Uncategorized

Obsesja na punkcie Netanjahu

Nachum Kaplan

Benjamin Netanjahu ma rzeczywiste wady. Jednak obsesja na jego punkcie ujawnia głębszy dyskomfort związany z potęgą Izraela i żydowską samoobroną.

W ciągu ostatniej dekady wydarzyło się coś niezwykłego. Krytyka Netanjahu – w dużej mierze uzasadniona – przerodziła się w coś szerszego, mniej racjonalnego i bardziej wymownego. Netanjahu nie jest już krytykowany wyłącznie za swoją politykę. Stał się psychologicznym nośnikiem – postacią, na którą rzutowane są obawy dotyczące Izraela, Żydów, nacjonalizmu i upadku Zachodu.

To właśnie jest obsesja na tle Netanjahu. Niewiele opinii, które wyraziłem na łamach prasy, spotkało się z ostrzejszą reakcją niż moje przekonanie, że Netanjahu był dobrym premierem w czasie wojny. Podobnie jak większość tego typu zjawisk, opiera się ono na fundamencie prawdy, który następnie zostaje rozciągnięty aż do granic zniekształcenia.

Zrozumienie tej różnicy ma kluczowe znaczenie. Netanjahu ma rzeczywiste wady, porażki na koncie i budzi kontrowersje. Ignorowanie ich osłabia argumentację. Jednak utożsamianie wad Netanjahu z samą legitymacją istnienia Izraela – lub z moralnym prawem do żydowskiej samoobrony – jest intelektualnym lenistwem i strategicznym zagrożeniem. Problem nie polega na samej krytyce Netanjahu. Problemem jest to, czym ta krytyka się stała.

Benjamina Netanjahu nie jest łatwo bronić – i nie powinno tak być. Jego długa kadencja sprzyjała politycznemu cynizmowi i napięciom wewnątrz instytucji państwowych. Gotowość do wzmacniania pozycji skrajnie prawicowych partnerów koalicyjnych, w tym postaci postrzeganych jako zwolennicy żydowskiej supremacji, zaniepokoiła wielu Izraelczyków i Żydów w diasporze. Rosnąca przemoc osadników w Judei i Samarii oraz niepokojąca fala przestępczości w sektorze arabskim pogłębiły te obawy, potęgując wewnętrzne tarcia.

Jego dążenie do reformy sądownictwa wywołało największy kryzys wewnętrzny w historii państwa. Masowe protesty, niepokoje wśród rezerwistów oraz głębokie pęknięcia społeczne postawiły Izrael na krawędzi konstytucyjnej konfrontacji. Obawy o sposób sprawowania rządów, system kontroli i równowagi oraz długoterminową spójność społeczną są w pełni uzasadnione.

Pojawia się również trafny zarzut, że instynkt przetrwania politycznego Netanjahu czasami przesłania mu jasność strategiczną. Skłonność do przedłużania politycznego pata, manipulowania dynamiką koalicji i przedkładania krótkoterminowych korzyści taktycznych nad strategię frustruje zarówno sojuszników, jak i przeciwników.

Krytycy słusznie zauważają, że Netanjahu z biegiem lat pozwolił Hamasowi umocnić władzę w Strefie Gazy w ramach szerszej strategii dzielenia palestyńskiego przywództwa. Z perspektywy czasu wygląda to na niebezpiecznie krótkowzroczne posunięcie. Choć odpowiedzialność za zbrodnie Hamasu spoczywa wyłącznie na tej organizacji, to fakt, że masakra z 7 października wydarzyła się za rządów Netanjahu, na zawsze położy się cieniem na jego dziedzictwie. Do tego dochodzą zarzuty korupcyjne. Niezależnie od tego, czy jest winny, czy też – jak twierdzi prawica – stał się ofiarą nadgorliwych prokuratorów, cała ta sytuacja nie licuje z powagą urzędu wieloletniego premiera.

Są to poważne kwestie, zasługujące na rzetelną debatę. Jednak żadna z nich nie tłumaczy intensywności, tonu i skali wrogości skierowanej przeciwko Netanjahu – szczególnie poza Izraelem, wśród obserwatorów, na których życie jego polityka wewnętrzna nie ma żadnego wpływu.

To czysta obsesja.

Dla wielu komentatorów Netanjahu stał się synonimem Izraela. To absurd. Izrael posiada profesjonalne dowództwo wojskowe, wielopartyjny parlament, niezależne sądownictwo, autonomiczną społeczność wywiadowczą oraz burzliwą kulturę demokratyczną, przy której parlamenty europejskie wydają się ospałe. Izraelskie decyzje dotyczące bezpieczeństwa rzadko są wynikiem kaprysu jednej osoby. Wynikają one z instytucjonalnego konsensusu, profesjonalnych analiz i narodowego doświadczenia.

Mimo to zachodnia publicystyka coraz częściej sprowadza politykę państwa do osobowości premiera. Kiedy Izrael uderza w Iran lub Hezbollah, albo broni się w jakikolwiek inny sposób, przedstawia się to jako „eskalację i prowokację Netanjahu”, jak gdyby był on jedynym podmiotem decyzyjnym na Bliskim Wschodzie. Ta personalizacja upraszcza złożoną rzeczywistość do wygodnej narracji, ale jest głęboko myląca.

