
Céline Bardet przez ponad dwadzieścia lat zajmowała się zbrodniami wojennymi. Otwierała masowe groby w Bośni, dokumentowała gwałty wojenne w Libii, rozmawiała z kobietami, które przeżyły niewolę seksualną Państwa Islamskiego, i z mężczyznami torturowanymi w syryjskich więzieniach. Widziała niemal wszystko, co wojna potrafi zrobić z ludzkim ciałem i godnością. A jednak dopiero wydarzenia po 7 października 2023 roku sprawiły, że znalazła się w sytuacji, której nie spodziewała się nigdy w swojej karierze: po raz pierwszy w życiu musiała bronić samego faktu, że ofiary gwałtu istnieją.
Droga Bardet do tej pracy nie była efektem jednej decyzji. Jest raczej wynikiem długiego, powolnego procesu. Dorastała w regionie Bourbonnais w Owernii, w mieście Moulins-sur-Allier, miejscu, gdzie w czasie II wojny światowej przebiegała linia demarkacyjna między strefą wolną a okupowaną. Historie oporu, opowieści o ludziach ukrywających Żydów, były tam częścią codzienności, czymś, co wchodziło w dzieciństwo tak naturalnie jak krajobraz. Później przyszły studia prawnicze i specjalizacja w dziedzinie prawa międzynarodowego oraz zbrodni wojennych. A potem teren – prawdziwy, brutalny, bez żadnych teoretycznych filtrów. Przez następne dwadzieścia lat Bardet pracowała w miejscach, gdzie wojna zostawia najgłębsze blizny: w Bośni, w Rwandzie, w Libii, w Iraku, w Syrii, w Ukrainie, w krajach Afryki Środkowej, w Nigerii nękanej przez Boko Haram. Zajmowała się jednym z najbardziej przemilczanych aspektów konfliktów: przemocą seksualną. Jak sama mówi, nie ona wybrała ten temat, lecz to temat ją wybrał. W czasie śledztw dotyczących zbrodni wojennych gwałty pojawiały się ciągle jakby były wpisane w logikę wojny. Zrozumiała wtedy coś, co dla wielu ludzi jest trudne do przyjęcia: gwałt w konflikcie nie jest aktem pulsji seksualnej, a narzędziem dominacji. Jest metodą niszczenia wspólnoty.
To dlatego w wielu miejscach świata gwałty są dokonywane publicznie. Przed rodziną, na ulicy, czy w obecności sąsiadów. Nie chodzi tylko o zniszczenie jednej osoby a całej społeczności. W Libii Bardet widziała, jak milczenie wokół tych zbrodni jest absolutne. Kobieta, której gwałt stanie się publiczny, może zostać wyrzucona poza społeczeństwo. W Iraku spotykała kobiety z mniejszości jazydzkiej, które zostały uwolnione z niewoli seksualnej dżihadystów, lecz ich dzieci, urodzone z gwałtu, nie były przyjmowane przez własną społeczność. W Syrii rozmawiała z mężczyznami, którzy zostali zgwałceni w więzieniach, lecz potrafili o tym mówić dopiero wtedy, gdy przychodzili do lekarza z powodu poważnych obrażeń.
W takich miejscach powstaje dokumentacja zbrodni. Czasem są ciała w masowych grobach, które można zbadać, czasem pozostaje tylko świadectwo człowieka. Oraz jak w Rwandzie – niemal wyłącznie cisza. Właśnie dlatego Bardet stworzyła system dokumentowania dowodów i zbierania relacji świadków, który ma umożliwić późniejsze procesy sądowe. Jej organizacja pracuje dziś zarówno na poziomie międzynarodowego lobbingu prawnego, jak i na poziomie lokalnym; współpracuje z liderami społeczności, przywódcami religijnymi, lekarzami i psychologami, którzy pomagają ofiarom wrócić do życia. Bo dla Bardet niezwykle ważne jest jedno zdanie: człowiek nie jest ofiarą przez całe życie. Ofiara chce sprawiedliwości, leczenia i możliwości powrotu do normalności.
