Uncategorized

Antysemityzm po raz kolejny sabotuje europejską politykę zagraniczną

Autor Vanessa Berg

Europa opowiedziała się za neutralnością nie z powodów strategicznych, lecz dlatego, że niektóre grupy społeczne sprawiły, iż poparcie dla państwa żydowskiego stało się politycznie nie do utrzymania – nawet jeśli leży to w interesie samej Europy.

28 lutego Stany Zjednoczone i Izrael podjęły decyzję, na którą wielu ich sojuszników nie potrafiło się zdobyć: wystąpiły przeciwko odrażającemu reżimowi irańskiemu. Reżimowi, który od rewolucji w 1979 roku charakteryzuje się nie tylko wewnętrznymi represjami, ale także destabilizacją, przemocą i terroryzmem poza granicami kraju.

Nie było to lekkomyślne posunięcie ze strony Waszyngtonu i Jerozolimy ani odejście od dyplomacji. Był to oczywisty wniosek płynący z faktu, że dyplomacja wielokrotnie zawiodła.

Ponad dekadę temu Zachód obrał inną ścieżkę. Podpisywano porozumienia i czyniono ustępstwa w nadziei – w najlepszym razie szczerej, w najgorszym naiwnej – że zaangażowanie złagodzi postępowanie Teheranu. Tak się nie stało. Reżim dostosował się do nowej sytuacji, przyjął presję i kontynuował realizację swojego nielegalnego programu jądrowego, regionalnych ambicji oraz ideologicznej wojny przeciwko Izraelowi, Ameryce i szeroko pojętemu Zachodowi, wykorzystując do tego wspierane przez siebie grupy terrorystyczne.

Istnieje proste powiedzenie, często przypisywane Albertowi Einsteinowi: szaleństwem jest robić w kółko to samo i oczekiwać innych rezultatów. Niezależnie od autorstwa tych słów, zasada pozostaje aktualna. Powtarzanie nieudanych strategii dyplomatycznych w czasie, gdy reżim rośnie w siłę i staje się coraz groźniejszy, nie jest roztropnością – jest unikaniem problemu.

Ataki były zatem uzasadnione z wielu powodów:

  • Ze względu na stabilność globalną, ponieważ reżim irański od dziesięcioleci podsyca konflikty na Bliskim Wschodzie.
  • Ze względu na równowagę regionalną, ponieważ niekontrolowana ekspansja Iranu zdestabilizowała kraje od Libanu i Syrii, po Irak i Jemen.
  • Ze względu na sam naród irański, który od prawie pół wieku znosi represje w systemie nietolerującym ani sprzeciwu, ani ludzkiej godności.

W rzeczywistości trudno o jakikolwiek poważny argument moralny, który dowodziłby, że uderzenia te były błędem. A jednak, mimo tej jasności, Stany Zjednoczone i Izrael pozostały w dużej mierze osamotnione.

Gdzie podziały się Wielka Brytania, Francja, Niemcy czy Włochy? Gdzie są pozostali członkowie NATO – sojuszu mieniącego się filarem bezpieczeństwa Zachodu? W większości: nieobecni. Ta nieobecność nie jest jedynie porażką strategiczną; jest ona niezwykle wymowna.

Uderzające jest to, że kilka państw arabskich – krajów znacznie bardziej narażonych na bezpośrednie odwety ze strony Iranu – wykazało większą solidarność (czy to cichą, czy pośrednią) z działaniami przeciwko reżimowi. Państwa te mają w tej sprawie realny interes i ponoszą realne ryzyko, a mimo to w wielu przypadkach wykazały się większą jasnością strategiczną niż ich zachodni partnerzy.

Dlaczego tak się dzieje?

Istnieją dwa główne wyjaśnienia i żadne z nich nie jest optymistyczne.

Pierwszym jest strach polityczny. W wielu społeczeństwach europejskich część populacji przyjmuje coraz bardziej wrogie stanowisko wobec Izraela – stanowisko, które często zaciera granicę między krytyką polityki a nienawiścią do Żydów jako narodu. Nie jest to już zjawisko marginalne; przeniknęło ono do głównego nurtu dyskursu, wpływa na wyniki wyborów i paraliżuje przywódców politycznych. Wspieranie Izraela – nawet w tak jednoznacznym konflikcie jak konfrontacja z reżimem irańskim – stało się dla wielu polityków zbyt kosztowne. Boją się oni reakcji grup, które nie akceptują żadnej formy pomocy dla państwa żydowskiego, nawet jeśli służy ona interesom narodowym samej Europy.

