Uncategorized

„Czy jesteś szalony?”. Jak Żydzi robili po wojnie filmy w Polsce

Witold Mrozek

Natan Gross z kamerą ręczną w Izraelu 1951

Natan Gross z kamerą ręczną w Izraelu 1951 (Fot. Wikimedia Commosn CC BY-SA 2.5)

„Kinor” to nie tylko świetnie udokumentowana opowieść, to także książka-przygoda. Agnieszka Kajczyk przygląda się temu, jak wyglądały i jak powstawały żydowskie filmy tuż po wojnie. I czego nie można było w nich pokazać.

– Czy jesteś szalony? – miał zapytać Aleksander Ford, gdy usłyszał tuż po wojnie propozycję kręcenia filmów w języku jidysz. – Kto przyjdzie oglądać taki film, kiedy nie ma już Żydów?” –  ciągnął ponoć szef kinematografii w komunistycznej Polsce.

Filmy w jidysz tuż po wojnie wciąż jednak powstawały. Mówi o nich fascynująca książka Agnieszki Kajczyk – „Kinor”, zatytułowana od nazwy efemerycznej spółdzielni-wytwórni filmowej.

Bo Żydzi w Polsce wciąż byli – ponad 300 tysięcy. Większość ocalałych z Zagłady, jak sam Ford, przetrwała w Związku Radzieckim. Zanim odstraszani oddolnym antysemityzmem i odgórną komunistyczną polityką robienia z PRL etnicznego monolitu wyjechali w większości w kolejnych falach emigracji.

„Kinor” to nie tylko świetnie udokumentowana opowieść, to także książka-przygoda. Autorka podąża za Natanem Grossem, przez lata jedynym kronikarzem żydowskiego filmu tuż po wojnie. Gross po wojnie skończył przyspieszony kurs filmowy, przed wojną studiował prawo – a przynajmniej w 1938 roku zaczął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ale po tym, jak uczelniani koledzy z prawicowej organizacji zrzucili go ze schodów i pobili, na zajęcia już nie wrócił.

Gross sam pracował w „Kinorze”. Nie znał jidysz – pochodził ze zasymilowanej rodziny. Języka nauczył się po wojnie, żeby robić jidyszowe filmy z tymi, dla których był to mame loszn – język matczyny, domowy. Jako autor i uczestnik wydarzeń miał zakulisową wiedzę – ale trudno też go podejrzewać o szczególny obiektywizm. Kajczyk weryfikuje opowieść Grossa, próbuje zrozumieć, co i dlaczego pomijał.

„Kinor”. Polak zawsze z krzyżem

O czym były filmy „Kinoru”? O pamięci i o wizjach przyszłości. O żydowskich górnikach wchodzących we współzawodnictwo pracy („Żydowskie osadnictwo na Dolnym Śląsku”) – i o obchodach piątej rocznicy powstania w getcie warszawskim – porażające ujęcia, na których ci, którzy przeżyli, maszerują pod właśnie odsłonięty pomnikiem na Muranowie. Głównie dokumenty – ale była i fabuła.

Czego nie można było pokazać? Powojenny antysemityzm – który sprawiał, że ocalali Żydzi wciąż wyjeżdżali z Polski, a ci, którzy zostawali, od spotkania przedwojennych sąsiadów woleli nieraz wyjazd na tzw. Ziemie Odzyskane – był zasadniczo tematem tabu. Polityczne uwikłania tej problematyki Kajczyk obszernie opisuje. Jeden przykład: kręcone w komunistycznym państwie filmy pokazywały Polaków pomagających Żydom w czasie okupacji, najchętniej z chrześcijańskimi symbolami religijnymi. Żeby było wiadomo, że to „na pewno Polacy”.

Zaspy z naftaliny

„Kinor”, z podtytułem „Filmy żydowskie w powojennej Polsce 1945-1950″ – to przykład książki, która daje nawet więcej, niż obiecuje na okładce. Nie tylko dlatego, że obszernie opisuje przedwojenne losy swoich głównych bohaterów.

Przed 1945 rozgrywa się też akcja rozdziału o wojennych losach żydowskich filmowców. Bo kiedy w ZSRR powstały dwie polskie armie, najpierw ta generała Andersa, potem – „ludowa”, generała Berlinga, w obu na czele wojskowych oddziałów filmowych stanęli wybitni Żydzi, z doświadczeniem w przedwojennym kinie. U Andersa – Michał Waszyński, reżyser „Dybuka” jidyszowego klasyka z 1937, u Berlinga – Aleksander Ford, wcześniej twórca socjalistycznej „Drogi młodych”, później – m.in. „Krzyżaków”.