Po dwóch dekadach pracy Bardet była przyzwyczajona do przemocy, do okrucieństwa i do ciszy wokół zbrodni. Nie była jednak przygotowana na coś innego, na reakcję części świata zachodniego po ataku Hamasu 7 października 2023 roku. Jej organizacja prowadzi stały monitoring konfliktów. Gdy pojawiają się pierwsze sygnały przemocy seksualnej, reaguje. Tak było w Ukrainie, w Libii, w Syrii. Tak było także 7 października. W sieci pojawiły się nagrania, na których widać było brutalność ataku i publiczne upokorzenia ofiar, w tym słynne nagranie – Shani Louk – wywiezionej półnagiej na ciężarówce do Strefy Gazy. Dla specjalisty od zbrodni wojennych był to klasyczny sygnał alarmowy: przemoc seksualna jest częścią ataku.
Organizacja Bardet wydała komunikat. I wtedy wydarzyło się coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyła. Już w pierwszych dniach zaczęła być oskarżana o propagandę, o stronniczość, o działanie „na rzecz Izraela”. Domagano się dowodów, których nikt nigdy wcześniej nie żądał w innych konfliktach. W tym samym czasie pojawiały się głosy negujące same zbrodnie. Dla Bardet był to szok nie tylko zawodowy, ale moralny. W ciągu swojej kariery pracowała w niemal stu krajach. Dokumentowała zbrodnie popełniane przez armie, milicje i terrorystów różnych ideologii. Nigdy wcześniej nie spotkała się z sytuacją, w której sama możliwość przemocy seksualnej byłaby tak systematycznie podważana. Jeszcze bardziej wstrząsające było coś innego. Kiedy pojechała do Izraela i spotkała się z tamtejszymi organizacjami kobiecymi, zobaczyła ich poczucie porzucenia. Kobiety, które przez lata współpracowały z międzynarodowymi ruchami feministycznymi, nagle znalazły się w sytuacji, w której część tych środowisk milczała lub podawała w wątpliwość ich doświadczenia. Bardet wróciła do Francji i rozmawiała z przedstawicielkami organizacji feministycznych. Niektóre z nich odpowiadały jej, jak relacjonuje, że nawet jeśli takie zbrodnie miały miejsce, to trzeba je widzieć w kontekście „kolonialnym”. Że to było do przewidzenia, bo im się należało.
To był moment, w którym zrozumiała coś, co wcześniej znała tylko jako pojęcie historyczne – antysemityzm. Nie w formie starej, otwartej nienawiści, ale tej subtelniejszej, bardziej współczesnej, polegającej na tym, że nie wszystkie ofiary są traktowane jednakowo. Dla Bardet było to nie do przyjęcia. Dlatego zdecydowała się przeprowadzić pełne śledztwo. Pojechała do Izraela miesiąc po ataku. Pracowała na miejscach zbrodni, rozmawiała z rodzinami ofiar, analizowała nagrania, fotografie i raporty medyczne. Problemem było to, że wiele ciał zostało spalonych. „Jak sprawić, by przemówiły popioły?” – zapytała ją matka jednej z ofiar.
W takich sytuacjach śledztwo prowadzi się od końca – z fragmentów dowodów, z układu sceny zbrodni, z obrażeń, z zeznań świadków i z nagrań rekonstruuje się logiczny ciąg wydarzeń. Częścią materiału są także zeznania niektórych schwytanych terrorystów oraz relacje zakładników, którzy po miesiącach niewoli zaczęli mówić o przemocy seksualnej w czasie porwania. Raport organizacji Bardet, zapowiedziany na początek marca, ma być jedną z najbardziej szczegółowych analiz tych wydarzeń. Autorka nie chce prowadzić politycznej polemiki. Jej motywacja jest prostsza – fakty muszą zostać zapisane.
Po dwudziestu pięciu latach pracy Bardet wie, że wojna niszczy nie tylko ciała, ale też prawdę. I właśnie dlatego jej praca jest dziś ważniejsza niż kiedykolwiek. Żyjemyw czasach, w których coraz częściej to ideologia decyduje o tym, które ofiary są godne współczucia, a które można przemilczeć, przypomnienie elementarnej zasady staje się aktem odwagi – gwałt jako broń wojny jest zbrodnią zawsze. Bez względu na to, kto jest ofiarą. I bez względu na to, czy pasuje to do czyjejś politycznej narracji.
Kategorie: Uncategorized

