Avi Mayer

Prezydent Trump w Miami, 28 marca 2026 r. Zdjęcie Białego Domu autorstwa Daniela Toroka.
Obwinianie Izraela za wojnę Ameryki z Iranem nie tylko pomija ogrom dowodów, ale także przywołuje niepokojąco znajome schematy.
Kilka dni temu wygłosiłem gościnny wykład na temat żydowskiego przywództwa dla studentów mojego dyrektora Hillel w college’u. Spotkanie odbyło się za pośrednictwem platformy Zoom – robię to niemal w każdym semestrze. Po podzieleniu się doświadczeniami i spostrzeżeniami z ostatnich lat dotyczącymi Izraela oraz narodu żydowskiego, zaprosiłem słuchaczy do zadawania pytań. Jak zawsze były one przemyślane i dotyczyły szerokiego spektrum zagadnień: od związku między antysyjonizmem a antysemityzmem, przez sposób przedstawiania Izraela w mediach, po możliwości rozwoju kariery w dziedzinie komunikacji.
Pod koniec zajęć jeden ze studentów podniósł wirtualną rękę i zadał interesujące, niezwykle aktualne pytanie. Zapytał, czy uważam, że obwinianie Izraela za wojnę w Iranie jest antysemickie.
Zauważył przy tym, że izraelscy przywódcy od lat opowiadają się za działaniami zbrojnymi przeciwko irańskiemu reżimowi. Twierdził, że zarzut ten stanowi krytykę polityki Izraela, a nie samego istnienia państwa, oraz że nie wydaje się on pasować do żadnego z trzech „D” Natana Szaranskiego (delegitymizacji, demonizacji ani podwójnych standardów), które odróżniają uzasadnioną krytykę Izraela od dyskursu antysemickiego. Dlaczego zatem niektórzy obserwatorzy uważają, że oskarżanie Izraela o wywołanie tej wojny ma podłoże antysemickie?
Było to trafne pytanie i choć udzieliłem na nie odpowiedzi już wtedy, uważam, że zasługuje ono na szersze rozwinięcie.
Stwierdźmy to, co oczywiste: tak, izraelscy przywódcy od dawna identyfikują irański reżim i jego program jądrowy jako egzystencjalne zagrożenie dla Izraela i otwarcie dyskutują o możliwości podjęcia działań zbrojnych w celu jego wyeliminowania.
W czerwcu 1995 r., zaledwie pięć miesięcy przed zamachem na swoje życie, premier Icchak Rabin powiedział „The Washington Post”, że Iran stanowi poważne zagrożenie dla Izraela i wyraził głębokie zaniepokojenie jego programem nuklearnym. Od tamtej pory każdy izraelski przywódca powtarzał te obawy, jednak nikt nie robił tego tak wytrwale jak Benjamin Netanjahu. Od dziesięcioleci czyni on przeciwdziałanie irańskiemu zagrożeniu centralnym punktem swojej agendy politycznej. Jak niedawno donosił „The New York Times”, w okresie poprzedzającym obecną wojnę premier Netanjahu przez kilka miesięcy namawiał prezydenta Donalda Trumpa do podjęcia kampanii wojskowej przeciwko reżimowi. Argumentował, że dalsza zwłoka pozwoli Iranowi stworzyć „tarczę immunitetu” z rakiet, pod osłoną której Teheran mógłby ostatecznie zbudować bombę atomową.
Na początku konfliktu zarówno sekretarz stanu Marco Rubio, jak i przewodniczący Izby Reprezentantów Mike Johnson sugerowali, że działania wojskowe USA były konieczne ze względu na determinację Izraela do przeprowadzenia własnej kampanii. To z kolei mogłoby skutkować irańskimi atakami na amerykańskie obiekty i sojuszników w regionie (Rubio natychmiast dodał, że wojna byłaby konieczna „bez względu na wszystko”).
