Uncategorized

Jedna granica, różne wojny

Autor: Sheri Oz

Od Sniru po Hanitę – północna granica Izraela to nie jeden front, lecz mozaika odmiennych rzeczywistości.

W jednej z najtrudniejszych godzin ostrzału rakietowego Oren Dvoskin podjął osobliwą decyzję: rozstawił grilla.

Z tarasu obserwował, jak pociski przechwytujące rozświetlają niebo, a rakiety, których nie zdołała dosięgnąć żelazna kopuła, pędzą dalej na południe. Jego rodzina przebywała w kibucu Snir, położonym na samej granicy z Libanem. Między kolejnymi alarmami zdążyło zapaść okno czasowe – wystarczająco długie, by uruchomić gazowy palnik, przyrządzić posiłek i zasiąść do wspólnego stołu.

– To był akt nieposłuszeństwa – przyznaje Oren. – Trwał najgorszy ostrzał tamtego dnia. Z jednej strony czułem przerażenie, widząc systemy przeciwrakietowe nad głową. Z drugiej – miałem w sobie dziwną pewność, że tutaj, w tej konkretnej chwili, jesteśmy bezpieczni. Chcieliśmy uczcić naszą odporność. Między syrenami znaleźliśmy czas, by zjeść normalną rodzinną kolację.

Niecałe sześćdziesiąt kilometrów dalej, w kibucu Hanita, Sorel Hershkovitz dokonywał zupełnie innych wyborów. Zastanawiał się, którą drogą wrócić z pracy. Ostatecznie nadłożył drogi, wybierając dłuższą trasę tylko dlatego, że mijała stacje benzynowe i budynki z betonowymi schronami.

Obaj mężczyźni mieszkają na linii frontu. Obaj żyją pod ciągłym ostrzałem.

Mieszkam w Hajfie – wydawało mi się więc, że rozumiem ich sytuację. Mieszkam wystarczająco blisko granicy, by rakiety Hezbollahu regularnie brały moje miasto na cel. Przeżyłam dość ataków ze strony Iranu, by dostrzec przepaść między codziennością północy a centrum kraju. Pisałam o tym nie raz. Jednak gdy zagłębiłam się w rejestry alarmów, uświadomiłam sobie coś istotnego: mieszkańcy pogranicza z Libanem nie biorą udziału w tej samej wojnie.

Z perspektywy mapy północna granica wygląda jak jednolita linia. Miejscowości takie jak Metula, Misgav Am, Hanita, Snir czy Kiryat Shmona wydają się tworzyć jeden zwarty front. Tak też opisują to nagłówki gazet: „Północ”, „Granica”, „Linia konfrontacji”. Jednak dane z aplikacji Tsofar (izraelskiego systemu ostrzegania) malują znacznie bardziej złożony obraz. W promieniu zaledwie kilku kilometrów rytm zagrożenia całkowicie się zmienia. Inny jest czas na ucieczkę, inna częstotliwość alarmów. Sąsiednie społeczności mogą żyć w dwóch zupełnie różnych światach.

Snir: Życie w bańce

Oren Dvoskin, 53-letni specjalista ds. cyberbezpieczeństwa, mieszka w kibucu Snir w Górnej Galilei od 2018 roku. Choć od Libanu dzielą go zaledwie kilometry, swoje biuro prowadzi w piwnicy w pobliskim Kiryat Shmona – internet w kibucu jest zbyt niestabilny, by swobodnie rozmawiać z klientami.

Kiedy syrena przerywa wideokonferencję, izraelscy kontrahenci reagują natychmiastowym zrozumieniem. Amerykanie – wręcz przeciwnie.

– Gdy powiedziałem partnerowi biznesowemu z USA, że pracuję w schronie z powodu ataków, poczuł się nieswojo, niemal zły. Ludziom spoza Izraela trudno pojąć, jak bardzo ta surrealistyczna rzeczywistość może spowszednieć – mówi Oren.

Po tragicznych wydarzeniach z 7 października Oren został ewakuowany, ale do domu wrócił już w czerwcu. To, co zastał, nie było spokojem, lecz stanem, który „daje się oswoić”.

– Od powrotu nie mieliśmy ani jednego w pełni cichego dnia. Bojownicy Hezbollahu codziennie próbują infiltrować teren. Nieustannie słyszymy wybuchy i aktywność wojska. To jak niekończąca się gra w „bij mole” – opowiada.

Mimo to Oren stara się zachować pozory normalności. Prawie codziennie biega, regularnie jeździ na rowerze. Z ironią przyznaje, że bardziej irytują go odgłosy burzy i grzmoty niż ryzyko trafienia rakietą. Jednak wojna potrafi o sobie przypomnieć w ułamku sekundy. Niedawno, gdy odbierał córkę z autobusu z Jerozolimy, tuż po zjeździe z głównej drogi, niebo nad nimi eksplodowało.

– Nagle zobaczyłem dwa pociski przechwytujące. Nie było gdzie się schować. Wybuchły tuż nad naszymi głowami. Siedzieliśmy w aucie, po prostu czekając na to, co się stanie.

Nie było czasu na ucieczkę do rowu czy padnięcie na ziemię. W takich chwilach, jak mówi Oren, po prostu siedzi się w ciszy i próbuje wyrównać oddech. Jego dzieci są nastolatkami – rozumieją sytuację na tyle, by wiedzieć, co robić, ale są też wystarczająco młode, by ten chroniczny stres zostawił w nich trwały ślad.

