
Autor: Yizhar Hess
W niniejszym artykule dr Yizhar Hess dowodzi, że proces tworzenia państwa Izrael pozostaje niedokończony. Według niego droga naprzód wymaga „konstytucyjnej odwagi”, by zbudować kraj rzeczywiście odzwierciedlający wartości zawarte w Deklaracji Niepodległości.
Sylwetka autora
Dr Yizhar Hess to izraelski lider społeczny, intelektualista i żarliwy orędownik pluralizmu religijnego. Obecnie pełni funkcję wiceprzewodniczącego Światowej Organizacji Syjonistycznej, reprezentując MERCAZ – syjonistyczną listę ruchu masorti (judaizmu konserwatywnego). Zajmuje wysokie stanowiska w kluczowych instytucjach, takich jak Agencja Żydowska oraz Keren Hayesod.
Jako jerozolimczyk w dziesiątym pokoleniu i były dyrektor generalny Ruchu Masorti w Izraelu, Hess stał się czołowym głosem w debacie nad relacjami Izraela z diasporą, kwestiami rozdziału religii od państwa oraz przyszłością narodu żydowskiego. Regularnie publikuje komentarze w prasie izraelskiej i międzynarodowej.
Hess odebrał wykształcenie w Jerozolimie i służył jako oficer w Siłach Obronnych Izraela (IDF). Jego kariera łączy edukację, dyplomację, dziennikarstwo i przywództwo społeczne. Posiada dyplomy z literatury hebrajskiej, nauk politycznych, prawa i judaistyki oraz doktorat z socjologii i pedagogiki. Mieszka w Modi’in z żoną Yael i dwójką dzieci.
Izraelska droga
Yizhar Hess
Kiedy próbuję wyobrazić sobie Izrael za czterdzieści lat, zaczynam od myśli o moich dzieciach. Dziś, w 2026 roku, mój najstarszy syn ma trzydzieści lat. Za cztery dekady będzie miał siedemdziesiątkę. Nasza najmłodsza córka będzie wtedy miała sześćdziesiąt cztery lata. Nie jest mi łatwo ujrzeć ich w tym wieku, ale kiedy próbuję, widzę ich siedzących razem w kawiarni w Tel Awiwie. Rozmawiają o życiu, o miłości i o kraju, w którym przyszło im mieszkać.
Wyobrażam sobie, że mówią o Izraelu jako o miejscu stabilnym. Nie pozbawionym problemów czy sporów, ale dającym poczucie, że fundamenty państwa są trwałe. Że kraj pozwala życiu po prostu toczyć się dalej.
W tej wizji Izrael mówi po hebrajsku z pewnością siebie. Kultura hebrajska tętni życiem w literaturze, teatrach i bibliotekach – hebrajski pozostaje językiem przestrzeni publicznej. Jednocześnie obecny jest arabski – jako język tej ziemi. Podobnie jak dzisiejsza Hajfa, ten przyszły Izrael potrafi godzić wiele tożsamości naraz. Żydzi i Arabowie dzielą codzienność. Język pozwala na niuanse, a te z kolei prowadzą do wzajemnego uznania. Język staje się pomostem.
Podobną równowagę widzę w samym judaizmie. W tej przyszłości pluralizm żydowski jest zakotwiczony w prawie. To, jak Żydzi praktykują swoją wiarę i tradycję, nie jest już narzucane przez jedną, odgórną władzę. Judaizm staje się bogatszy, bo dopuszcza wielość ścieżek.
Ten Izrael rozumie też swoją rolę wewnątrz narodu żydowskiego. Wciąż istnieją dwa wielkie centra: Izrael i Ameryka Północna. Każde z nich ma własne obowiązki i mierzy się z własnym ryzykiem. W tej przyszłości antysemityzm nie zniknął – on nigdy nie potrzebował powodów, a jedynie pretekstów. Zmieniła się jednak pozycja, z której Żydzi stawiają mu czoła. Suwerenność i siła mają znaczenie. Syjonizm stanowi fundament tożsamości narodowej, a alija pozostaje aktem o wielkim znaczeniu. Jednocześnie społeczności w diasporze nadal rozkwitają.
Patrząc na naszą teraźniejszość z perspektywy tej wizji, powraca do mnie trudna myśl: nawet po siedemdziesięciu siedmiu latach niepodległości, w tym 2026 roku, wciąż znajdujemy się „na pustyni”. Nie dlatego, że państwo zawiodło, ale dlatego, że proces jego formowania wciąż trwa. Pustynia to nie tylko zagrożenie; to miejsce, gdzie hartował się nasz naród. Wymaga odpowiedzialności i zmusza do decyzji. Nie pozwala zbyt długo trwać w iluzji.
Lata, które zaczęły się w styczniu 2023 roku, dobitnie pokazały, jak wiele decyzji mamy przed sobą. Próba reformy sądownictwa przez wiele miesięcy wyprowadzała Izraelczyków na ulice. Skala tych protestów była bezprecedensowa. Ludzie czuli, że odbiera się im coś fundamentalnego. Nawet jeśli nie każdy potrafił ująć to w prawnicze ramy, instynktownie wyczuwano zagrożenie dla demokratycznego charakteru państwa. Wartości założycielskie – żydowskość i demokracja, które powinny się uzupełniać – nagle zaczęły ze sobą walczyć. To niemal nas rozdarło.
Potem nadszedł 7 października.
