Uncategorized

Europa traci swoje strategiczne znaczenie dla Izraela

Vanessa Berg

Izrael ma szereg innych możliwości zawierania sojuszy strategicznych, w tym z Argentyną, której prezydent przybył do Izraela w niedzielę, aby ogłosić „Porozumienia Izaaka”. (Na zdjęciu: Benjamin Netanjahu).

Kiedy przemawia papież, państwa słuchają. Uznają bowiem jego autorytet i cywilizacyjny ciężar urzędu, który reprezentuje. Istnieje fundamentalny szacunek, odczuwalny nawet w obliczu różnicy zdań.

Kiedy jednak głos zabiera państwo żydowskie – ostrzegając rządy europejskie przed rosnącym antysemityzmem, zagrożeniem dla społeczności żydowskich czy faktem, że Izraelczycy nie czują się już bezpiecznie podróżując do Europy; kiedy alarmuje, że Mossad musi chronić Żydów na kontynencie, bo lokalne służby tego nie robią – reakcją nie jest szacunek. Jest nią lekceważenie, protekcjonalność, a coraz częściej: kara.

Izrael nie jest po prostu ignorowany – jest piętnowany. Kontrakty zbrojeniowe są zawieszane, a umowy obronne publicznie wypowiadane, co widzieliśmy w zeszłym tygodniu, gdy włoski premier oświadczył, że rząd zdecydował o wstrzymaniu automatycznego odnawiania porozumienia obronnego z Izraelem. Izraelskie firmy są wykluczane z targów zbrojeniowych. Państwa europejskie dążą do jednostronnego uznania państwa palestyńskiego – nie w drodze negocjacji, lecz jako formę symbolicznej nagany. To nie są działania sojuszników; to postawa podmiotów próbujących wybiórczo wyciągać konsekwencje.

Wszystko to dzieje się w cieniu zjawiska, które powinno zaalarmować każdego: w niemal każdym dużym kraju europejskim antysemityzm wzrósł do poziomu niespotykanego od pokoleń. Szkoły żydowskie wymagają wzmożonej ochrony, synagogi funkcjonują jak twierdze, a publiczne manifestowanie tożsamości żydowskiej jest po raz kolejny – ze względów bezpieczeństwa – rewidowane.

Izrael widzi to wyraźnie. Ukraina również. W zeszłym tygodniu prezydent Wołodymyr Zełenski podpisał przełomową ustawę kryminalizującą antysemityzm, w tym publiczne podżeganie, mowę nienawiści, negowanie Holokaustu oraz przemoc wobec osób i instytucji żydowskich. Za najcięższe przestępstwa grozi od trzech do ośmiu lat więzienia. Europa w większości zdaje się tego nie dostrzegać – lub woli nie widzieć. To sedno asymetrii: Izrael traktuje Europę jak sojusznika, podczas gdy Europa coraz częściej traktuje Izrael jak problem, który należy rozwiązać.

Nawet pod rządami prawicy Izrael utrzymywał dyplomatyczny szacunek wobec państw europejskich, w tym tych rządzonych przez ideologicznych oponentów. Na tym właśnie polega sojusz. Nie trzeba być zgodnym w każdej kwestii politycznej, wynikach wyborów czy sporach kulturowych. Sojusze buduje się na wspólnych interesach strategicznych, wzajemnym szacunku i dążeniu do stabilnego porządku świata.

Te fundamenty jednak ulegają erozji.

Współczesna Europa dryfuje w stronę bloku ideologicznego, który definiuje swoją legitymację poprzez pryzmat specyficznego, lewicowego światopoglądu. W odniesieniu do Izraela objawia się to niemal automatyczną podejrzliwością: Izrael jest postrzegany jako kraj nadużywający siły, winny regionalnej niestabilności i wymagający ciągłych pouczeń ze strony zewnętrznych podmiotów, które same nie ponoszą żadnego ryzyka.

Taka postawa jest nie tylko błędna, ale i niepoważna. Ignoruje strategiczną rzeczywistość, w której Izrael pozostaje jednym z najsolidniejszych demokratycznych sojuszników Europy w zapalnym regionie. Pomija ogromny wkład Izraela w wywiad, walkę z terroryzmem, technologię i obronność – obszary, na których bezpieczeństwo Europy bezpośrednio zyskało. Traktowanie państwa frontowego jako dyplomatycznego obciążenia, a nie strategicznego atutu, jest kosztownym błędem.

Co gorsza, wysyła to sygnał wewnętrzny: obawy Żydów, nawet artykułowane przez jedyne państwo żydowskie na świecie, mogą być ignorowane bez konsekwencji. To przesłanie przenika z polityki zagranicznej do kultury.

Jaki wniosek ma z tego wyciągnąć Izrael?