Izraelskie rządy z całego spektrum – od lewicy, przez centrum, po prawicę – prezentują niezwykle spójne stanowisko w kluczowych kwestiach bezpieczeństwa. Panuje powszechna zgoda co do tego, że potencjał militarny Hamasu w Gazie musi zostać zlikwidowany, arsenał rakietowy Hezbollahu jest nie do zaakceptowania, ambicje nuklearne Iranu stanowią zagrożenie egzystencjalne, a silne odstraszanie jest warunkiem przetrwania. Te cele strategiczne istniały przed Netanjahu i przetrwają go. On sam stał się jednak wygodnym symbolem i wytłumaczeniem – sposobem na spersonalizowanie konfliktów strukturalnych i ucieczkę przed konfrontacją z twardą rzeczywistością.

Netanjahu pełni również funkcję moralnego alibi. Krytykowanie Izraela jako państwa bywa ryzykowne, gdyż może narażać na oskarżenia o antysemityzm. Atakowanie Netanjahu jest bezpieczniejsze. Pozwala krytykom kreować się na osoby o wyważonych i wyrafunowanych poglądach – nawet jeśli ich fundamentalne stanowisko pozostaje wrogie wobec elementarnych potrzeb bezpieczeństwa Izraela.

Formułka jest zawsze ta sama: „Nie sprzeciwiam się Izraelowi. Sprzeciwiam się Netanjahu”.

Brzmi to sensownie, dopóki nie spróbujemy zastosować tej logiki w innym kontekście. Stwierdzenie, że nie ma się nic przeciwko Chinom, a jedynie przeciwko Xi Jinpingowi, brzmiałoby mało wiarygodnie. W odniesieniu do Izraela ta logika jest jednak stosowana rutynowo. Wskazówką jest fakt, że treść krytyki wobec Izraela rzadko zmienia się wraz ze zmianą lidera. Oskarżenia o „kolonializm” czy „apartheid” padają niezależnie od tego, czy u władzy jest lewica, czy prawica.

Trudno też przypuszczać, by izraelska kampania wojskowa po 7 października wyglądała zasadniczo inaczej pod rządami innego premiera. Imperatywy strategiczne nie były kaprysem Netanjahu; były koniecznością dla całego państwa. On sam stał się po prostu poręcznym celem.

Netanjahu budzi tak silne emocje również dlatego, że nie pasuje do zachodnich wyobrażeń o nowoczesnym przywództwie. Jest twardy, skupiony na bezpieczeństwie, mówi językiem egzystencjalnego zagrożenia i nie ufa instytucjom międzynarodowym. Krótko mówiąc: zachowuje się jak lider bliskowschodni, reagujący na realia swojego regionu, a nie jak zachodni technokrata. Budzi to irytację obserwatorów przyzwyczajonych do dyplomacji opartej na „procesach” i „konsensusie”.

Istnieje tu także głębszy dyskomfort psychologiczny. Netanjahu uosabia bezkompromisową żydowską siłę – asertywną i niekiedy szorstką. Przez wieki od Żydów oczekiwano postawy defensywnej, intelektualnej i wrażliwej. Netanjahu rozbija ten archetyp. Ta zmiana, nawet jeśli nieuświadomiona, budzi lęk u wielu obserwatorów.

Fiksacja na punkcie jednej postaci przesłania ciągłość izraelskiej polityki i podsyca iluzję, że usunięcie Netanjahu radykalnie zmieniłoby doktrynę obronną kraju. To mało prawdopodobne. Geografia Izraela się nie zmieni. Ambicje Iranu nie wygasną. Rakiety Hezbollahu nie znikną, a ideologia Hamasu nie złagodnieje.

Izraelscy wyborcy to rozumieją. Dlatego tamtejsze wybory dotyczą stylu rządzenia, gospodarki czy światopoglądu, a nie fundamentów bezpieczeństwa. Nawet najostrzejsi krytycy premiera w kraju popierają utrzymanie potężnej armii i zdolności do odstraszania. Ten niuans umyka jednak zagranicznym komentatorom.

Długoletni przywódcy zawsze budzą zmęczenie. Margaret Thatcher, Tony Blair czy Angela Merkel pod koniec swoich rządów również stawali się obiektem frustracji wykraczającej poza ich realne decyzje. W przypadku Netanjahu, który rządzi rekordowo długo, efekt ten jest zwielokrotniony.

Istnieją merytoryczne powody, by sprzeciwiać się Netanjahu. Istnieje jednak również destrukcyjna obsesja na jego punkcie. Mylenie tych dwóch zjawisk prowadzi do błędnych wniosków. Jeśli Netanjahu straci władzę, wyzwania Izraela pozostaną te same. Kolejne rządy – niezależnie od tego, kto stanie na ich czele – będą realizować zbliżoną politykę bezpieczeństwa.

Dla wielu obserwatorów Netanjahu nie jest problemem, lecz wygodną wymówką. Pozwala im wierzyć, że działania Izraela są jedynie tymczasową anomalią wynikającą z charakteru jednego człowieka. Kiedy jednak Netanjahu w końcu zejdzie ze sceny, brutalna rzeczywistość Bliskiego Wschodu nie zniknie razem z nim.

Obsesja na punkcie Netanjahu

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.