
Autor: Chaim Noll
Zachód w końcu zrozumiał, że nie może dłużej zaprzeczać istnieniu egzystencjalnego zagrożenia. Został zmuszony do interwencji, wykorzystując wreszcie swoją technologiczną i militarną przewagę.
Od czasu ataku na amerykańską bazę lotniczą Diego Garcia na Oceanie Indyjskim, przeprowadzonego przy użyciu irańskiego pocisku o zasięgu 4000 kilometrów, państwa Europy Zachodniej również znalazły się w polu rażenia Teheranu. To, co dla sąsiednich państw arabskich i Izraela jest już brutalną codziennością – a dla Turcji, Azerbejdżanu czy Cypru realnym zagrożeniem – może dziś dotknąć Berlin, Zurych, Paryż czy Rzym. Dzięki rosyjskim zdjęciom satelitarnym i danym wywiadowczym, irańskie władze dysponują precyzyjną wiedzą o strategicznych celach w Europie.
W obliczu tego globalnego niebezpieczeństwa nasuwa się pytanie: jak to możliwe, że morderczy reżim islamskich fanatyków mógł przez dziesięciolecia bezkarnie budować arsenał rakietowy i wzbogacać uran, mimo że jego liderzy otwarcie wypowiedzieli wojnę Zachodowi i ogłosili ludobójcze zamiary? Bez wątpienia Zachód zlekceważył to zagrożenie. Być może pierwszym pozytywnym skutkiem obecnej wojny jest fakt, że nie da się już dłużej odwracać wzroku. Interwencja stała się koniecznością, a przewaga technologiczna wolnego świata została w końcu użyta.
Z muzułmańskiego punktu widzenia zachowanie krajów zachodnich interpretowano dotąd wyłącznie jako słabość i tchórzostwo. Europa, mimo posiadania potężniejszej broni, wykazywała niemal paraliżującą niechęć do jej użycia. Hasło „Nigdy więcej wojny!” jest szlachetne i zrozumiałe, ale w obecnych realiach okazuje się naiwne. W obliczu bezpośredniego ataku wojna staje się nieunikniona – chyba że wybiera się drogę samobójczą. Fakt, że Europa nie doświadczyła wielkiego konfliktu od 1945 roku, był szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Te osiem dekad spokoju uśpiło jednak instynkt samozachowawczy europejskich społeczeństw i przekształciło ich młodzież w biernych fatalistów.
Pokojowego nastawienia religijnych fanatyków nie da się wypracować perswazją ani dobrym przykładem. Dziś, w trzeciej dekadzie XXI wieku, każdy, kto trzeźwo ocenia sytuację, musi przyznać: wojna – ta potworność, której za wszelką cenę chcieliśmy uniknąć – stała się częścią naszego życia.
My w Izraelu zrozumieliśmy to najpóźniej 7 października 2023 roku. Dotarło do nas, że nawet przy najlepszych pokojowych intencjach można zostać wciągniętym w niechcianą wojnę przez agresywnego sąsiada. Narracja europejskich mediów, sugerująca, że konflikt z Iranem został wywołany przez „skrajnie prawicowy rząd Izraela” lub ambicje Benjamina Netanjahu, traci rację bytu w zderzeniu z niemal jednogłośnym poparciem izraelskiego społeczeństwa dla tych działań. Większość Izraelczyków zrozumiała, że przymykanie oczu i fałszywa tolerancja wobec wojującego islamu są śmiertelnym błędem.
Mimo to w Europie wojna ta jest skrajnie niepopularna. Jej skutki to rosnące ceny paliw, zwiększone ryzyko terroryzmu i widmo nowej fali uchodźców. Media jednoznacznie sugerują, że nie życzą Donaldowi Trumpowi sukcesu w jego śmiałym przedsięwzięciu, podobnie jak nie kibicują Izraelowi. Europejskie elity wolałyby utrzymać status quo, nawet jeśli zmiana byłaby dla nich ostatecznie korzystna. Wynika to z faktu, że wojna kładzie kres dotychczasowej polityce współpracy z Teheranem, prowadzonej przez lata w imię partykularnych korzyści ekonomicznych.
Pojawia się też argument, że USA i Izrael naruszyły prawo międzynarodowe. Jednak wielokrotnie deklarowana przez mułłów intencja unicestwienia innych państw (i próba jej realizacji 7 października rękami sojuszników) od dawna stanowiła casus belli. Reżim w Teheranie był zaskakująco szczery w swoich wojennych planach. Przez dziesięciolecia tworzył milicje destabilizujące Bliski Wschód, finansując wojny Hamasu w Gazie, Hezbollahu w Libanie, Hashd al-Shaabi w Iraku oraz Huti w Jemenie.
W 2014 roku ajatollah Ali Chamenei opublikował „Islamsko-irański plan postępu” – dokument kreślący politykę na najbliższe półwiecze. Otwarcie przedstawia on hegemoniczne ambicje elity duchownej: najpierw podporządkowanie Bliskiego Wschodu, a następnie budowę „nowej cywilizacji” pod irańskim przywództwem. Zachodni politycy i media początkowo zignorowali te zapowiedzi, uznając je za oderwane od rzeczywistości. Jednak reżim wykazał się niezwykłą wnikliwością w ocenianiu słabości Zachodu, trafnie zakładając, że bierność i podatność Europy na korupcję ułatwią mu realizację globalnych celów.
Masowe mordy na młodych protestujących w styczniu ostatecznie obnażyły prawdziwe oblicze tego systemu: nieludzkie i nieakceptowalne dla cywilizowanego świata. Reżim ten przez cztery dekady prowokował Zachód bez żadnych konsekwencji. Agresywny, mizoginiczny, antysemicki i paranoicznie wrogi wobec Izraela oraz USA, najpierw zainfekował Bliski Wschód, dozbrajając mniejszości szyickie. W ten sposób zniszczono przyszłość Libanu oraz doprowadzono do rozkładu społeczności palestyńskiej, co uniemożliwiło powstanie jakiegokolwiek stabilnego, niepodległego państwa.
Sytuacja osiągnęła punkt krytyczny w marcu 2021 roku, gdy dzięki bierności administracji Bidena, Iran podpisał umowę z Chinami (wcześniej blokowaną przez Trumpa). Gwarantuje ona mułłom 400 miliardów dolarów w zamian za ropę. Mimo biedy i zrujnowanej infrastruktury kraju, pieniądze te płyną szerokim strumieniem na zbrojenia i program jądrowy.
Dopóki ten reżim pozostaje u władzy, nie ma nadziei na pokój. Jego obalenie byłoby błogosławieństwem dla całego regionu, choć ostateczna odpowiedzialność za tę zmianę spoczywa na samym narodzie irańskim. Nawet jeśli wspólna akcja wojskowa USA i Izraela nie doprowadzi do natychmiastowego upadku teokracji, to radykalnie osłabi jej zasoby i wpływy. Większość Irańczyków, zwłaszcza młodzież, nienawidzi swoich władców. Doświadczenie uczy, że reżimy pogardzane przez własny lud, nawet stosując najgorszą brutalność, mogą utrzymać się przy władzy tylko przez ograniczony czas.
Kategorie: Uncategorized

