
Leo Pearlman
Kiedy traci się 63 procent całej populacji kontynentu, nie można sprowadzić tego doświadczenia do czegoś abstrakcyjnego.
W ten poniedziałkowy wieczór dzieje się coś wyjątkowego.
Podczas gdy świat żyje dalej, Żydzi – nie. Zatrzymujemy się, nie z powodu rytuału, lecz z konieczności. Ponieważ jest jeden dzień w roku, który nie należy do wszystkich; dzień, którego nie można dzielić.
Ten dzień to Jom HaSzoa (izraelski Dzień Pamięci o Holokauście). Istnieje on dlatego, że to, co spotkało Żydów, nie było tylko częścią historii – było jej istotą.
Spośród wielu milionów osób zamordowanych przez nazistów sześć milionów stanowili Żydzi. Przy przedwojennej populacji europejskiej wynoszącej około 9,5 miliona, oznacza to stratę 63 procent społeczności. W całych krajach i regionach odsetek ten sięgał nawet 80 lub 90 procent. Społeczności istniejące od wieków, języki, tradycje i całe style życia nie zostały po prostu wysiedlone – zostały wymazane. Nie przez przypadek, nie jako efekt uboczny, lecz jako główny cel.
Nazistom nie chodziło po prostu o nienawiść do Żydów; zbudowali wokół nas całą ideologię. Żydzi nie byli jedynie wrogami; byliśmy Wrogiem – globalnym, egzystencjalnym zagrożeniem, które należało wyeliminować wszędzie. „Ostateczne rozwiązanie” nie było polityką prześladowań; było polityką całkowitej eksterminacji.
A jeśli brzmi to jak historia – zamknięta, odległa, rozstrzygnięta – proszę spojrzeć na teraźniejszość. Idee, które umożliwiły tę zagładę, nie zniknęły. Ewoluowały, dostosowały się i dziś znów krążą w obiegu – czasem w sposób prymitywny, czasem subtelny, ale zawsze rozpoznawalny.
Na ulicach zachodnich stolic widzieliśmy to na własne oczy. Plakaty przedstawiające Izrael lub Żydów jako ośmiornicę, której macki oplatają świat. Motyw „lalkarza”: Żydzi lub „syjoniści” sterujący rządami i pociągający za sznurki globalnych wydarzeń. Karykatury o groteskowo wyolbrzymionych rysach, prosto z podręczników nazistowskiej propagandy z lat 30. Obrazy nawiązujące do oszczerstw o mordach rytualnych, przedstawiające Żydów jako morderców dzieci lub istoty drapieżne, gorsze od ludzi.
Jednak być może najbardziej podstępne jest systematyczne porównywanie Żydów lub państwa żydowskiego do samych nazistów – umieszczanie Gwiazdy Dawida obok swastyki czy „odwracanie” Holokaustu, w którym ofiary ludobójstwa przedstawia się jako jego sprawców.
Nie jest to zjawisko marginalne. Główne media, takie jak „The Guardian” czy „The New York Times”, wielokrotnie były zmuszone do przeprosin i wycofywania karykatur bezpośrednio nawiązujących do tych stereotypów. Granica między krytyką a historycznym antysemityzmem została tam nie tylko przekroczona, ale wręcz zatarta.
Poza obrazami równie wymowna jest kulturowa tolerancja. Kiedy celebryci i influencerzy otwarcie chwalą Hitlera, propagują nazistowską symbolikę i szerzą jawny antysemityzm – a mimo to zachowują swoje wpływy i stanowiska – musimy zmierzyć się z niewygodną prawdą: to, co powinno znajdować się poza granicami dopuszczalności, po raz kolejny staje się przedmiotem negocjacji i usprawiedliwień.
Właśnie w ten weekend brytyjska telewizja publiczna BBC zdecydowała się zaprosić do swojego flagowego programu informacyjnego Tuckera Carlsona – człowieka, który wielokrotnie propagował teorię spiskową o „Wielkiej Zamianie” (wskazującą Żydów jako architektów rzekomego zastępowania białej ludności). Owszem, został on poddany krytyce, ale od kiedy rolą BBC jest legitymizowanie propagatorów antysemickich stereotypów poprzez udostępnianie im najbardziej zaufanych platform? To nie jest krytyczna analiza; to ekspozycja, a ekspozycja nadaje wiarygodność.
Do tego dochodzi język ulicy, wzmacniany obsesją skrajnej lewicy: okrzyki, które nie rozróżniają Izraelczyków od Żydów. Retoryka grup islamistycznych, która nie krytykuje polityki, lecz wprost wzywa do zniszczenia narodu żydowskiego. Dyskurs skrajnej lewicy, który przekształca wielowiekowe teorie spiskowe o żydowskiej władzy i wpływach w język „antysyjonizmu”, udając jednocześnie, że to coś zupełnie innego.
