Uncategorized

Zło nigdy nie dotrzymuje umów

Autor: Phyllis Chesler

Przykłady: irański Pasdaran (IRGC), Hezbollah, Hamas i Huti

Zarówno Hezbollah, jak i Iran nieustannie bombardują Izrael, celując przede wszystkim w obiekty cywilne. Tymczasem zachodnie i bliskowschodnie media winą za eskalację obarczają wyłącznie broniący się Izrael. W rzeczywistości Iran – zgodnie ze swoją sprawdzoną strategią – natychmiast próbuje zrzucić odpowiedzialność za własną odmowę otwarcia cieśniny Ormuz na izraelskie działania obronne. To celowy zabieg.

Tylko Trumpowi zarzuca się, że „improwizuje na bieżąco”. A Iran? Teheran nieustannie zmienia zdanie, bezczelnie kłamie w kwestii ustaleń podejmowanych w przysłowiowej ostatniej chwili i wycofuje się z każdej obietnicy. Jednak te działania nie są wystarczająco piętnowane – a właściwie nie są piętnowane wcale – jako to, czym są w rzeczywistości: systemową dezinformacją.

Mułłowie rządzący szyickim Iranem są dwulicowi, przebiegli i bynajmniej nie działają pod wpływem emocji – to chłodna kalkulacja.

Mimo to tylko Izrael oskarża się o „zbrodnie wojenne” w „okupowanym” Libanie. Zarówno Ameryka, jak i Izrael są piętnowane za rzekome zbrodnie na terenie Iranu. Tymczasem reżim w Teheranie zmusza własnych obywateli do pełnienia roli żywych tarcz na mostach i w obiektach strategicznych, by zapobiec bombardowaniom i zyskać paliwo dla propagandy. Dlaczego nie nazywa się tego powszechnie zbrodnią wojenną?

Hamas, będący de facto armią Iranu w Strefie Gazy, od dekad wykorzystuje cywilów jako zasłonę. Świat milczy. Co więcej, po masakrze z 7 października światowa opinia publiczna często przedstawia te działania jako akt „oporu”. Jedynie próby likwidacji przez Izrael ufortyfikowanych tuneli, w których Hamas gromadzi broń, są postrzegane jako „zbrodnie wojenne” lub – co stało się modne – jako rzekome „ludobójstwo”.

Co ja o tym wiem? Czytam każdą dostępną stronę, śledzę media od skrajnej prawicy po skrajną lewicę. Konsultuję się z autorytetami w dziedzinie sztuki wojennej i zwalczania terroryzmu. Czerpię z własnych doświadczeń oraz dekad badań i publikacji. A mimo to zachowuję pokorę: nikt z nas nie ma całkowitej pewności, co dokładnie dzieje się w gabinetach, w których zapadają decyzje o wojnie i pokoju.

Każdy, kto twierdzi, że „wie na pewno”, jest w najlepszym razie naiwny, a w najgorszym – jest po prostu pożytecznym idiotą powtarzającym linię partii.

Wiem jednak sporo o podwójnych standardach. Wiem niemało o psychologii, technikach prania mózgu i realiach świata muzułmańskiego.

To, co opublikowałam wczoraj, wywołało falę oburzenia. Świetnie! To zazwyczaj oznacza, że trafiło się w czuły punkt. Pisarz nie jest od tego, by zadowalać wszystkich. Boże, jak dobrze o tym wiem.

Pewna Iranka, z którą kiedyś współpracowałam, była zszokowana tym, że odważyłam się uogólniać na temat irańskiego „charakteru narodowego”. Zrobiłam to jednak świadomie. Tę drogę wytyczyli psychologowie tacy jak Erik Erikson, Erich Fromm, Douglas Kelley czy Alice Miller, a także antropolożki Ruth Benedict i Margaret Mead, którą z dumą nazywałam swoją przyjaciółką. Pisząc w ten sposób, stoję na ramionach gigantów.

Z kolei pewna życzliwa amerykańska feministka „starej daty” wyraziła głębokie rozczarowanie moim poparciem dla działań Ameryki i Izraela przeciwko Iranowi. Zapytała, czy stałam się „kolejnym podżegaczem wojennym” i poprosiła, bym przemyślała swoje stanowisko.