Nadchodzi moment, w którym relacja przestaje być jedynie napięta, a staje się strukturalnie niespójna. Europejski model zachowania – symboliczne gesty wymierzone w Izrael, ograniczanie jego zdolności obronnych i niechęć do walki z własnym antysemityzmem – sugeruje, że ten punkt krytyczny mógł już zostać przekroczony.

„Żegnaj” nie musi oznaczać zerwania stosunków czy całkowitego końca współpracy. Izraelscy urzędnicy z pewnością wyważą wszystkie „za” i „przeciw”. Oznacza to jednak konieczność uznania, że Europa w swoim obecnym wydaniu nie jest już niezawodnym partnerem strategicznym, za jakiego chciała uchodzić.

Izrael ma alternatywy. Może zacieśniać więzi z krajami wykazującymi chęć rzeczywistej współpracy – w Europie Wschodniej, Azji, Afryce i innych regionach. Izrael nie „potrzebuje” europejskiej broni w sensie egzystencjalnym; ceni ją, bo jest ona symbolem szerszej współpracy i interoperacyjności armii. Jednak jeśli Europa zamknie te drzwi, Izrael i państwa arabskie (jak ZEA czy Bahrajn) mogą stworzyć własne centra produkcyjne. Arabowie mają kapitał, Izrael ma technologię. Europa zachowuje się, jakby miała monopol na sojusze, podczas gdy staje się zaledwie jedną z wielu – i to coraz mniej opłacalną – opcją.

Jeśli odetnie się Europę od izraelskiego wywiadu, margines bezpieczeństwa gwałtownie się skurczy: zagrożenia będą wykrywane później, a spiski udaremniane rzadziej. Bez izraelskiej technologii obronnej europejskie armie stracą przewagę w systemach przeciwrakietowych czy bezzałogowych. Bez izraelskich innowacji w medycynie, rolnictwie i cyberbezpieczeństwie, Europa straci realne narzędzia wzmacniające zdrowie publiczne i odporność cyfrową.

Wiemy, jak wygląda prawdziwy sojusz. Kilka dni temu prezydent Argentyny Javier Milei przybył do Izraela, by wraz z Benjaminem Netanjahu zainaugurować „Porozumienia Izaaka”. Inicjatywa ta ma zjednoczyć „potomków Izaaka i narody tradycji judeochrześcijańskiej w obronie wolności, demokracji oraz w walce z terroryzmem i antysemityzmem”.

Można by oczekiwać, że Europa – kolebka Oświecenia – będzie źródłem takiej moralnej jasności. Izrael i Europę dzieli zaledwie kilka tysięcy kilometrów. Tymczasem inicjatywa wyszła od prezydenta Argentyny, który musiał przylecieć z drugiego końca świata. Ten kontrast jest wymowny. Sugeruje, że wartości, które Europa mieni się wyznawać – jak prawa człowieka czy uczciwość demokratyczna – są stosowane wybiórczo, zależnie od politycznej koniunktury. Dla mnie przypomina to faszyzm.

Europa usilnie stara się wykreować Izrael na główne źródło problemów. Premier Hiszpanii wykorzystuje narrację antyizraelską, by przykryć skandale korupcyjne we własnej rodzinie. Europejczycy z pogardą mówią o „prawicowym rządzie” w Jerozolimie, zapominając, że „prawica” to wynik demokratycznego wyboru 70% obywateli. Mimo to Izrael pozostaje państwem o silnych instytucjach liberalnych, z opieką społeczną i równymi prawami dla mniejszości.

Krytycy grzmią o „ekstremistach” w izraelskim rządzie. Jednak ekstremiści zdarzają się wszędzie. Zaledwie w zeszłym tygodniu polski poseł Konrad Berkowicz nazwał Izrael „nową Trzecią Rzeszą” i paradował w parlamencie ze sprofanowaną flagą Izraela. W wielu krajach tacy politycy uchodzą za margines, któremu nie poświęca się uwagi. W przypadku Izraela jednak margines służy Europie do definiowania całego państwa i wykluczania go z cywilizowanego dialogu.

Podwójne standardy stosowane wobec Izraela są absurdalne i – nie miejmy złudzeń – mają podłoże antysemickie. To, co niegdyś spotykało żydowskich sąsiadów w europejskich miastach, dziś spotyka państwo żydowskie na arenie międzynarodowej. Zmieniła się skala, schemat pozostał ten sam.

Na szczęście Izrael nie musi już zabiegać o aprobatę rządów, które przedkładają naciski nad partnerstwo. Sojusze to nie kwestia sentymentów, lecz funkcjonalności. Albo służą obu stronom, albo stają się martwe. W relacji z dzisiejszą Europą ta funkcjonalność właśnie wygasa.

Europa traci swoje strategiczne znaczenie dla Izraela

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.