
Joshua Hoffman
Od 7 października liberalne instynkty i krzepiące mity przesłaniają trzeźwą ocenę sytuacji Izraela oraz narodu żydowskiego”
Sondaż opublikowany przez „postępową” organizację J Street ujawnia surową rzeczywistość: 60 procent amerykańskich Żydów sprzeciwia się amerykańskiej interwencji zbrojnej przeciwko Iranowi, a 70 procent odrzuca bezwarunkowe wsparcie finansowe i wojskowe dla Izraela.
Jeśli faktycznie zapoznamy się ze szczegółami raportu – co uczyniłem – wyniki te przestają zaskakiwać. Respondenci byli w przeważającej większości liberałami, głównie Żydami reformowanymi, którzy w 2024 roku oddali głos na kandydatkę Partii Demokratycznej, Kamalę Harris. Jim Gerstein, dyrektor w firmie GBAO Strategies, która przeprowadziła badanie, podsumował to bez ogródek: „Żydowscy wyborcy mają w przeważającej mierze negatywne opinie zarówno o Trumpie, jak i Netanjahu – żydowski sprzeciw wobec wojny i jej przywódców jest niepodważalny”.
Podejrzewam, że J Street nie zleciłaby tego badania, gdyby nie miało ono przynieść wyników, które choć wydają się obiektywne, od początku zostały zaprojektowane tak, by odzwierciedlać i wzmacniać agendę ideologiczną organizacji. Daje mi to nadzieję, że grupa ta nie przemawia w imieniu większości amerykańskich Żydów, a co za tym idzie – większości Żydów na Zachodzie.
Miejmy nadzieję, że J Street to tylko głośny megafon z chwytliwym hasłem: „proizraelski, propokojowy, prodemokratyczny”. Wkrótce po eskalacji napięć między Stanami Zjednoczonymi, Izraelem i Iranem pod koniec lutego, organizacja ogłosiła, że jest „zbulwersowana lekkomyślną decyzją prezydenta Trumpa o rozpoczęciu wojny z wyboru przeciwko Iranowi” – mimo że reżim irański od dawna pozostaje antyizraelski, antypokojowy i antydemokratyczny. Być może prawdziwym mottem J Street powinno brzmieć: „dumnie hipokrytyczni”.
Nie możemy mieć jednak pewności, że Żydzi w diasporze wyciągnęli wnioski z tragicznych wydarzeń po 7 października. Wniosków tych jest wiele, ale skupię się na trzech kluczowych.
Po pierwsze: koniec bezwarunkowej lojalności wobec partii liberalnych. Od dziesięcioleci znaczna część zachodniej społeczności żydowskiej wiąże swoją tożsamość z partiami lewicowymi, wierząc, że są one naturalną ostoją wartości takich jak tolerancja i sprawiedliwość. Jednak lojalność ta staje się coraz bardziej kosztowna. Liberalna polityka nie zdołała zabezpieczyć interesów Żydów za granicą, a w niektórych przypadkach wręcz przyspieszyła zagrożenia, których diaspora obawia się najbardziej.
Empatia wobec liberalnych ideałów, przedkładana nad pragmatyczną ocenę faktów, stała się formą zbiorowego samozniszczenia. Wspieranie polityków, którzy w imię ideologicznej czystości narażają bezpieczeństwo Izraela i społeczności żydowskich, nie jest aktem moralnej odwagi, lecz biernym przyzwoleniem na marginalizację. Wartości powinny kierować działaniem, ale ślepa lojalność partyjna kosztem własnej wspólnoty to luksus, na który naród żydowski nie może sobie pozwolić.
Ważne jest przy tym dostrzeganie niuansów. Można popierać prawo Izraela do samoobrony (w tym działań prewencyjnych), jednocześnie opowiadając się za dyplomacją tam, gdzie partnerzy są rzeczywiście skłonni do dialogu. Można popierać lewicowych kandydatów w sprawach wewnętrznych, uznając jednocześnie, że brutalna rzeczywistość przesunęła politykę bezpieczeństwa Izraela na prawo. Akceptacja tej złożoności nie osłabia zasad; gwarantuje ona, że żydowscy wyborcy działają z moralną jasnością i strategiczną świadomością.
Po drugie: zrozumienie natury amerykańskiej pomocy.
Wielu zakłada, że Waszyngton zapewnia Izraelowi bezwarunkowe wsparcie, umożliwiając mu pełną niezależność. To wygodna narracja, przedstawiająca Izrael jako geopolitycznego superbohatera wspieranego przez wiernego patrona. Rzeczywistość jest jednak inna. Większość pomocy wojskowej (ok. 3,8 mld dolarów rocznie) trafia bezpośrednio do amerykańskich koncernów zbrojeniowych. Zamiast wzmacniać autonomię, pomoc ta buduje zależność, osłabia rodzimy przemysł obronny Izraela i daje Waszyngtonowi potężne narzędzie wpływu na izraelską strategię.
W zamian za tę zależność, umowa z 2016 roku (podpisana przez Baracka Obamę i Benjamina Netanjahu) zmusiła Izrael do ograniczenia własnego sektora zbrojeniowego. Wcześniej Izrael mógł przeznaczyć ok. 26% pomocy na produkty krajowe; nowa umowa wymaga, aby niemal 100% środków wracało do USA. Skutkuje to likwidacją tysięcy miejsc pracy w Izraelu i przenoszeniem talentów do amerykańskich filii. Co więcej, flota F-35, do której Izrael ma preferencyjny dostęp, boryka się z problemami technicznymi i nie zawsze odpowiada specyficznym potrzebom strategicznym kraju. Bardziej realistyczne, oparte na transakcjach relacje pozwoliłyby Izraelowi zachować większą niezależność.
Po trzecie: porażka liberalnej polityki zagranicznej.
Porozumienie jądrowe z Iranem (JCPOA) z 2015 r. było kwintesencją podejścia liberalnego: oparte na dyplomacji i wierze w normy międzynarodowe. Jednak opierało się na kruchych założeniach. Ograniczenia były tymczasowe, a zniesienie sankcji dostarczyło zasobów reżimowi, którego ambicje pozostały agresywne. Próbując doprowadzić do umiarkowania poprzez ustępstwa, a nie odstraszanie, mocarstwa jedynie odsunęły konflikt w czasie. Dziś trzeba przyznać niewygodną prawdę: to podejście położyło podwaliny pod obecną wojnę.
Mam nadzieję, że Żydzi w diasporze wyciągnęli już wnioski.
Kategorie: Uncategorized