To absurdalne: rządy decydują się podważać własne bezpieczeństwo i sojusze nie dlatego, że sprawa jest niesprawiedliwa, ale dlatego, że uleganie nienawiści wobec Żydów stało się łatwiejsze niż przyznanie racji Izraelowi. Wybierają milczenie.

Drugim wyjaśnieniem jest niebezpieczna zbieżność ideologiczna. Na zachodniej scenie politycznej wyłoniła się dziwna koalicja frakcji skrajnie lewicowych i islamistów. Choć ich światopoglądy są w teorii nie do pogodzenia, łączą ich wspólne punkty: traktowanie Izraela jako głównego wroga. W tym układzie fakty schodzą na drugi plan, historia staje się opcjonalna, a Izrael zawsze – niezależnie od kontekstu – obsadzany jest w roli agresora. Przeciwnikom państwa żydowskiego, takim jak reżim w Teheranie, przyznaje się natomiast swego rodzaju „moralną taryfę ulgową”.

Skutkiem tego jest moralny paraliż. Kraje, które normalnie sprzeciwiłyby się autorytaryzmowi, wahają się, ponieważ stanowczy sprzeciw postawiłby je po tej samej stronie co „syjonistów”.

Proszę rozważyć absurdalność tej sytuacji. Izrael nie wywołał tego konfliktu w próżni. Wrogość Teheranu jest jawna i niezmienna od 1979 roku. „Śmierć Izraelowi” nie jest tam retoryką z marginesu, lecz fundamentem państwowej ideologii. Z drugiej strony mamy państwo, które wielokrotnie udowodniło gotowość do pokoju i stworzyło jedną z najbardziej etycznie ograniczonych armii świata. Biorąc pod uwagę wartości liberalne, Izrael powinien być naturalnym sojusznikiem zachodniej lewicy. Tak się jednak nie dzieje, ponieważ słowem kluczowym jest tu: „żydowskie”.

Nie miejmy złudzeń – nie chodzi tu o „prawicowy rząd” w Jerozolimie. Decyzja o militarnej konfrontacji z Iranem cieszy się w Izraelu szerokim konsensusem narodowym, popieranym przez centrum i lewicową opozycję. Sprowadzanie braku europejskiego wsparcia do niechęci wobec konkretnej partii politycznej jest manipulacją. Nazywanie własnego kraju „liberalną demokracją”, przy jednoczesnym tolerowaniu antysemityzmu, jest jedynie pustym odgrywaniem roli.

W poniedziałkowy wieczór, podczas obchodów Dnia Pamięci o Holokauście, premier Benjamin Netanjahu stwierdził, że dzisiejsza Europa „dotknięta jest głęboką słabością moralną” i zapomniała o lekcjach z przeszłości. Oskarżył kontynent o utratę tożsamości i wartości niezbędnych do obrony cywilizacji przed barbarzyństwem. To nie są tylko ostre słowa – wystarczy posłuchać samych liderów Europy.

28 lutego, gdy USA i Izrael uderzyły w reżim, premier Wielkiej Brytanii pośpiesznie oświadczył, że jego kraj „nie odegrał w tym żadnej roli”. Prezydent Francji Emmanuel Macron nazwał akcję „niebezpieczną puszką Pandory”. Kanclerz Niemiec Friedrich Merz wyraził sceptycyzm, twierdząc, że siłowe rozwiązania zawiodą. Premier Hiszpanii Pedro Sánchez potępił ataki jako „jednostronne” i odmówił dostępu do baz, a włoski minister obrony sugerował naruszenie prawa międzynarodowego.

Wszystko to jest retoryczną zasłoną dymną. Po odrzuceniu dyplomatycznych eufemizmów zostaje prosta prawda: Europa nie chce wspierać Izraela, ponieważ jest on państwem żydowskim.

Zdecydowane wsparcie Europy mogłoby położyć kres reżimowi irańskiemu, skrócić wojnę i zakończyć cierpienie cywilów. Zamiast tego, europejskie wahanie jedynie ośmiela Teheran, dając mu sygnał, że międzynarodowe potępienie jest pustym gestem.

Dochodzimy więc do bolesnego wniosku: reżim irański wciąż trwa, częściowo dzięki europejskiej pobłażliwości wobec antysemityzmu, kultywowanej nawet kosztem własnych interesów. Brzmi to przerażająco podobnie do postaw z czasów narodzin nazizmu, czyż nie?

Antysemityzm po raz kolejny sabotuje europejską politykę zagraniczną

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.