych błogich czasach spędzonych na południu Francji, gdy siedząc w pracowni naprzeciwko góry Mont Saint-Victoire, wsłuchiwałem się w Radio Nostalgie, nie mogłem przewidzieć, jak pięknie ułoży się przyszłość: że w Dzień Jerozolimy będę pisał o francuskim chanteur par excellence – Charles’u Aznavourze.

Ten wielki francusko-armeński artysta jest dziedzictwem moich studiów; bezcennym wspomnieniem życia w słońcu Prowansji. Fascynowała mnie pasja jego głosu, głębia duszy i przejmujące znaczenie tekstów. Bez wątpienia jest to mój ulubiony artysta – jego wyjątkowość, nieustanna tęsknota i niezrównana wrażliwość są nie do podrobienia.

Aznavour widział to, co inni dostrzegali tylko przelotnie, nie odważając się o tym mówić. Potrafił oddać rozpacz narkomana, desperację pijaka złorzeczącego Bogu, ból homoseksualisty szukającego akceptacji czy nadzieję marsylskiego dokera na lepsze jutro. Bez wysiłku łączył nostalgię z profetyczną wizją, nigdy nie myląc cierpienia z żalem.

Uchwycił wszystko: od szaleństw starca spoglądającego wstecz na swoje „ses emmerdes”, po radość z marszu z aniołami. Był gigantem, który w moich oczach pozostawał postacią nadzwyczajną. Jego głos sięgał głębin niedostępnych nawet dla najbardziej nieustraszonych odkrywców, a życie odcisnęło piętno na każdym, nawet najbardziej intymnym aspekcie ludzkiej kondycji.

To wiek otworzył jego talentowi bramy wielkości. Wielu artystów fetowanych w młodości popada w zapomnienie wraz z siwizną – podupadają fizycznie, wokalnie i duchowo. Aznavour był człowiekiem – prorokiem – w którym mieszkał Bóg. Nigdy wcześniej osiemdziesięcioletni mężczyzna nie był tak przystojny, pełen życia i natchniony boskim duchem. Choć w młodości czy wieku średnim nie uchodził za klasycznego amanta, w swoich „diamentowych latach” stał się magnesem, śpiewając dla Francji, Armenii, Jerozolimy i tego, co najlepsze w naszej cywilizacji. Był niczym Benjamin Button, który pięknieje wraz z upływem lat, lub Mojżesz, który osiągnął pełnię mocy po siedemdziesiątce.

To właśnie w Jerozolimie Charles stał się legendą – nie tylko muzyki, ale i nieugaszonej miłości do Syjonu. Kiedy po raz pierwszy poruszył moją duszę, nie wiedziałem jeszcze o roku 1967 ani o jego więziach z Izraelem, które uczyniły go Sprawiedliwym wśród Narodów Świata. Znałem Emmenez-moi, La Bohème czy La Marche des Anges. Znałem angielskie klasyki She i Hier encore. Jednak aż do tego roku nie wiedziałem o Yerushalayim. O Świętym Mieście – owszem. O Charles’u – bien sûr. Ale o ich mistycznej jedności – wcale.

Jakże wielkim błogosławieństwem było ujrzeć Charles’a wśród ruin Świętej Doliny około 1967 roku. Tam, w następstwie cudu, przekroczył bramy miasta i wzniósł się ponad mury obronne. Na tle płaczących kamieni śpiewał o świetle i pełnej bólu tęsknocie setek pokoleń. Śpiewał o Jerozolimie, o le chemin du retour – drodze powrotnej, która wreszcie dobiegła końca.

Jom Jeruszalaim oznacza dla wielu różne rzeczy; w naszych czasach bywa niestety pretekstem do małostkowej polityki i nacjonalistycznych gestów zamiast duchowego uniesienia. To znamienne, że potrzeba było sprawiedliwego, francuskiego proroka, by dostrzec to, co współczesny Izraelczyk nie zawsze potrafi odnaleźć: czystą radość serca płynącą z powrotu po dwóch tysiącach lat samotności. Jeśli zapomnę o Jerozolimie – i o Charles’u Aznavourze – niech moja prawa ręka zapomni o swej zręczności, a moje serce o swej duszy.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.