
Yonah E
Budzi się Pan, sprawdza telefon i – gratulacje – właśnie przegapił Pan trzy rewolucje, cztery moralne zrywy i co najmniej jeden cyfrowy trybunał, na którym facet z Ohio skazał nieznajomego na dożywotni ostracyzm na podstawie 12-sekundowego nagrania. Tak wygląda współczesność. W jednej ręce kawa, w drugiej egzystencjalne oburzenie, a w powiadomieniach nowy hashtag, który definiuje, jakim człowiekiem ma Pan być dzisiaj.
Zacznijmy od #MeToo, które wyważyło bardzo potrzebne drzwi, by zaraz potem zostać wciągniętym w najbardziej chaotyczny „projekt grupowy” w dziejach – taki, w którym sprawiedliwość, zemsta i twitterowy tłum postanowiły zamieszkać razem w jednej kawalerce. Potem pojawia się #BlackLivesMatter, słusznie alarmując o realnych problemach, ale w ciągu pięciu minut każda korporacja świata zmienia się w Malcolma X z budżetem marketingowym, odważnie walcząc z niesprawiedliwością za pomocą nowego logo i limitowanej edycji bawełnianych toreb.
#TimesUp wkracza niczym sequel, którego nikt nie potrzebował, serwując przemówienia, panele dyskusyjne i emocjonalny ekwiwalent korporacyjnego wyjazdu integracyjnego: wszyscy potakują z przejęciem, choć w rzeczywistości nic się nie zmienia. #SayHerName próbuje skupić na sobie uwagę, ale kończy w algorytmicznych igrzyskach śmierci, gdzie palące kwestie społeczne rywalizują o zasięgi niczym uczestnicy reality show pod tytułem „Kto dziś trafi do trendów?”.
#StopAsianHate staje się wiralem. Wszyscy publikują posty, wszyscy głęboko współczują – dokładnie przez sześć i pół dnia. Potem internet zapada na zbiorową amnezję, bo współczesna zdolność koncentracji kończy się szybciej niż termin ważności mleka. #NoBanNoWall sprawiło, że tłumy skandowały z przekonaniem – problem w tym, że połowa skandujących nie potrafiłaby wyjaśnić założeń tej polityki, nawet gdyby zaoferowano im nagrodę pieniężną i gotową ściągawkę.
#LoveIsLove to najbardziej udane hasło korporacyjne w historii – fraza tak sterylna i dochodowa, że co roku w czerwcu praktycznie drukuje pieniądze. Tymczasem #TransRightsAreHumanRights, postulat zwykłej ludzkiej przyzwoitości, przekształcił się w całodobowy klub dyskusyjny, w którym ludzie spierają się o to, czy woda jest mokra.
#BringBackOurGirls na krótką chwilę zjednoczyło planetę, dowodząc, że potrafimy zaangażować się symultanicznie, by sekundę później dowieść, że potrafimy równie błyskawicznie o wszystkim zapomnieć. #JeSuisCharlie stało się globalnym symbolem wolności słowa – dopóki ludzie nie przypomnieli sobie, że wolność słowa podoba im się tylko wtedy, gdy jest zbieżna z ich poglądami.
Pojawia się #StandWithUkraine i nagle wszyscy stają się strategami geopolitycznymi, wykładając zawiłości historii Europy Wschodniej, jakby studiowali je od kołyski, a nie od ubiegłego wtorku. Pod szyldem #EndSARS prawdziwi ludzie ryzykowali życie, podczas gdy reszta świata traktowała to jak kolejny „gorący temat” wciśnięty między filmiki z kotami.
Mamy też #FreePalestine – używane niczym odruch bezwarunkowy, często wyprane z niuansów, historii czy elementarnych faktów. „Poważna analiza” sprowadza tam stulecie konfliktu do dwóch słów i jednego kliknięcia „udostępnij”.
#HeForShe zaprasza mężczyzn do dyskusji, co brzmi szlachetnie, póki nie staje się tanim trofeum za opublikowanie pro-feministycznego posta. #NiUnaMenos dotyka realnej przemocy, a mimo to musi walczyć o atencję z plotkami o celebrytach. #GirlsNotBrides próbuje powstrzymać małżeństwa dzieci, błagając algorytm o widoczność, jakby handlowało trampkami. #MyDressMyChoice zmienia ubiór w wojnę ideologiczną, bo najwyraźniej każdy skrawek tkaniny musi dziś dźwigać ciężar całej cywilizacji.
