Uncategorized

Ameryka potrzebuje Izraela bardziej, niż jej się wydaje

Eric Daniel Buesing

3,8 miliarda dolarów, które Stany Zjednoczone przekazują rocznie Izraelowi, to nie pomoc charytatywna. To jedna z najbardziej opłacalnych inwestycji strategicznych w najnowszej historii USA.

Kiedy premier Izraela Benjamin Netanjahu zasugerował niedawno, że jego kraj może osiągnąć pełną niezależność od amerykańskiej pomocy wojskowej, w Waszyngtonie powinna była wybuchnąć panika. Nie dlatego, że Izrael desperacko potrzebuje tych pieniędzy, ale dlatego, że Ameryka desperacko potrzebuje tego, co ta inwestycja jej kupuje.

Odrzućmy retorykę o wspólnych wartościach i więziach historycznych. Pozostaje zimna strategiczna rzeczywistość: potęga Ameryki na Bliskim Wschodzie zależy niemal całkowicie od posiadania jednego, absolutnie niezawodnego partnera. W regionie, gdzie niemal wszyscy inni są albo aktywnie wrodzy Stanom Zjednoczonym, albo tak niestabilni, że w każdej chwili mogą upaść.

Proszę spojrzeć na mapę. Od Maroka po Afganistan, od Turcji po Jemen, żyje około 400 milionów ludzi. Dokładnie jeden kraj w tym pasie funkcjonuje jako prawdziwa demokracja, w której interesy amerykańskie pokrywają się z interesami rządu.

Arabia Saudyjska pozostaje monarchią absolutną. Egipt balansuje między rządami wojskowymi a groźbą chaosu. Rząd Jordanii ledwo się utrzymuje. Syria to gruzowisko i arena walk milicji. Irak funkcjonuje jako ledwo maskowane państwo satelickie Iranu. Liban podlega Hezbollahowi. Turcja pod rządami Erdoğana dryfuje w stronę autorytaryzmu. Iran aktywnie pracuje nad bronią jądrową, finansując terroryzm w całym regionie.

Gdzie więc siły amerykańskie mogą działać z pewnością, że rząd kraju przyjmującego nie zniknie z dnia na dzień lub nie zmieni stron? To nie jest pytanie hipotetyczne. Irak i Afganistan kosztowały USA ponad 2 biliony dolarów, a oba kraje upadły niemal natychmiast po ograniczeniu amerykańskiej obecności. Cała zbudowana tam infrastruktura i wyszkolone armie zniknęły.

Porównajmy to z Izraelem, który kosztuje Amerykę mniej niż 4 miliardy dolarów rocznie. Jerozolima nigdy nie zawiodła jako sojusznik, nigdy nie rozgrywała USA przeciwko innym mocarstwom i nigdy nie udzielała schronienia wrogom Ameryki. To prosta arytmetyka strategiczna.

Amerykanie niezwykle wolno uczą się z historii. Po II wojnie światowej USA zbudowały sieci sojuszy (NATO, traktaty z Japonią i Koreą Południową), aby powstrzymać Związek Radziecki. Nie były to przedsięwzięcia charytatywne. Były to wysunięte pozycje operacyjne, pozwalające wywierać wpływ bez konieczności utrzymywania ogromnych stałych kontyngentów. Zimna wojna zakończyła się bez globalnej katastrofy, ponieważ mieliśmy sojuszników gotowych przejąć na siebie presję i dzielić się wywiadem.

Na Bliskim Wschodzie matryca zagrożeń jest dziś bardziej złożona – mamy do czynienia z Iranem, Rosją, Chinami oraz grupami takimi jak Hezbollah i Hamas jednocześnie. Za każdym razem, gdy USA porzucały strategiczne pozycje, żałowały tego. Upadek Wietnamu Południowego zdestabilizował region na pokolenie. Przedwczesne wycofanie się z Iraku w 2011 r. stworzyło próżnię dla ISIS. Upadek Afganistanu w 2021 r. pozwolił Al-Kaidzie się przegrupować. Geopolityka nie znosi próżni – jeśli Ameryka odchodzi, jej miejsce natychmiast zajmują wrogowie.

Argumenty, że dzięki szczelinowaniu USA nie potrzebują już ropy z Bliskiego Wschodu, są chybione. Światowe rynki są powiązane, a europejscy i azjatyccy sojusznicy USA nadal zależą od tamtejszej energii. Jeśli Pekin lub Moskwa zdominują region, zyskają ogromną dźwignię przeciwko globalnym interesom USA. Ponadto 20 procent światowej ropy przepływa przez Cieśninę Ormuz. Zdolność USA do zagwarantowania tam swobody żeglugi ma kluczowe znaczenie. Nie można odwrócić się od regionu, który generuje terroryzm i zagrożenie nuklearne.