Ten dzień zastał nas nieprzygotowanych. Obnażył słabości wywiadu i obrony, zburzył poczucie bezpieczeństwa oparte na granicach i odstraszaniu. Ale poza szokiem pojawiło się coś jeszcze: poczucie wewnętrznego osłabienia. Strach, który narastał już wcześniej, stał się wszechobecny. Brak porozumienia w kwestii zakładników pogłębił wrażenie, że podstawowa „umowa syjonistyczna” ulega rozpadowi.
Wielu sądziło wtedy, że bezpieczeństwo militarne stanie się jedynym priorytetem. Choć strategiczna pozycja Izraela z czasem uległa poprawie, dla wielu z nas ta ocena była niepełna. Bezpieczeństwo zależy bowiem nie tylko od granic i armii, ale od tego, czy społeczeństwo potrafi zachować jedność pod presją. Czy prawo, równość i powściągliwość wciąż kierują decyzjami władzy. Czy obywatele czują, że rząd ich reprezentuje.
Nawet w obliczu wojny wewnątrz Izraela trwała walka. Przywiązanie do demokracji liberalnej zderzyło się z fundamentalistycznym, często nacjonalistycznym pojmowaniem tożsamości żydowskiej. Ten konflikt był widoczny wszędzie: w ustawodawstwie, w agresywnym języku debaty publicznej, w kruszeniu kolejnych barier prawnych.
W tamtych miesiącach bardziej niż o bezpieczeństwo granic drżałem o demokrację. Zagrożenia zewnętrzne ewoluują, ale erozja demokracji niszczy fundamenty suwerenności. Obawiałem się, że bez liberalnych ram obiecanych w Deklaracji Niepodległości projekt syjonistyczny straci swoją spójność.
Nadzieję dawała mi jednak postawa obywateli. Protesty przeciwko reformie sądownictwa i oddolna mobilizacja społeczeństwa po 7 października miały ogromne znaczenie. Ludzie brali sprawy w swoje ręce, wypełniając luki tam, gdzie instytucje państwa zawiodły. Jak pisała Wisława Szymborska: „wszystko jest polityczne”. Każde działanie na rzecz wspólnoty niosło ze sobą polityczny ciężar, nawet jeśli nie było tak nazywane. Obawiałem się tylko, czy zwłaszcza młode pokolenie zrozumie tę lekcję – że wolontariat to za mało, jeśli nie idzie za nim świadomy udział w kształtowaniu polityki państwa.
Ostatnie lata zmusiły Izrael do zmierzenia się z pytaniami odkładanymi od dekad. Po siedemdziesięciu siedmiu latach improwizacja i opieranie się na prawie odziedziczonym po Osmanach czy Brytyjczykach przestały wystarczać. Demokratyczne ramy potrzebują jasnych podstaw. Kryzys wokół sądownictwa uświadomił większości z nas, jak kluczowa dla naszej tożsamości jest Deklaracja Niepodległości.
Deklaracja obiecywała rozwój kraju dla dobra wszystkich mieszkańców i gwarantowała równość obywatelską. Hebrajski jako język urzędowy i Ustawa o Powrocie pozostały fundamentami, ale równość nigdy nie stała w sprzeczności z ideą syjonistyczną – ona była jej nieodłączną częścią. Wyzwaniem stało się jej urzeczywistnienie.
Aby sprostać tym wartościom, musimy zbudować realne partnerstwo polityczne z arabskimi obywatelami Izraela. Wymaga to zrozumienia, że syjonizm to kierunek, w jakim zmierza państwo, a nie test wykluczający z życia publicznego. Przecież antysyjonistyczne partie charedim uczestniczą w koalicjach od dziesięcioleci. Z drugiej strony, nauczyliśmy się, że jedność bez granic zaciera istotne różnice. Istnieją linie, których przekraczać nie wolno. Partnerstwo z kahanistami i żydowskimi ekstremistami, takimi jak partia Otzma Yehudit, wykracza poza ramy akceptowalnej współpracy. Wyznaczenie tej granicy kosztuje, ale jej brak kosztuje znacznie więcej.
Warto pamiętać, że walka Izraela z fundamentalizmem nie jest odosobniona. Demokracje liberalne na całym świecie – od USA po Europę – mierzą się z podobną presją. Nasze instytucje okazały się odporne, ale sama odporność to za mało. Musimy trwale połączyć tożsamość narodową z demokratycznym zaangażowaniem.
Dla Izraela oznacza to uznanie, że judaizm i demokracja najlepiej współdziałają razem. Przez lata szukałem trafnego określenia dla roli demokracji w naszym państwie. Dziś postrzegam tę dwoistość jako „nasz szabat” – centralny punkt współistnienia Żydów, którzy mogą się spierać, ale wciąż żyją razem. Nawet ci, którzy nie przestrzegają religijnego szabatu, szanują go jako ramę wzbogacającą życie. Demokracja musi zyskać podobną rangę kulturową – musi kształtować nasze postawy, nawet gdy jest to niewygodne.
Kiedy wracam do wizji kawiarni w Tel Awiwie za czterdzieści lat, nie widzę kraju idealnego. Widzę kraj, który zna swoje granice. Kraj, który mieści w sobie różnorodność zdań, nie tracąc przy tym stabilnych ram. Widzę moje dzieci, które czują się u siebie, kłócą się o swój kraj i kochają go jednocześnie. Ta przyszłość nie jest nam dana raz na zawsze, ale głęboko wierzę, że możemy na nią zasłużyć.
Droga naprzód dla Izraela
Kategorie: Uncategorized

