
Phyllis Chesler
Prezydencie Trump: ma Pan do czynienia z najbardziej aroganckim ludem aryjskim na świecie
Nie lubię uogólniać. Naprawdę tego nie lubię, a jednak muszę zaryzykować stwierdzenie: choć wielu irańskich dysydentów odznacza się heroiczną otwartością – i obecnie nazywa swoją ojczyznę „okupowanym Iranem” – to jednak wielu innych Irańczyków, nawet tych żyjących na wygnaniu, cechuje niewiarygodna arogancja. Są zwolennikami supremacji. Bywają przebiegli, a momentami wręcz sadystyczni i skrajnie władczy. Naprawdę trudno to zrozumieć. Czy to kwestia wody, kultury, czy może odmiany islamu, w której dorastali? Nie jest to przecież cecha przypisywana ogółowi muzułmanów czy Arabów.
Irańczycy nie są Arabami. Wierzą, że to oni są pierwotnymi Aryjczykami. Sama nazwa „Iran” oznacza „krainę Aryjczyków” lub „szlachetnych Aryjczyków”. Jako szyici wierzą również, że to oni – a nie sunnici – są jedynymi prawdziwymi spadkobiercami Mahometa.
Proszę sobie teraz wyobrazić, jak ogromna musi być arogancja Chomeiniego i jego następców. Osobiście nie ufałabym im w żadnych negocjacjach prowadzonych w dobrej wierze ani nie liczyłabym na to, że dotrzymają jakiegokolwiek porozumienia. Prezydent Trump oraz jego znakomici eksperci wojskowi i siły zbrojne z pewnością doskonale wiedzą, z kim mają do czynienia.
Powiedzmy to jasno: Ameryka i Izrael nie przeprowadziły ataku prewencyjnego na swojego wieloletniego prześladowcę bez powodu. Nie popełniają one „zbrodni wojennych” ani nie dążą wyłącznie do siłowej zmiany reżimu. Przeciwnie – w końcu stawiamy opór irańskiej agresji, terroryzmowi oraz trwającemu od 47 lat finansowaniu terrorystycznych sojuszników (Hamasu, Hezbollahu, Hutich) i mordowaniu Amerykanów oraz Izraelczyków. Siły zbrojne USA i Izraela walczą, aby zapobiec sytuacji, w której to „Imperium Zła” mogłoby zdobyć energię nuklearną.
Wspomnienia z Teheranu i Kabulu
Po raz pierwszy odwiedziłam Teheran w 1961 roku, będąc w drodze do Kabulu. Obracałam się w kręgach wyższej klasy średniej; tamtejsze kobiety nosiły efektowne, drogie europejskie stroje. Byłam jednak zszokowana nędzą ubogich oraz tym, jak fatalnie traktowano służbę. Jednocześnie zachwyciły mnie bazary, kafelki, dziedzińce, majestatyczne góry i lokalne jedzenie.
Pobyt w Kabulu ledwo przeżyłam, ale udało mi się stamtąd wydostać i wrócić na studia. Jednak Wschód nieuchronnie mnie pochłonął. Zamawiałam pilaw z marchewką i rodzynkami, kebaby, puddingi z płatkami róż. Zaczęłam czytać wspomnienia mieszkańców Azji Środkowej oraz Arabów, opisując własne doświadczenia w dziennikach i artykułach. Angażowałam się w ruchy na rzecz praw obywatelskich i antywojennych, ale kluczowym momentem było dołączenie w 1967 roku do amerykańskiego ruchu feministycznego.
Feminizm a sprawa irańska
Na początku lat 70. Kate Millett przedstawiła mnie Rezie Baraheni, przewodniczącemu CAIFI (studenckiej organizacji sprzeciwiającej się szachowi). Opisywał on tortury, jakim poddawał go SAVAK. Kiedy do władzy doszedł Chomeini, Reza pośpiesznie wrócił do kraju, wierząc w nadejście nowej ery. Zaprosił Kate, by przemówiła do irańskich kobiet z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet. Wszystko szło dobrze, dopóki Chomeini jej nie aresztował. Jako grupa amerykańskich feministek czułyśmy się bezradne – nie miałyśmy własnych sił powietrznych ani suwerennego państwa. Co zaskakujące, Chomeini ją wypuścił, a ona napisała później świetną, choć kontrowersyjną książkę o tamtych wydarzeniach: Going to Tehran.
Rok później Reza zaprosił mnie, bym to ja wygłosiła wykład. Twierdził, że „rozumiem duszę muzułmanów”. Roześmiałam się i odmówiłam. Odparłam, że nie przyjadę tam nawet w asyście całej amerykańskiej piechoty morskiej. W ciągu kilku lat Reza, Azerbejdżanin pochodzenia tureckiego, również musiał uciekać z kraju.
