Katarzyna Zmuda – Bryl

W naszym świecie informacje żyją krócej niż jętka jednodniówka. Wojna w Ukrainie zeszła na dalszy plan zaledwie miesiąc, może dwa po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji. Szybko zastąpiła ją wojna w miejscu znacznie bardziej egzotycznym i odległym – w Gazie. Wielokrotnie pisałam o tym (zresztą nie tylko ja), że intensywność tamtejszych relacji była nieporównywalna z niczym innym. Nawet konflikt tuż za naszą granicą, z milionami uchodźców w Polsce, nie przetrwał próby czasu. Nie zajął ułamka uwagi poświęcanej wojnie w regionie, którego większość komentujących – dowiadujących się „w czasie rzeczywistym”, o co właściwie chodzi z tym Izraelem – nie potrafiłaby nawet wskazać na mapie.
Machina przekazu
Wojna w Gazie stała się poligonem dla haseł podrzucanych systematycznie przez wyrobników propagandy, niekryjących się ze swoimi antyizraelskimi, antyzachodnimi i antyamerykańskimi poglądami. Ta narracja, inspirowana przez Iran oraz jego zbrojne ramię – Hezbollah i Hamas – nie dawała chwili spokoju, wmawiając opinii publicznej, że to największa tragedia współczesnego świata.
Mam dwa, cokolwiek specyficzne, przyzwyczajenia. Pierwsze to systematyczne słuchanie wybranych audycji Radia Maryja. Drugie – od ponad dwóch lat śledzę polskie strony na Facebooku o profilu „propalestyńskim” oraz te promujące kremlowską wizję świata. Obserwujących jest tam zawsze więcej niż komentujących, co w mediach społecznościowych jest normą.
Niezwykle ciekawe jest jednak to, jak treści propagandowe przenikają do mediów głównego nurtu. Widać to było wyraźnie podczas wojny w Gazie, gdy czysto ideologiczne przekazy ukazywały się niemal „jeden do jednego” w Gazecie Wyborczej, Kulturze Liberalnej czy Onecie, nie wspominając o Krytyce Politycznej. Publicystka tej ostatniej brała zresztą udział w Global Sumud Flotilla, będąc „prowadzoną” politycznie przez Omara Farisa, czołowego przedstawiciela Palestyńczyków w Polsce. To tam najwyraźniej widać mechanizm transferu propagandy do polskiej debaty.
Nowy front, stara metoda
Wojnę w Gazie na moment przykryły doniesienia o pojmaniu Maduro w Wenezueli. Przy tej okazji można było zaobserwować całkowitą zgodność ocen środowisk antyzachodnich. Potem przyszła otwarta wojna z Iranem i toczone w jej cieniu działania Izraela przeciwko Hezbollahowi.
Na obserwowanych przeze mnie stronach widać wyraźny zwrot: Gaza zeszła na drugi plan, a priorytetem stała się agresywna propaganda prohezbollahowska. Wykorzystując absolutny brak orientacji odbiorców w zawiłościach polityki Libanu, działania Izraela przedstawia się wyłącznie jako agresję na suwerenne państwo.
Przekaz ten jest codziennie „podlewany” tymi samymi emocjonalnymi środkami, co wcześniej w przypadku Gazy. Każdego dnia publikowane są nazwiska dorosłych i dzieci rzekomo zamordowanych przez Izrael. Dane te są niemożliwe do zweryfikowania, ale skutecznie utrwalają wizerunek „Żyda mordercy”. To, że antysemici zawsze znajdą pretekst do nienawiści, to jedno. Przerażające jest jednak echo tej ordynarnej, irańskiej propagandy w tzw. poważnych mediach. Mechanizm jest prosty: media uwiarygadniają przekaz, a potem inicjatorzy kampanii cytują te media jako „ostateczne potwierdzenie”. Obieg się zamyka.
„Clickwhores” i upadek rzetelności
Mam wrażenie, że redakcje zasiedlili ludzie, których można określić mianem clickwhore – w niektórych przypadkach z dopiskiem „premium”. Dominująca narracja dotycząca wojny z Iranem jest u nich następująca: Trump nie wie, co robi; Ameryka przegrywa; Izrael wkrótce zniknie, a irańska diaspora to banda zdrajców na żołdzie syna szacha Pahlaviego lub agenci Mossadu.
Podobny schemat dotyczy arabskich aktywistów propalestyńskich, którzy sprzeciwiają się Hamasowi (nie w Polsce, tu ich nie ma – jedyną reprezentacją są panowie 60+, nazywający Hamas i Hezbollah „ruchem oporu”). Takich ludzi jak Ahmed Fouad Alkhatib, Howidy Hamza czy John Aziz nazywa się zdrajcami, dyskredytuje i pomawia.
Strach przed zmianą
Antyizraelscy propagandyści reagują bardzo nerwowo na sytuację w Iranie – i nie chodzi im o ofiary cywilne. Podobną nerwowość widać w kwestii Libanu. Ponoć trwają rozmowy między Izraelem a rządem libańskim, które mogłyby doprowadzić do uznania Izraela i przejęcia przez Bejrut odpowiedzialności za likwidację Hezbollahu. Co wtedy przeczytamy u naszych „ekspertów”? Że premier Libanu zdradził sprawę?
Choć losy reżimu w Teheranie nie są przesądzone, analitycy zgadzają się: możliwości wspierania Hamasu i Hezbollahu albo wygasną, albo drastycznie osłabną. Co wtedy zrobi Katar z przywódcami Hamasu, którzy odmówili potępienia irańskich ataków na kraje Zatoki?
Będę dalej obserwować te procesy z dużym zainteresowaniem.
Krótki żywot informacji: Od Gazy po Liban – anatomia propagandy
Kategorie: Uncategorized