– Sklepy działają. Syn codziennie jeździ na siłownię do Kiryat Shmona. Czy się boję? Tak. Ale utrzymanie rutyny jest ważniejsze niż strach. Szczerze mówiąc, wolę mieszkać tutaj niż w centrum, gdzie trzeba się martwić, że na dom spadnie 300-kilogramowy pocisk z Iranu.

Oren ma jednak świadomość, że Snir to specyficzne miejsce. – Jesteśmy w pewnym sensie w bańce. W Kiryat Shmona, Metuli czy Hanicie ataki następują po kilka razy dziennie, często bez żadnego ostrzeżenia. Tam normalne życie jest po prostu niemożliwe.

Hanita: Zero sekund na strach

Dane z rejestrów alarmowych potwierdzają tę diagnozę. Kluczową rolę grają dwa czynniki: częstotliwość i czas na dotarcie do schronu. Na linii frontu czas ten może wynosić od kilkunastu sekund do… zera. Ta różnica definiuje to, jak ludzki organizm reaguje na wojnę. A ciało pamięta traumę znacznie dłużej niż umysł.

Dla 58-letniego Sorela Hershkovitza z Hanity nawet poranek jest polem minowym.

– Nastawiasz budzik i modlisz się, by obudził cię on, a nie ryk syreny – mówi.

Większość dni zaczyna się od alarmu o dronach lub rakietach. Gdy syrena cichnie, Sorel pędem idzie pod prysznic. – Wszystko robi się w pośpiechu, bo nigdy nie wiesz, kiedy nadejdzie kolejna fala.

W Hanicie czas ostrzegania praktycznie nie istnieje. Rakiety i drony wystrzeliwane z pozycji tuż za granicą uderzają w kilka sekund po starcie. To determinuje każdą, nawet najmniejszą decyzję. Droga Sorela do pracy to logistyczna zagadka: wybiera trasę dłuższą, bo biegnie ona przez obszary, gdzie czas ostrzegania wynosi od 30 do 60 sekund. To „luksus”, który pozwala zatrzymać auto i dobiec do schronu.

– Bywało, że kładłem się na ziemi przy drodze. Czasem nie ma nawet syreny – słyszysz tylko potężny huk przechwycenia nad głową. Wtedy po prostu wciskasz gaz do dechy i uciekasz z tego sektora – opowiada.

Życie rodzinne Sorela również toczy się w cieniu betonu. Jego młodsza, szesnastoletnia córka śpi w schronie każdej nocy – pobliskie wybuchy wywołują u niej paraliżujący lęk. Nawet pies reaguje na każdy głośniejszy dźwięk, chowając się pod łóżko. Starsza córka, 27-latka, co wieczór przychodzi do domu rodziców, bo jej własne mieszkanie w kibucu nie ma bezpiecznego pomieszczenia.

Jako lider społeczności Sorel musi tłumić własne emocje. Odwiedza ekipy ratunkowe, sprawdza zniszczenia, rozmawia z ludźmi.

– Nie wolno mi okazać strachu. Przywódca nie może być nieobecny ani przerażony. Nawet jeśli w środku drżę, przemieszczam się od schronu do schronu. To nie jest paraliżujący lęk, ale stała, męcząca świadomość, że w każdej chwili coś może cię trafić.

Mimo to Sorel stara się chodzić na siłownię. Ostatnio alarm przerywał jego trening trzy razy. Po prostu czekał, aż minie zagrożenie, i ćwiczył dalej. „To było irytujące”, kwituje krótko. Kiedy wychodzą z rodziną na rzadki obiad do restauracji i po 15 minutach muszą biec do schronu, starają się nie tracić humoru. – Te drobne skrawki normalności pozwalają nam zachować zdrowie psychiczne.

Pytany o to, czy cokolwiek w jego życiu jest jeszcze normalne, Sorel odpowiada bez namysłu:

– Normalność? Nie znamy jej od ponad dwóch lat. Ewakuacje, powroty, wojna, eskalacje. Tutaj normalność przestała istnieć.

Jednak nie wyjeżdża. Podobnie jak większość jego sąsiadów.

– Ludzie mieszkający na granicy są jej strażnikami. Wiedzieliśmy, na co się piszemy, wprowadzając się tutaj. I każdego dnia dokonujemy tego wyboru na nowo.

Co najbardziej zdziwiłoby przyjezdnego w Hanicie?

– To, że życie toczy się dalej mimo strzałów. Ludzie wchodzą do schronu, wychodzą z niego i wracają do przerwanej rozmowy. Tak, śpimy mniej. Tak, jesteśmy zestresowani. Ale przez 95% czasu „nic się nie dzieje” – mówi Sorel, choć przyznaje, że w tle cały czas słychać huk izraelskiej artylerii i libańskich rakiet.

Z perspektywy kogoś, kto patrzy na to z zewnątrz, północna granica to jednolity pas ziemi pod ostrzałem. Statyczny obraz rakiet spadających na mapę. W rzeczywistości to tysiące indywidualnych mikrowojen. W Snirze o odporności świadczy dym z grilla między syrenami. W Hanicie – precyzyjnie wybrana droga do pracy, dająca marne kilkanaście sekund przewagi nad śmiercią.

Śledziłam alerty z Hajfy, mając te „bezpieczne” trzydzieści sekund na ucieczkę i myślałam, że rozumiem ich życie. Myliłam się. Linia konfrontacji to nie jeden front. To wiele różnych wersji tego samego piekła, oddalonych od siebie o zaledwie kilka kilometrów.


Jedna granica, różne wojny

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.