Każda administracja USA, która próbowała ograniczyć zaangażowanie na Bliskim Wschodzie, ponosiła porażkę. Za Obamy ISIS stworzyło kalifat, Rosja weszła do Syrii, a Iran rozszerzył wpływy od Iraku po Jemen. Każda przestrzeń oddana przez Amerykę zostaje wypełniona przez podmioty wrogie Zachodowi.

Historia uczy, że pusta przestrzeń strategiczna natychmiast wypełnia się przemocą i rywalizującymi mocarstwami. USA poświęciły dekady i biliony dolarów w Iraku i Afganistanie, nie budując niczego trwałego. Potrzebne są prawdziwe partnerstwa ze stabilnymi rządami, a nie państwa klienckie.

Na Bliskim Wschodzie te warunki spełnia dokładnie jeden rząd. Podczas gdy Turcja Erdoğana gra na dwa fronty, Arabia Saudyjska współpracuje tylko wtedy, gdy ma w tym interes, a Pakistan udzielał schronienia bin Ladenowi, biorąc amerykańskie pieniądze – Izrael pozostaje stabilnym i przewidywalnym filarem zachodnich interesów.

Geografia ma kluczowe znaczenie. Izrael leży na styku trzech kontynentów, kontrolując podejścia do Kanału Sueskiego i wschodnią część Morza Śródziemnego. Amerykańskie samoloty i okręty uzyskują dostęp do tamtejszych baz w sytuacjach kryzysowych. Podczas konfliktów w Iraku, Afganistanie i Syrii to stamtąd pochodziło kluczowe wsparcie logistyczne i wywiadowcze. Odtworzenie tej infrastruktury samodzielnie kosztowałoby dziesiątki miliardów dolarów.

Współpraca wywiadowcza jest bezcenna. Grupy takie jak ISIS, Al-Kaida, Hezbollah i Hamas stanowią bezpośrednie zagrożenie dla USA. Izraelska wymiana informacji regularnie zapobiega atakom na amerykańskie cele. Po 11 września kluczowe dane dotyczące sieci Al-Kaidy napływały właśnie tym kanałem.

Równie istotne jest powstrzymywanie rozprzestrzeniania broni jądrowej. Teheran jest dziś bliżej bomby niż kiedykolwiek. Jeśli Iran uzyska broń jądrową, Arabia Saudyjska i Turcja pójdą w jego ślady. Wyścig zbrojeń jądrowych na Bliskim Wschodzie miałby katastrofalne skutki. Tylko jedna potęga regionalna wykazała zdolność i wolę, by temu zapobiec militarnie, niszcząc reaktory w Iraku (1981) i Syrii (2007).

W dobie konkurencji technologicznej z Pekinem partnerstwo to staje się jeszcze cenniejsze. Chiny i USA rywalizują o prymat w dziedzinie AI, systemów autonomicznych i informatyki kwantowej. Wspólne programy rozwojowe z Izraelem przyczyniają się do utrzymania amerykańskiej przewagi. Giganci tacy jak Intel (przejęcie Mobileye za 15,3 mld USD) czy Nvidia (zakup Mellanox za 7 mld USD) kupują izraelską technologię nie z hojności, ale dlatego, że Ameryka potrzebuje jej, by wygrać wyścig z Chinami.

Wojna cybernetyczna to jedno z najpoważniejszych zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego USA. Izrael przyjmuje więcej cyberataków w przeliczeniu na mieszkańca niż jakikolwiek inny kraj. Ta nieustanna presja generuje unikalne zdolności obronne. Izraelskie firmy, takie jak Check Point czy Palo Alto Networks, chronią krytyczną infrastrukturę amerykańską. Nawet podczas wojny w 2024 roku izraelski sektor cyberbezpieczeństwa pozyskał 4 mld dolarów kapitału, co świadczy o globalnym zaufaniu.

Porozumienia Abrahama zmieniły dynamikę regionu. Rządy arabskie znormalizowały stosunki z Izraelem, ponieważ uznały wspólne zagrożenie ze strony Iranu i terroryzmu. Nagle zapragnęły izraelskiej technologii wojskowej i współpracy wywiadowczej. Ta koalicja jest zgodna z interesami USA, ale jej stabilność zależy od wiarygodności amerykańskiego wsparcia.