Irańscy przywódcy konsekwentnie wzywają do zniszczenia Izraela i stworzyli sieć terrorystycznych sojuszników, którzy dążą do tego celu zarówno słowem, jak i czynem. Osłabienie reżimu – lub powstanie nowego rządu w Teheranie – z pewnością leżałoby w interesie narodowym Izraela.
Wszystko to jest prawdą. Nie wyjaśnia jednak, dlaczego to Stany Zjednoczone zdecydowały się wypowiedzieć wojnę.
W rzeczywistości decyzja prezydenta Trumpa o rozpoczęciu kampanii wojskowej w Iranie wynikała z czynników wykraczających daleko poza życzenia jakiegokolwiek sojusznika. Twierdzenie, że było inaczej, świadczy w najlepszym razie o nieznajomości faktów lub mechanizmów, jakimi kierują się amerykańscy prezydenci przy podejmowaniu decyzji o tak ogromnych konsekwencjach.
Mówiąc wprost: żaden prezydent – a zwłaszcza ten konkretny – nie zdecydowałby się na wojnę definiującą jego prezydenturę tylko po to, by zaspokoić interesy innego kraju. Choć wpływ Izraela mógł mieć znaczenie, na decyzję Trumpa wpłynęło wiele innych czynników: presja ze strony licznych sojuszników w regionie, porady wysokich rangą urzędników i doradców, oceny Departamentu Obrony i agencji wywiadowczych, publiczne stanowiska kolejnych administracji USA z ostatnich trzech dekad oraz własne, wieloletnie i dobrze znane przekonania samego Trumpa.
Skupianie się wyłącznie na roli Izraela przy ignorowaniu pozostałych przesłanek oznacza przypisywanie państwu żydowskiemu nieproporcjonalnego, niemal mistycznego wpływu na politykę amerykańską. Jest to współczesne echo mrocznych stereotypów z przeszłości.
W rzeczywistości Izrael nie był jedynym krajem Bliskiego Wschodu, który nalegał na podjęcie przez USA działań zbrojnych przeciwko Teheranowi. Według „The Washington Post”, w miesiącu poprzedzającym wojnę saudyjski książę Mohammed bin Salman wielokrotnie dzwonił do Trumpa, domagając się interwencji. Wysłał nawet swojego brata, ministra obrony Khalida bin Salmana, do Waszyngtonu, by osobiście przedstawił te argumenty. Mimo publicznego opowiadania się za rozwiązaniem dyplomatycznym – i oświadczenia, że amerykańskie samoloty nie mogą korzystać z saudyjskiej przestrzeni powietrznej (co było próbą uniknięcia irańskiego odwetu) – książę był nieugięty w swoich prywatnych apelach. „Saudyjski przywódca ostrzegł, że Iran wyjdzie z tego silniejszy i bardziej niebezpieczny, jeśli USA nie uderzą teraz” – podał „Post”. Arabia Saudyjska była celem pierwszej zagranicznej podróży Trumpa w tej kadencji, podczas której Mohammed obiecał zainwestować w USA prawie bilion dolarów. Uważa się, że inne państwa Zatoki Perskiej również potajemnie naciskały na uderzenie w Iran.
Co istotne, wiele krajów regionu obecnie wzywa Stany Zjednoczone, by nie przerywały działań, dopóki reżim nie straci zdolności do zagrażania sąsiadom. Nie chcą one porozumienia, które pozwoliłoby Teheranowi na dalszą destabilizację regionu.
Liczni urzędnicy administracji od lat opowiadali się za opcją militarną. Już w 2012 r. Marco Rubio ostrzegał, że dyplomacja nie powstrzyma nuklearnych ambicji Iranu. „Jest tylko jedno państwo na świecie, które może coś z tym zrobić – my” – mówił wówczas w Radzie Stosunków Zagranicznych. Według „The New York Timesa”, Rubio przekonywał Trumpa, że kampania wojskowa skutecznie zniszczy irański program rakietowy.