W dzisiejszej Wielkiej Brytanii Partia Zielonych forsuje wnioski mające na celu zdefiniowanie syjonizmu – czyli wiary w prawo Żydów do samostanowienia – jako formy rasizmu. Jej wiceprzewodniczący, Mothin Ali, publicznie świętował wydarzenia z 7 października. Kandydaci tej partii na radnych wzywali do usunięcia Hamasu z brytyjskiej listy organizacji terrorystycznych.
To nie jest kwestia niuansów ani akademicka debata. To przekształcanie ekstremizmu w coś akceptowalnego. Tak właśnie się to dzieje – nie w jednej chwili, lecz w procesie. Nie przez jeden głos, ale przez ich kumulację; przez stopniowe przesuwanie granic tego, co uchodzi za stosowne, i osłabianie tego, co powinno być oczywiste.
Nie jest to nic nowego. To boleśnie znajomy mechanizm. Zaczyna się od słów, eskaluje przez obrazy i zakorzenia się jako przekonanie – a przekonanie, gdy zostanie znormalizowane, staje się przyzwoleniem. Naziści nie zaczęli od komór gazowych; zaczęli od karykatur, haseł i stopniowego odzierania ludzi z godności, aż ich usunięcie można było przedstawić nie jako zbrodnię, lecz jako konieczność.
To nie jest zniekształcenie historii, lecz jej kontynuacja. Dlatego właśnie, gdy Żydzi mówią, że Jom HaSzoa należy do nas – mają rację. Kiedy straciło się 63 procent populacji kontynentu, gdy całe języki i kultury wymazano w ciągu jednego pokolenia, nie można pozwolić na rozmycie tego doświadczenia w abstrakcję. Nie wolno go uogólniać, dopóki nie straci znaczenia. Należy je chronić i definiować właśnie dlatego, że świat wielokrotnie pokazał, jak łatwo zapomina.
Jeśli te słowa budzą w Państwu dyskomfort, to słusznie. To, czego dziś jesteśmy świadkami, to rehabilitacja antysemityzmu na naszych oczach. Nie zawsze w jego najbrutalniejszej formie, ale w czymś znacznie groźniejszym: w formie szanowanej, podlegającej dyskusji, kontekstualizowanej.
Mówi się nam, że to polityka, aktywizm, że chodzi o państwo, a nie o naród. Jednak język, obrazy i oskarżenia pozostają identyczne. Historia nie powtarza się dosłownie, ale odbija się echem – a dziś te echa stają się coraz głośniejsze. Dlatego Jom HaSzoa dotyczy nie tylko pamięci, ale i uważności. Chodzi o odwagę dostrzeżenia tego, co dzieje się przed naszymi oczami, zanim będzie za późno.
Chodzi też o siłę. Data 27 nisan nie została wybrana przypadkowo. Jest związana z rocznicą powstania w getcie warszawskim – momentem, w którym Żydzi, stojąc w obliczu pewnej śmierci, postanowili walczyć. Nie dlatego, że wierzyli w zwycięstwo, ale dlatego, że nie chcieli odejść w ciszy. Wyznaczyli granicę, której nie pozwolili przekroczyć.
Ta postawa nie skończyła się w Warszawie; doprowadziła do odrodzenia żydowskiej ojczyzny i do niezłomnej zasady, że istnienie Żydów nie jest warunkowe, nie podlega negocjacjom i nie wymaga niczyjej zgody.
W tym roku przesłanie Jom HaSzoa jest jasne.
Do świata: Szanujcie ten dzień, wyciągajcie z niego wnioski, ale nie próbujcie go redefiniować. Nie osłabiajcie go, nie odbierajcie mu konkretu w imię fałszywej uniwersalności. Pozostawcie go nienaruszonego.
Do narodu żydowskiego: Pamiętajcie, dlaczego ten dzień istnieje. Nie tylko ze względu na to, jak ginęliśmy, ale i na to, jak walczyliśmy. Pamiętajcie o chwili, w której podnieśliśmy głowy, gdy wydawało się to niemożliwe. O granicy, którą wyznaczyliśmy i o tym, że każde kolejne pokolenie jest poddawane próbie, czy ta granica nadal obowiązuje.
Oto nasza odpowiedź. Pamiętamy, wyznaczamy granicę – i tym razem jej nie przesuniemy.
Holokaust nie był skierowany wyłącznie przeciwko Żydom. Dotyczył nas wszystkich.
Kategorie: Uncategorized

