To, co naprawdę budzi niepokój, to nie polaryzacja, lecz normalizacja przekonania, że przemoc może być uzasadniona, a nawet konieczna. Gdy ta idea zyskuje przyczółek, oznacza to, że już dawno porzuciliśmy nasze demokratyczne ideały.

Alicja Teodorescu
Od lat głosy lewicy głośno ostrzegają przed demontażem demokracji. W ich świecie słowa zaczęto postrzegać jako przemoc – podczas gdy przemoc realna, w zależności od tego, przeciwko komu i przez kogo została użyta, uległa relatywizacji. Jako dowody „poważnego stanu rzeczy” nierzadko przywołuje się zwycięstwa wyborcze Donalda Trumpa (zarówno to z 2016 r., jak i z 2024 r.), rosnący populizm prawicowy, brak odpowiedzialności czy nadużywanie władzy.
Wyimaginowane zagrożenie ze strony prawicy stało się spójną narracją, która zmieniła mapę polityczną oraz stosunek obywateli do mediów głównego nurtu. W Szwecji zbliżają się kolejne wybory – piąte od 2010 roku – które w dużej mierze znów koncentrują się wokół Szwedzkich Demokratów.
Jednak stanu zdrowia demokracji nie należy diagnozować na podstawie faktu, że Amerykanie w wolnych wyborach oddali głos na ekscentrycznego i nieprzewidywalnego prezydenta. Trumpa można krytykować z wielu istotnych powodów: od jego polityki wobec Ukrainy, przez osłabianie NATO, aż po kwestie celne związane z Grenlandią. Uderzające jest jednak co innego – to, że wybór Trumpa służy jako pretekst do normalizacji nietolerancji, a w skrajnych przypadkach: do przemocy politycznej wobec przeciwników. To właśnie to zjawisko wskazuje na realne zagrożenie dla demokracji.
Fakt, że Trump stał się ofiarą trzeciego potencjalnie śmiertelnego zamachu w ciągu dwóch lat – podobnie jak zabójstwo konserwatywnego publicysty Charliego Kirka przed niespełna rokiem – nie wydarzył się w próżni. To, co obserwujemy, jest logiczną konsekwencją coraz bardziej wulgarnego i dehumanizującego tonu debaty, w którym przeciwnik polityczny ma zostać zniszczony, uciszony i zniewolony.
Szybki przegląd serwisu X oraz sekcji komentarzy w mediach społecznościowych pozwala zajrzeć do tego „szamba” przepełnionego nienawiścią i nawoływaniem do agresji. W tej toksycznej gęstwinie tłoczą się różnej maści aktywiści mieniący się humanistami, którzy pragną śmierci swoich oponentów. Uzasadniają swoją odrazę przekonaniem, że stoją po stronie ofiar i tolerancji – przynajmniej dopóki „ten drugi” nie wykaże się skutecznością. Sposób, w jaki osoby te potrafią deklarować walkę z przemocą, jednocześnie wzywając do niej wobec ludzi, których nienawidzą z patologiczną furią, wymaga doprawdy niezwykłej „zwinności intelektualnej”.
Demokratyczny ustrój polityczny, z jego nieodłącznymi wadami, jest – cytując Winstona Churchilla – „najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych modeli”. Jego konstrukcja wyrasta ze świadomości, że spory należy rozwiązywać w sposób funkcjonalny i sprawiedliwy. W dyktaturach opozycję eliminuje się przenośnie lub dosłownie. W demokracjach punktem wyjścia jest przekonanie, że różnorodność poglądów ma wartość samą w sobie, a spaja je wspólna zasada: nie uciekamy się do przemocy, by przeforsować własną wolę.
Jednak coraz częściej groźby, a nawet akty agresji płyną ze strony środowisk lewicowych pod adresem osób identyfikujących się z prawicą. Słowa wywołują nieodwracalne konsekwencje. Na łamach Aftonbladet Jonna Sima, pozbawiona cienia samokrytyki, pisze:
„Kiedy przywódcy polityczni konsekwentnie opisują swoich przeciwników jako przestępców, zdrajców lub zagrożenie egzystencjalne, sytuacja się zmienia. W takim klimacie wystarczy tylko jedna osoba gotowa zrobić kolejny krok. Chodzi o to, jaki język nienawiści akceptujemy i na jakie konsekwencje się godzimy. Najlepszym sposobem na zapobieżenie strzelaninom jest zaprzestanie podżegania do nienawiści”.
