Uncategorized

Rozejm, który potęguje zagrożenie

Autor: Alicja Teodorescu

Rozejm to słowo tętniące nadzieją. Zazwyczaj oznacza kruchą, choć obustronną ambicję zastąpienia stanu wojny stanem zawieszenia broni. To próba przejścia od chaosu do równowagi, a w najlepszym ze światów – do trwałego pokoju.

Jednak w przypadku Iranu (podobnie jak w przypadku Hamasu, będącego jego zbrojnym ramieniem) rozejm oznacza jedynie chwilę wytchnienia. Dla kultu śmierci, który nie wykazuje szczerych ani długofalowych intencji zaprzestania wrogich działań, jest to wyłącznie szansa na przeładowanie broni. Przyjmowanie rozejmu z entuzjazmem – tak jakby oznaczał on nagłe zniknięcie irańskiego zagrożenia dla światowego porządku – jest, mówiąc eufemistycznie, całkowicie oderwane od rzeczywistości.

Nic nie wskazuje bowiem na to, by Iran zamierzał przestać terroryzować własny naród, porzucić ambicję zniszczenia Izraela czy wstrzymać dostawy dronów dla Rosji. Reżim nie zaprzestał wykorzystywania europejskich grup przestępczych do ataków na cele izraelskie, prześladowania diaspory w Szwecji, ani – co najważniejsze – wzbogacania uranu w celu zastraszenia świata bronią jądrową. Gdyby teolodzy z Teheranu rzeczywiście pragnęli pokoju, żadna wojna, w której trzeba ogłaszać zawieszenie broni, w ogóle by nie wybuchła. Z czego więc mamy się cieszyć? Z tego, że ceny ropy chwilowo wyhamowały? Choć to pozytywne dla gospodarki, nie zmienia fundamentalnego zagrożenia.

Moralność konfrontacji

Od początku opowiadałam się za radykalnymi działaniami wobec Iranu z prostego powodu: żadna inna próba obalenia tego reżimu nie przyniosła rezultatu. Ataki były i są konieczne. Czasami trzeba ponieść krótkoterminowe koszty, by osiągnąć długofalową stabilność. Strach przed eskalacją prowadzi jedynie do utrwalenia egzystencjalnych zagrożeń. Ciągłe wybieranie drogi najmniejszego oporu nie jest tożsame z wyborem najbardziej moralnym. Tak uczy historia i tak należy rozumować dzisiaj. Alternatywą jest akceptacja krwawego status quo i rezygnacja z nadziei na jakąkolwiek zmianę.

Jestem głęboko przekonana, że naród irański – od pół wieku trzymany jako zakładnik przez islamski reżim nieposiadający historycznego odpowiednika – zasługuje na wolność. Izrael zasługuje na przyszłość wolną od rakiet i terroru „pośredników” Teheranu. Państwa Zatoki Perskiej i cały Bliski Wschód zasługują na koniec destabilizacji regionu, która torpeduje szanse na normalizację stosunków zapoczątkowaną przez porozumienia abrahamowe.

Kto pragnie innej przyszłości dla tego regionu, a jednocześnie sprzeciwia się amerykańsko-izraelskim próbom siłowego powstrzymania mułłów, ten de facto nie ma żadnej odpowiedzi na dzisiejsze wyzwania. Jeśli nie ta droga, to jaka? Skoro wszystkie inne metody zawiodły.

Bilans wojny: sukces i porażka

Wojna z Iranem została podjęta, by odebrać reżimowi zdolność do produkcji broni jądrowej, zniszczyć arsenał pocisków dalekiego zasięgu i dać szansę nieuzbrojonemu narodowi irańskiemu na obalenie oprawców. Dziś widzimy obraz niejednoznaczny. Choć ajatollah Chamenei i znaczna część kierownictwa zostali wyeliminowani w pierwszych dniach konfliktu, reżim jako struktura nie upadł. Z drugiej strony, marzenie o bombie atomowej zostało zniweczone, a zdolność Iranu do wyrządzania szkód sąsiadom drastycznie ograniczona. Wojna ta jest więc jednocześnie sukcesem i porażką. Ci, którzy nie potrafią uznać tej złożoności, stają się „pożytecznymi idiotami” mułłów.

Co przyniosą najbliższe tygodnie? Negocjacje między USA a Iranem utknęły w martwym punkcie. To żadne zaskoczenie. Dziesięć punktów, które Iran przedstawił jako swoją pozycję negocjacyjną, to w istocie żądanie kapitulacji Zachodu. Reżim domaga się zgody na wzbogacanie uranu, zniesienia sankcji, kontroli nad Cieśniną Ormuz i wycofania sił USA z regionu. Akceptacja tych warunków sprawiłaby, że Teheran wyszedłby z wojny silniejszy niż przed 28 lutego.