Moja odpowiedź jest niezmienna: uważam, że kobiety nie mogą być prawdziwymi pacyfistkami, dopóki nie opanują sztuk walki i nie nauczą się obsługi broni. Dopiero wtedy, gdy posiadając siłę, świadomie zrezygnują z obrony własnej – wzorem Gandhiego czy Martina Luthera Kinga – mogłabym uszanować ich sprzeciw wobec wojny obronnej. Nie przyłączyłabym się do nich, ale uznałabym ich postawę za spójną i godną szacunku.

Zastanawiam się jednak, czy jakakolwiek matka odmówiłaby walki z drapieżnikiem atakującym jej dziecko. Szczerze w to wątpię.

Powtórzę to, co pisałam wcześniej: nie można ufać „porozumieniom” z fundamentalistycznymi dżihadystami. Oni są szkoleni do walki, zabijania i męczeńskiej śmierci w imię Allaha. Są przystosowani do życia w sadystycznych, totalitarnych reżimach. Dla nich układy pokojowe są jedynie wybiegiem taktycznym – czasem na dozbrojenie się przed kolejnym starciem.

Izrael odrabia tę lekcję od dziesięcioleci – znacznie dłużej niż Ameryka, która dopiero niedawno zaczęła realnie odpowiadać na wojnę wypowiedzianą jej przez Iran („Wielkiego Szatana”) i Izrael („Małego Szatana”).

Wczoraj obejrzałam poruszający film o „ukrytych Żydach” z Meszhedu. Czy moi krytycy wiedzą, co wydarzyło się tam w 1839 roku? Po pogromie, spaleniu synagog i mordach, ocalałych Żydów zmuszono do przejścia na islam (stali się znani jako „Jadidol-eslam”). Żyli w getcie, praktykowali judaizm w tajemnicy i podlegali nieludzkim restrykcjom – nie wolno im było nawet płacić monetami, których dotknęli, dopóki nie „oczyścili” ich w wodzie. Podczas deszczu nie mogli wychodzić na zewnątrz, bo wierzono, że woda, która spłynie po żydowskim ciele, zanieczyści muzułmanów.

Uciekali do Afganistanu, ale i tam bezpieczeństwo było tymczasowe. W latach 30. XX wieku Afganistan sprzymierzył się z nazistami, a po wojnie udzielał schronienia hitlerowskim zbiegom. Ostatecznie tamtejsi Żydzi musieli uciekać do USA lub Izraela. Zainteresowanym polecam książkę Sary Aharon From Kabul to Queens lub moją własną publikację – An American Bride in Kabul.

Biblijna Estera, która ocaliła Żydów w starożytnej Persji, dawno odeszła w zapomnienie. Przez ostatnie trzy stulecia w regionie dominowała ideologia supremacji islamu, głęboko wroga „niewiernym” – Żydom, chrześcijanom, hindusom czy sikhom. Polecam tu również lekturę Mandy Zand Ervin The Ladies Secret Society.

Kiedyś w Iranie żyło blisko 100 000 Żydów. Po rewolucji 1979 roku została garstka, może 10–15 tysięcy. Żyją w cieniu, w ciągłym zagrożeniu. Ale to zagrożenie dotyczy dziś nas wszystkich. Jak mówi stare porzekadło: „Zaczyna się od Żydów, ale nigdy na nich nie kończy”. Obecnie pod bezlitosnym oblężeniem irańskiej ideologii znajdują się wszyscy: cywile na Bliskim Wschodzie, amerykańscy dyplomaci, żołnierze i pracownicy organizacji humanitarnych.

Chciałabym, aby zachodnie media wreszcie dostrzegły prawdę: wykorzystywanie cywilów jako zakładników i żywych tarcz to zbrodnia wojenna.

Chciałabym, aby świat zrozumiał, że dobro i zło istnieją realnie. Ustępstwa wobec zła nie przynoszą pokoju – one jedynie podnoszą cenę, którą przyjdzie nam zapłacić za ostateczne wyzwolenie.


Zło nigdy nie dotrzymuje umów

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.