Dlaczego więc Sima i jej koledzy nadal podsycają tę atmosferę? Odpowiedź brzmi: wiele mediów oraz konkretni dziennikarze lewicowych publikacji w znacznym stopniu przyczynili się do brutalizacji debaty publicznej. To może pchnąć osoby zaślepione ideologicznie lub niestabilne psychicznie do ostatecznych kroków. Dlaczego mieliby tego nie robić?
Mężczyzna zatrzymany podczas próby zamachu na Trumpa napisał w manifeście: „Nie zamierzam dłużej pozwalać pedofilowi, gwałcicielowi i zdrajcy brudzić mi rąk swoimi zbrodniami”. Ten opis doskonale pokrywa się z wizerunkiem, który media od lat konsekwentnie reprodukują i wzmacniają.
Czy zatem dziwi fakt, że jakiś naśladowca czuje się zachęcony do działania, wierząc, że staje po „właściwej” stronie historii? Jeśli ktoś jest raz po raz opisywany jako uosobienie zła i śmiertelne zagrożenie dla świata, droga do wniosku, że „wszystkie chwyty są dozwolone”, staje się bardzo krótka. Czy celem tych publikacji nie jest właśnie wywołanie oburzenia – nawet za cenę manipulacji, podwójnych standardów czy kłamstw? A jeśli dana osoba jest systematycznie dehumanizowana, czy można się dziwić, że anonimowy tłum w sieci otwarcie żałuje, iż „nie-człowiek” jednak przeżył?
W tej kwestii nie ma znaczenia, jakie poglądy reprezentuje Donald Trump. Próba zamordowania polityka wybranego w demokratycznym procesie jest atakiem na samą demokrację. Każdy demokrata, niezależnie od barw partyjnych, powinien się od tego odciąć. Fakt, że publiczne wylewanie nienawiści nie spotyka się już z ostracyzmem ani konsekwencjami prawnymi, najlepiej pokazuje, w jakim punkcie znalazło się nasze społeczeństwo.
Powrót do cywilizowanej dyskusji wymaga kultury politycznej skupionej na argumentach, a nie na osobach; kultury, która przedkłada ciekawość nad celowe neporozumienia. Media muszą wziąć odpowiedzialność za swój wpływ na nastroje społeczne. Jeśli dziennikarze uznanych redakcji nie potrafią powstrzymać się od szerzenia agresywnej retoryki, czego możemy oczekiwać od anonimowych trolli?
Problem naszych czasów nie polega na różnicy zdań ani nawet na polaryzacji. Polega na tym, że zbyt wielu ludzi przestało akceptować prawo innych do posiadania własnych poglądów.
W gruncie rzeczy nie ma znaczenia, co sądzisz o Trumpie czy Szwedzkich Demokratach. W demokracji o zasadach gry nie decydują sympatie, lecz twarde reguły. Jedna z nich jest absolutna: przemoc nigdy nie jest uzasadnionym środkiem rozwiązywania konfliktów. Kiedy ta zasada zostaje zrelatywizowana – przez język, insynuacje czy kłamstwa – zagrożony jest nie tylko konkretny polityk, ale fundamenty całego systemu.
Prawdziwym zagrożeniem dla demokracji nie jest to, że wybory wygrywają „niewłaściwe” osoby. Zagrożeniem jest gotowość coraz większej grupy ludzi do usprawiedliwiania uciszania oponentów za pomocą nienawiści i siły. Demokracje rzadko upadają z dnia na dzień. Ulegają implozji wtedy, gdy przesuwają się granice, gdy słowa tracą znaczenie, a przemoc zaczyna być postrzegana jako „rozsądny skrót” do zmiany.
Tak podsyca się przemoc – rękami tych, którzy twierdzą, że z nią walczą
Kategorie: Uncategorized

