
Autor: Pierre Rehov
Podejście Donalda Trumpa do Organizacji Narodów Zjednoczonych nie wynika wyłącznie z doraźnej irytacji czy krótkowzrocznej gry politycznej. Odzwierciedla ono celowe, stopniowe wycofywanie się, oparte na chłodnej ocenie strategicznej: instytucja ta rażąco odeszła od swoich zasad założycielskich, a dalsze traktowanie jej jako centralnego filaru porządku międzynarodowego przestało służyć podstawowym interesom Stanów Zjednoczonych. To, co krytycy określają mianem impulsywnej wrogości, jest w rzeczywistości metodyczną sekwencją decyzji zmierzających do ograniczenia zaangażowania w system postrzegany jako nieodwracalnie skompromitowany.
20 stycznia 2025 r. prezydent Trump podpisał dekret inicjujący wycofanie się Stanów Zjednoczonych ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), uzasadniając to nieudolnym zarządzaniem pandemią COVID-19, podatnością na naciski polityczne – zwłaszcza ze strony Chin – oraz nieproporcjonalnym obciążeniem finansowym amerykańskich podatników. 4 lutego 2025 r. nakazał wystąpienie z Rady Praw Człowieka ONZ oraz wstrzymanie finansowania UNRWA – agencji od lat krytykowanej za nieefektywność i domniemane powiązania z ugrupowaniami terrorystycznymi. Następnie, 7 stycznia 2026 r., Biały Dom ogłosił szerzej zakrojony plan, nakazując wystąpienie z 66 organizacji międzynarodowych (w tym 31 organów powiązanych z ONZ), które uznano za sprzeczne z priorytetami USA. Nie jest to nagłe zerwanie, lecz przemyślana rekalibracja: w sytuacji, gdy instytucja przestaje realizować swoje cele, strategiczne jej obejście okazuje się skuteczniejsze niż niekończące się i bezowocne próby wewnętrznych reform.
Fasada neutralności i rzeczywistość wpływów
Krytycy często przedstawiają tę politykę jako „instytucjonalny wandalizm”, zagrażający globalnej współpracy. Argumenty te opierają się jednak na kruchym założeniu, że ONZ pozostaje neutralną i skuteczną platformą porozumienia. Tymczasem organizacja przeobraziła się w system, w którym wkłady finansowe i wpływy polityczne są do siebie odwrotnie proporcjonalne. Narody demokratyczne, z USA na czele, ponoszą ogromne koszty utrzymania struktur, podczas gdy bloki zdominowane przez reżimy autorytarne dyktują wyniki głosowań w Zgromadzeniu Ogólnym. Rada Praw Człowieka wielokrotnie przyjmowała w swoje szeregi państwa słynące z krwawych represji, co zmieniło organ mający stać na straży uniwersalnych standardów w narzędzie selektywnej krytyki – wymierzonej zazwyczaj w sojuszników USA przy jednoczesnym wybielaniu wpływowych dyktatur.
Jaskrawym przykładem tej strukturalnej patologii jest obsesyjne skupienie ONZ na Izraelu. W październiku 2016 r. Rada Wykonawcza UNESCO przyjęła rezolucję w sprawie Jerozolimy, używając wyłącznie islamskiej terminologii w odniesieniu do Wzgórza Świątynnego („Meczet Al-Aksa/Al-Haram Al-Sharif”). Izrael określono mianem „mocarstwa okupacyjnego”, marginalizując historyczne i religijne więzi żydów z tym miejscem. Nie była to neutralna decyzja o ochronie dziedzictwa, lecz jednostronny akt polityczny. W odpowiedzi administracja Trumpa ogłosiła wycofanie się z UNESCO, wskazując na „utrzymujące się antyizraelskie uprzedzenia”. Decyzja ta weszła w życie pod koniec 2018 r.