Potencjał gospodarczy i militarny Izraela jest imponujący. PKB przekracza 500 miliardów dolarów, a dochód na mieszkańca jest wyższy niż w Japonii czy Wielkiej Brytanii. W Izraelu znajduje się ponad 570 ośrodków B+R należących do korporacji takich jak Microsoft, Google czy Amazon.

Militarnie Izrael plasuje się wśród najskuteczniejszych państw świata. Wywiad Mossadu, Shin Betu i Jednostki 8200 dostarcza danych o najwyższej wartości. Amerykańskie siły specjalne szkolą się z izraelskimi odpowiednikami, przejmując taktykę sprawdzoną w boju. Współpraca w dziedzinie obronności przynosi wymierne korzyści: systemy Arrow, Iron Dome czy Trophy (chroniący amerykańskie czołgi) powstały dzięki wspólnym wysiłkom i finansowaniu. Dane z pola walki nieustannie usprawniają amerykańskie systemy uzbrojenia, co analitycy wyceniają na miliardy dolarów oszczędności rocznie.

Jeśli Waszyngton zdystansuje się od Jerozolimy, scenariusze są łatwe do przewidzenia. Izrael przetrwa i będzie prosperował, ale natychmiast znajdzie nowych partnerów. Pekin, Moskwa i Delhi chętnie wypełnią próżnię, oferując rynki zbytu i współpracę wojskową. Wpływy USA na Bliskim Wschodzie ulegną załamaniu, Porozumienia Abrahama się rozpadną, a Teheran zdobędzie dominację. Ucierpi też globalna wiarygodność Stanów Zjednoczonych – sojusznicy od Japonii po NATO zaczną kwestionować zaangażowanie USA.

Oświadczenie Netanjahu o niezależności świadczy o sile Izraela, ale obnaża wrażliwość Waszyngtonu. Ujawnia asymetryczną zależność. Jeśli wsparcie amerykańskie stanie się niewiarygodne lub obwarowane warunkami zagrażającymi bezpieczeństwu Izraela, Jerozolima wybierze niezależność.

Strategiczna rzeczywistość jest jednoznaczna. Izrael jest ostatnią twierdzą zachodnich wartości i potęgi w regionie. Jest jedynym partnerem, dzięki któremu Ameryka może zabezpieczyć swoje interesy, testować technologię w warunkach bojowych i pozyskiwać niezastąpiony wywiad.

Izrael może sobie pozwolić na niezależność. Ameryka nie może sobie pozwolić na utratę tego sojuszu. Pytanie nie brzmi, czy Amerykanie powinni wspierać Izrael. Pytanie brzmi, czy Ameryka może utrzymać swoją globalną pozycję bez niego. Odpowiedź brzmi: nie.

Ameryka potrzebuje Izraela bardziej, niż jej się wydaje

Kategorie: Uncategorized

3 odpowiedzi »

  1. Same emocje… a fakty sa faktami, próba zabicia hamasowców w Katarze wywolala kryzys w relacjach z US i nawet Netanyahu musial publicznie przeprosić i objecać poprawę. Ten atak tylko zaszkodzil Izraelowi.

  2. Chlopski filozof z prowincji francuskiej nie zauwazyl ze Katar nie ostalby sie jednego dni gdyby USA zamknelo ta baze. I dlaczego mialoby USA miec ta baze o ile wycofaloby sie z Bliskiego Wshodu.
    Tak, pobyt we Francji, protektorki Hezbollahu, Hamasu i piastunki Kohomeinego wplywa na mozgi. Zobaczymy ile teraz Francja zaplaci Iranowi za laske pozwolenia na import ropy z np. rabii Saudyjskiej.
    I jedyne ”idiotyczne” w probie zabicia herszta Hamasu w Katarze bylo uzycie za malych ladunkow wybuchowych.

  3. Myslenie zyczeniowe, sojusznikiem pierwszej kategorii dla USA jest Katar, KSA i UAE.
    Z Katarem US maja umowę wedlug której atak na Katar jest atakiem na USA, podpisana po idiotycznym ataku izraelskim na negocjatorów Hamasu w Doha.
    No i oczywiscie w Katarze jest największa baza logistyczna US poza granicami US.
    Czy Izrael dal Trumpowi samolot warty 100ki miljonów $ ? Czy kupill akcje w jego firmie za 0.5 miljarda $ ? Czy ma hotelowe projekty na miljardy $?
    Money talks bullshit walks , jak to elegancko wyjasniaja jankesi.
    W Izraelu sa glosy ze trzeba się uniezaleznić od pomocy US, zimna ocena ze następna umowa na 10 lat nie jest pewna.

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.