Occupy Wall Street wkracza na scenę, rozbija namioty, krzyczy o nierównościach, po czym… dryfuje w stronę nieistotności, bo gniew bez planu to tylko głośny szum. Arabska Wiosna zaczyna się od historycznej odwagi, a kończy brutalną lekcją, że burzenie starego porządku to ta łatwiejsza część zadania.
Partia Herbaciana zmienia politykę podatkową w cechę charakteru. MAGA przekształca hasło w cały ekosystem kulturowy, w którym czerwone czapki mają większy ciężar emocjonalny niż jakiekolwiek dokumenty programowe. Brexit sprowadza wieki zawiłości gospodarczych do prostego „tak lub nie”, jakby o losach państwa decydował teleturniej prowadzony przez chaos.
Protesty w Hongkongu to czysta odwaga, na którą reszta świata odpowiada hashtagiem, by zaraz wzruszyć ramionami, gdy sytuacja nie poprawia się w magiczny sposób. W ramach Fridays for Future uczniowie uciekają z lekcji, by ratować planetę, podczas gdy dorośli są zajęci rezerwowaniem lotów na kolejne konferencje klimatyczne. Extinction Rebellion uznaje, że serca i umysły zdobywa się, przyklejając się do asfaltu i paraliżując miasto. Just Stop Oil przejmuje tę pałeczkę, zamieniając aktywizm w sztukę performatywną, która irytuje absolutnie wszystkich.
Pojawia się #Kony2012, przejmuje internet, edukuje miliony, po czym znika tak nagle, że dziś wydaje się gorączkowym snem, o którym wspólnie postanowiliśmy nie rozmawiać. Ice Bucket Challenge to z kolei prymus w grupie – faktycznie zebrał pieniądze, udowadniając, że jeśli wylejesz sobie na głowę kubeł zimnej wody, ludzkość w końcu sypnie groszem.
#DeleteUber trwa dokładnie do momentu, w którym ludzie orientują się, że znów muszą gdzieś podjechać. „Cancel Culture” staje się cyfrowym Koloseum – tu reputacje giną w pyle, a każdy może poczuć się sędzią, ławą przysięgłych i katem jednocześnie. #PrayForParis i jego klony pojawiają się tuż po tragedii, jednoczą nas na chwilę, a potem lądują na cmentarzysku zapomnianych tagów.
#NotMyPresident służy jako terapia po politycznym zawodzie miłosnym. #WeAreThe99 trafnie diagnozuje problem, po czym grzęźnie na etapie pytania: „No dobrze, i co teraz?”. #DefundThePolice dokonuje nie lada sztuki – jest jednocześnie poważną krytyką systemową i wizerunkowym samobójstwem.
W tym wszystkim ludzkość wmówiła sobie, że postowanie to partycypacja, hasła to rozwiązania, a wpisanie odpowiednich słów z należytą dawką oburzenia osobiście popycha koło historii. To aktywizm spekulatywny, przekonania przefiltrowane przez algorytmy i moralność mierzona w lajkach.
Jest jednak jedna rzecz, która nie zamierza grać w tę grę. Wsparcie dla Izraela nie pojawia się na tydzień, by wygasnąć, gdy trend przestanie „żreć”. Nie potrzebuje rebrandingu co pół roku ani sztabu marketingowców, by zachować aktualność. To nie kostium wkładany dla społecznej aprobaty i zdejmowany, gdy uwiera. Jest ono zakorzenione w historii, przetrwaniu i rzeczywistości, która nie zniknie tylko dlatego, że internet rzucił się na nową dramę dnia.
A cała reszta? To niekończąca się karuzela sloganów, sezonowych ekspertów i cyfrowego zgiełku. Świat jest „ratowany” codziennie po południu, by przed kolacją wrócić do punktu wyjścia. Ludzkość nie tylko wymyśliła ruchy społeczne – ona przerobiła je na „content”. Każdy gra swoją rolę, nikt nie słucha, a jedyną instancją, która faktycznie tu rządzi, jest algorytm.
Brainrot Mob
Kategorie: Uncategorized