Finansowy i moralny koszt dysfunkcji
Podobna logika przyświecała wystąpieniu z WHO. W początkowej fazie kryzysu COVID-19 organizacja ta wykazała się uległością wobec narracji Pekinu. Dekret z 2025 r. uwypuklił te błędy oraz brak woli do przeprowadzenia zmian. Dysproporcja finansowa była rażąca: USA wpłacały rocznie ok. 111 mln dolarów składek obowiązkowych oraz setki milionów w ramach dobrowolnego wsparcia – kwoty te drastycznie przewyższały wpłaty pozostałych członków. Formalne wycofanie sfinalizowano 22 stycznia 2026 r., prezentując je nie jako izolacjonizm, lecz konieczną korektę budżetową.
Dane finansowe mówią same za siebie. Regularny budżet ONZ na rok 2025 wyniósł ok. 3,72 mld dolarów, z czego USA pokrywały 22% (ponad 820 mln). Budżet misji pokojowych na lata 2025–2026 zatwierdzono na kwotę 5,38 mld dolarów, przy udziale USA na poziomie ok. 26%. Amerykańscy podatnicy finansują więc instytucję, która systematycznie zajmuje stanowiska sprzeczne z polityką zagraniczną ich kraju.
Cień przeszłości i nieskuteczność operacyjna
Problemy z wiarygodnością ONZ nie są zjawiskiem nowym. Kadencja sekretarza generalnego Kurta Waldheima (1972–1981) do dziś pozostaje przestrogą. To za jego urzędowania przyjęto rezolucję nr 3379, zrównującą syjonizm z rasizmem. Później ujawniono, że Waldheim ukrywał swoją służbę w Wehrmachcie i udział w nazistowskich operacjach na Bałkanach. Te epizody obnażyły luki w autorytecie moralnym i mechanizmach weryfikacji kadr ONZ. Tendencja ta trwa do dziś, choćby poprzez istnienie „punktu 7” porządku obrad Rady Praw Człowieka – jedynego stałego punktu poświęconego wyłącznie jednemu państwu (Izraelowi), podczas gdy krwawe konflikty w innych częściach świata nie doczekują się nawet ułamka tej uwagi.
Również operacje pokojowe, uznawane za wizytówkę ONZ, często dowodzą bezsilności organizacji. Siły UNIFIL w Libanie miały zapobiec zbrojeniu się Hezbollahu. W rzeczywistości organizacja ta, na oczach błękitnych hełmów, zbudowała potężny arsenał i sieć tuneli. Obecnie mandat misji przedłużono ostatecznie do końca 2026 r., z planem całkowitego wycofania w 2027 r. Fiasko UNIFIL rodzi pytanie o sensowność kosztownych misji, które nie zmieniają realiów w terenie.
Podwójne standardy i nowa architektura świata
Selektywna moralność ONZ rzuca się w oczy także w kontekście prześladowań chrześcijan. Podczas gdy brutalne ataki w Nigerii (np. napad na wiernych w stanie Kwara w listopadzie 2025 r.) czy czystki w Sudanie kwitowane są jedynie proceduralnymi raportami, działania Izraela spotykają się z natychmiastową i agresywną reakcją dyplomatyczną. Ta asymetria zmusiła USA do częstego korzystania z prawa weta (ponad 45 razy do 2023 r. oraz wielokrotnie w latach 2024–2025), by blokować stronnicze rezolucje.
Ostatnim ciosem w wizerunek ONZ była opieszała reakcja na przemoc seksualną z 7 października 2023 r. Wahania agencji narodowych, skorygowane dopiero pod ogromną presją opinii publicznej, pokazały, że ideologia wygrała z uniwersalnymi zasadami ochrony praw człowieka.
W wielobiegunowym świecie kluczowym pytaniem nie jest to, czy ONZ przetrwa, ale czy może zachować jakiekolwiek znaczenie dla mocarstw. Skoro instytucja pochłania miliardy, stosuje zasady wybiórczo i uderza w interesy swoich głównych darczyńców, jej marginalizacja staje się nieunikniona. Strategia Donalda Trumpa to pragmatyczna rekalibracja: uznanie, że ONZ stała się reliktem przeszłości, i przeniesienie ciężaru dyplomacji na skuteczne kanały dwustronne. Proces ten, choć stopniowy, wyznacza kres ery dominacji ONZ w amerykańskim myśleniu strategicznym.
Wyjście Trumpa z bezwładnej ONZ: Początek nowej ery?
Kategorie: Uncategorized