W 2004 roku brałam udział w panelu irańskich i afgańskich kobiet w ONZ. Na salę weszła grupa ośmiu budzących respekt, ubranych na czarno Iranek. Usiadły razem, rzucając groźne spojrzenia i robiąc notatki. Odważna moderatorka wstała i powiedziała: „Wiemy, kim jesteście. Wróćcie do domu i powiedzcie swoim szefom, że pewnego dnia to właśnie kobiety doprowadzą do ich upadku”. Czarne szaty milczały, ale na znak swojej liderki wszystkie naraz opuściły salę.
Upadek zachodniego feminizmu
Obecnie z bólem obserwuję, jak amerykański i europejski feminizm został zawłaszczony przez ideologię tożsamości płciowej; antyrasizm wyparł walkę z seksizmem, a imperializm i niewolnictwo postrzega się wyłącznie jako grzechy Zachodu, ignorując ich globalną skalę. W tej chwili amerykański ruch feministyczny został całkowicie „spalestynizowany”.
Tak zwany pierwszy Marsz Kobiet w Ameryce z 2017 roku był parodią i obrzydliwością. Był nie tylko antyfeministyczny, ale i antyamerykański, antysemicki oraz antyzachodni. Bardziej skupiał się na nienawiści do Trumpa niż na walce z dyskryminacją kobiet. Co najgorsze, uczestniczki gloryfikowały hidżab. Niektóre nosiły różowe czapki „pussy hats”, inne zaś bezcześciły amerykańską flagę, przerabiając ją na hidżab. Plakat z tym motywem stał się wręcz symbolem tamtych protestów.
Walka o wolność w Iranie
W 2022 roku pisałam o tym z zupełnie innej perspektywy, obserwując heroizm Irańczyków protestujących w ponad 80 miastach. Ryzykowali życie w imię prawa do nienoszenia chusty. Kobiety paliły hidżaby i obcinały włosy, skandując: „Kobiety, życie, wolność” oraz „Śmierć dyktatorowi”.
Reżim wysłał przeciwko nim Gwardię Rewolucyjną i bojówki Basidż. Kobiety ciągano za włosy, bito ich głowami o bruk, używano gazu i ostrej amunicji. Liczba ofiar sięgała setek. Iskrą, która roznieciła ten ogień, była śmierć 22-letniej Mahsy Amini, zatrzymanej przez policję obyczajową za „nieprawidłowy hidżab”. Zdjęcia ze szpitala, pokazujące jej zakrwawioną twarz w śpiączce, mówiły prawdę, której reżim zaprzeczał.
To oburzające, że aktywistki takie jak Linda Sarsour, Ilhan Omar czy Rashida Tlaib nie wsparły głośno tych kobiet. Jak argumentowałam już w 2010 roku, burka i nikab to „ruchome komory deprywacji sensorycznej”, które naruszają prawo kobiet do zdrowia, bezpieczeństwa i godności. To manifestacja władzy nad kobiecym ciałem.
Czas na zmianę stanowiska
Kiedyś nie opowiadałam się za zakazem noszenia hidżabu (samej chusty), dopóki nie zasłania on twarzy. Jednak w hołdzie dla Mahsy Amini zmieniam zdanie. Dopóki choć jedna kobieta może zostać zamordowana z powodu zsunięcia się chusty, kobiety na Zachodzie – zwłaszcza wpływowe polityczki – powinny rozważyć dobrowolną rezygnację z tego symbolu. Dopiero gdy każda kobieta na świecie będzie miała realny wybór, hidżab będzie można uznać za kwestię wolnej woli.
Irańczycy uznali, że ich życie w obecnym systemie jest nie do zniesienia. Wolą zginąć, niż dalej żyć w więzieniu rządzonym przez mułłów. Jak mówi prawniczka Shadi Sadr: „Nie mają nic do stracenia. Są gotowi umrzeć, by odzyskać życie warte przeżycia”.
Pozostaje jednak pytanie: czy protestującym, którym brakuje broni i scentralizowanego przywództwa, uda się zwyciężyć? Czy armia w końcu odmówi strzelania do własnego narodu? Czy lud, który potrafił obalić szacha, znajdzie w sobie siłę, by wygnać mułłów? To najważniejsze pytania naszych czasów.
Iran oznacza „Kraj Szlachetnych Aryjczyków”, jedynych prawdziwych spadkobierców Mahometa
Phyllis Chesler is an Emerita Professor of Psychology and Women’s Studies at the City University of New York (CUNY), and the author of 20 books.
Kategorie: Uncategorized