Pete Hegseth, obecny w gabinecie Trumpa, już lata temu nazywał Iran „śmiertelnym wrogiem Ameryki”. „Times” opisał go jako jednego z najgorętszych zwolenników wojny, argumentującego, że skoro i tak trzeba będzie się „zająć Irańczykami”, lepiej zrobić to od razu. Podobne stanowisko zajmował JD Vance, podkreślając, że USA nie mogą pozwolić Iranowi na budowę bomby. Także wpływowi senatorowie, jak Tom Cotton, Ted Cruz czy Lindsey Graham, wywierali presję na Biały Dom.
Amerykańskie agencje wywiadowcze od dekad uznają Iran za kluczowe zagrożenie. Od lat 80. raporty wskazywały na Teheran jako sponsora terroryzmu. W 2025 r. roczna ocena zagrożeń wymieniła Iran obok Chin i Rosji jako głównych przeciwników USA. Strategia Obrony Narodowej z 2026 r., opublikowana tuż przed wybuchem obecnego konfliktu, ostrzegała przed odbudową irańskiego potencjału nuklearnego.
Ten konsensus ponad podziałami partyjnymi trwał latami. Zarówno George W. Bush, Barack Obama, jak i Joe Biden podkreślali, że „wszystkie opcje są na stole”. Obama wprost mówił, że jeśli dyplomacja zawiedzie, użycie siły może być konieczne. Biden powtarzał: „Prezydent Obama nie blefuje”, a później sam deklarował, że nie dopuści do uzbrojenia Iranu w broń jądrową.
Wreszcie sam Donald Trump od ponad czterech dekad prezentuje nieprzejednane stanowisko wobec Teheranu. Już w 1980 r. nazywał kryzys z zakładnikami „horrorem”, a w 1988 r. mówił brytyjskiemu dziennikarzowi, że „rozprawiłby się z wyspą Kharg” przy pierwszej prowokacji. Przez lata powtarzał to w mediach społecznościowych i przemówieniach, grożąc Iranowi „zagładą, jakiej jeszcze nie widzieli”.
Trzy dni po wybuchu wojny Trump stanowczo zaprzeczył, jakoby to Izrael zmusił go do ataku. „Biorąc pod uwagę przebieg negocjacji, sądziłem, że to oni [Iran] zaatakują pierwsi” – powiedział w Gabinecie Owalnym 3 marca. „Jeśli już, to być może to ja zmusiłem Izrael do podjęcia działań”.
Twierdzenie, że Trump wywołał wojnę „dla Izraela”, nie wytrzymuje konfrontacji z faktami. Premier Izraela mógł tego chcieć, ale powody wejścia USA do wojny były znacznie szersze: naciski regionalnych sojuszników, rekomendacje doradców, wieloletnie oceny wywiadu, polityka poprzednich prezydentów oraz osobiste przekonania Trumpa kształtowane przez pół wieku.
Wszystkie te informacje są publicznie dostępne. Należy więc zapytać: dlaczego tak wielu komentatorów uparcie przypisuje winę wyłącznie Izraelowi?
Dla niektórych to wygodne, uproszczone wyjaśnienie skomplikowanej rzeczywistości. Jednak taka narracja przypisuje państwu żydowskiemu moc sprawczą, która nie ma pokrycia w tym, jak faktycznie funkcjonuje władza w Waszyngtonie. Argument ten, celowo lub nie, karmi się antysemickimi teoriami spiskowymi o „ukrytych wpływach” Żydów na losy świata. Fakty mówią co innego. Ameryka nie poszła na wojnę dla Izraela – zrobiła to w wyniku splotu własnych interesów strategicznych i decyzji swojego prezydenta. Można tę decyzję krytykować, ale obwinianie za nią Żydów jest bezpodstawne i niebezpieczne.
Ameryka nie wypowiedziała wojny w imieniu Izraela
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