Temat tak zwanych wojskowych „czołówek” filmowych był w historii filmu opowiadany, ale książka Kajczyk przynosi mnóstwo fascynujących szczegółów. Od tego, jak śmierdziały inscenizowane we Włoszech w upale przez Waszyńskiego syberyjskie śnieżne zaspy z naftaliny, do historii, jak ludzie Forda zbyt odważnie sfilmowali kluczową później w polityce historycznej PRL bitwę pod Lenino, przez co zdjęcia nigdy nie ujrzały światła dziennego.

Joint. Ameryka płaci

Kręceniem filmów w jidysz nie była zainteresowana państwowa kinematografia powstającej PRL, nie chciały ich też finansować polskie organizacje żydowskie, które miały wtedy na głowie inne problemy.

Skąd zatem wziąć pieniądze? Autorka opowiada wartko i ze szczegółami, jak założyciel „Kinoru” – Saul Goskind – próbował wykorzystywać swoje przedwojenne doświadczenie biznesmena z branży rozrywkowej, by zdobywać obietnice finansowania dla projektów.

To wielki atut książki. Kajczyk nie tylko ogląda filmy, przygląda się prasie z Polski czy później Izraela po polsku, w jidysz czy po hebrajsku – ale też pilnie śledzi dokumenty księgowe. Spojrzenie na umowy, rachunki, wezwania do zapłaty długów (!) – pokazuje fascynujący obraz politycznych i środowiskowych gier wokół kinematografii.

'Unzere Kinder', Natan Gross, Shaul Goskind

’Unzere Kinder’, Natan Gross, Shaul GoskindFot. Materiały prasowe Film at Lincoln Center

Goskind szukał wsparcia na Zachodzie. Pewne, choć niewystarczające, kwoty pozyskiwał z Jointu – czyli American Jewish Joint Distribution Committee, żydowskiej organizacji charytatywnej zbierającej datki w USA, ale też Kanadzie czy RPA. Joint z jednej strony popierał odrodzenie życia żydowskiego w Polsce, wspierał tu szkoły czy ośrodki kultury. Z drugiej – wspierał emigrację polskich Żydów do powstającego państwa Izrael.

Książka Kajczyk tłumaczy, że Joint miał w finansowaniu „Kinoru” cel – zdjęcia filmowe z odradzających się społeczności żydowskich Europy Wschodniej, pokazywane potencjalnym darczyńcom Jointu, wspierały jego kampanie fundraisingowe. Pokazywały, że pieniądze dane na Joint faktycznie zmieniają świat.

Dać order, uznać za szpiega

Koniec Jointu w Polsce zbiega się też z końcem epoki polskiego filmu jidyszowego.

Powody były, oczywiście, polityczne. Jeszcze jesienią 1946 komunistyczny prezydent Polski, Bolesław Bierut, spotkał się oficjalnie z szefem Jointu, amerykańskim filantropem Edwardem Warburgiem. I nadał mu jedno z najwyższych polskich odznaczeń państwowych: Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Ale już w sierpniu 1949 Joint został przez kierownictwo PZPR uznany za organizację szpiegowską, a jego polska komórka – rozwiązana z początkiem 1950 roku.

Jednocześnie nasilił się proces podporządkowania żydowskich organizacji centralnej władzy komunistycznej. Dla kultury żydowskiej w Polsce miejsce błyskawicznie się kurczyło.  Natan Gross zdecydował się na wyjazd, jak wielu jego kolegów. Warunki dla budowy kinematografii w powstającym Izraelu oceniał znacznie gorzej niż w Polsce Ludowej – mocno narzekał, w końcu jednak udało mu się podjąć pracę w zawodzie, w 1963 trafił nawet z filmem „Piwnica” na festiwal w Berlinie. 

Inni zostali, dotrwali do Marca 1968 albo i dłużej. Jak choćby jedyna kobieta w ekipie Kinoru, Regina Dreyer-Sfard – według Kajczyk, prawdopodobnie pisząca kolegom scenariusze jako ghostwriterka. To też byłby temat na fascynującą biografię.

Agnieszka Kajczyk, 'Kinor. Filmy żydowskie w powojennej Polsce 1945-1950', Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie

Agnieszka Kajczyk, 'Kinor. Filmy żydowskie w powojennej Polsce 1945-1950′, Żydowski Instytut Historyczny w WarszawieFot. Materiały prasowe

Agnieszka Kajczyk, „Kinor. Filmy żydowskie w powojennej Polsce 1945-1950″, Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie.

„Czy jesteś szalony?”. Jak Żydzi robili po wojnie filmy w Polsce

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.