Donald Trump odpowiedział na te żądania mobilizacją. W stronę regionu zmierza trzeci lotniskowiec – USS George H.W. Bush. Dlaczego administracja USA decydowałaby się na tak kosztowne operacje, gdyby wierzyła w skuteczność samej dyplomacji? Ta demonstracja siły ma dwa cele: zwiększenie presji negocjacyjnej oraz przygotowanie gruntu pod realne działania. Nie zdziwiłabym się, gdyby ostatecznie wysłano oddziały lądowe w celu trwałego zabezpieczenia zapasów uranu i udrożnienia Cieśniny Ormuz.

Zderzenie cywilizacji i europejska naiwność

Niezależnie od dalszego rozwoju wypadków, obecny kryzys pozwala wyciągnąć gorzkie wnioski:

Po pierwsze: Asymetria wartości.

Jesteśmy świadkami zderzenia cywilizacji w duchu Samuela Huntingtona. To, co Zachód nazywa humanizmem, dążeniem do deeskalacji i dyplomacją, siły „osi zła” postrzegają jako oznakę słabości. Dla nich cywile nie są podmiotami ochrony, lecz żywymi tarczami i narzędziami propagandy. Śmierć kobiet i dzieci jest dla islamistów (podobnie jak dla Rosjan) wkalkulowana w strategię budowania „męczenników”. To cynizm, który zachodnia opinia publiczna zbyt często ignoruje, dając się nabrać na narrację agresora.

Po drugie: Bezpieczeństwo Europy.

Niedawne irańskie ataki rakietowe na amerykańską bazę na wyspie Diego Garcia pokazują, że rakiety mułłów mogą już dosięgnąć Berlina, Paryża czy Rzymu. Mimo to w Europie wciąż pokutuje zgubne przekonanie, że to nie jest „nasza wojna”. Nic bardziej mylnego. To wojna bardziej nasza niż Amerykanów – ze względu na geografię, infiltrację naszych społeczeństw przez radykalnych islamistów oraz moralną odpowiedzialność wobec Izraela. Jest tragiczną ironią, że Europa, która nie obroniła Żydów przed Hitlerem, dziś często potępia ich wnuków walczących z reżimem eksportującym terror na nasz kontynent.

Po trzecie: Niechęć do liderów vs interes własny.

Część europejskich elit, kierowana niechęcią do Donalda Trumpa, niemalże życzy Stanom Zjednoczonym i Izraelowi porażki. Ta krótkowzroczność uderza w nasze fundamenty. Jeśli Europa uzna, że Iran nie jest jej sprawą, Trump może uznać, że Ukraina nie jest sprawą Ameryki. Stoimy przed podwójnym zagrożeniem: rosyjskim i islamistycznym. Bez silnej więzi transatlantyckiej nie poradzimy sobie z żadnym z nich.

Gospodarka to bezpieczeństwo

Musimy zrozumieć, że energia i gospodarka są nierozerwalnie związane z bezpieczeństwem. Cieśnina Ormuz, przez którą przepływa 20% światowej ropy (z czego połowa trafia do Europy), jest naszym krwiobiegiem. Każde zakłócenie na tym szlaku to wyższa inflacja, droższa żywność i bezrobocie w naszych miastach.

Lekcja z inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 roku była bolesna: zależność od dyktatur czyni nas zakładnikami. Wolny handel, który miał przynieść „wieczny pokój”, stał się narzędziem szantażu w rękach agresorów. Zależność od rosyjskich surowców nie powstrzymała Putina, a zależność od Cieśniny Ormuz paraliżuje nasze działania wobec Teheranu.

Podsumowanie

Dla reżimu, którego istotą jest konflikt, rozejm to tylko „oddech”. Mułłowie woleliby spalić region, niż zrezygnować z ambicji nuklearnych czy pozwolić irańskim kobietom zdjąć hidżab.

Mówienie o zawieszeniu broni jako o kroku ku stabilności to fundamentalne niezrozumienie natury islamistycznego aparatu władzy. On nie przetrwał pomimo wojen – on żywi się wojną od pół wieku. Alternatywą dla zdecydowanych działań nie jest pokój, lecz status quo: dalsze wzbogacanie uranu, eksport przemocy i represje wobec 90 milionów ludzi.

Zanim zaczniemy świętować rozejm, odpowiedzmy na pytania: Czy policja obyczajowa odłożyła pałki? Czy więzienia polityczne opustoszały? Czy ustały groźby wobec Izraela? Odpowiedź brzmi: nie. W każdym z tych punktów. Dlaczego więc wolny świat miałby uznać, że zagrożenie minęło?

Rozejm, który potęguje zagrożenie

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.