Uncategorized

Pożyteczni idioci rewolucji

Alice Teodorescu

Rewolucja irańska z 1979 roku pokazała, jak islamiści i marksiści mogą maszerować ramię w ramię przeciwko wspólnemu wrogowi. Prawie pół wieku później ten sam schemat ideologiczny powtarza się na naszych oczach.

Historia nigdy nie powtarza się dokładnie w ten sam sposób, potrafi jednak nieść ze sobą wyraźne echa przeszłości. Rewolucja irańska z 1979 roku budzi dziś właśnie takie skojarzenia. Powinna być postrzegana nie tyle jako zamknięty rozdział w dziejach Bliskiego Wschodu, ile jako przestroga dla świata zachodniego. To, co wydarzyło się wtedy w Teheranie, nie dotyczyło wyłącznie Iranu – był to wzorzec ideologiczny, który nadal kształtuje nasze czasy.

Lewica, która obecnie realizuje interesy islamistów na Zachodzie, jest pod wieloma względami spadkobierczynią tej samej formacji, która umożliwiła rewolucję w Iranie. To ta sama mentalność, która w najlepszym razie uważała Ruhollaha Chomeiniego za narzędzie przyszłego porządku socjalistycznego, a w najgorszym – nie przejmowała się jego radykalizmem, dopóki zwalczał on zachodni „imperializm” i kapitalizm.

Wkrótce po przewrocie, w wyniku którego obalono szacha, mułowie pod wodzą Chomeiniego skonsolidowali władzę i przekształcili Iran w totalitarny, islamistyczny system terroru. Tysiące komunistów, socjalistów i świeckich rewolucjonistów – dotychczasowych sojuszników – uwięziono, poddano torturom i stracono. Zostali uznani za zbędnych dla reżimu, któremu wcześniej wiernie służyli.

Chomeini doszedł wówczas do wniosku, z którego korzystał później nieżyjący już Ali Chamenei, a obecnie korzystają terroryści z Hamasu: lewica, ze względu na swój oportunizm i łatwowierność, jest najlepszym sojusznikiem w walce z Zachodem. Dzięki nieustannym tyradom na temat „zachodniej potęgi”, kolonializmu, syjonizmu i USA, lewicę daje się zmobilizować niemal bezrefleksyjnie – nawet jeśli działa ona w imieniu teokratycznego państwa terrorystycznego. Nie dzieje się tak dlatego, że obie strony mają wspólny cel, lecz dlatego, że łączy je ten sam obraz wroga.

Dziś obserwujemy, jak retoryka antyzachodnia – będąca mieszanką polityki tożsamości, teorii postkolonialnej i ruchu woke – funkcjonuje jako ideologiczny pomost między ruchami, które teoretycznie powinny być sobie obce. Mobilizuje ona zachodnią lewicę, bardziej zajętą krytykowaniem własnych społeczeństw niż analizowaniem destrukcyjnych sił, z którymi doraźnie się sprzymierza.

Lekcja historyczna jest jasna: totalitarne siły islamistyczne wykorzystają każdego, kto pomoże im osiągnąć cel. Lewica okazała się szczególnie podatna na ten przekaz. Z czasem jednak jej współcześni przedstawiciele zdadzą sobie sprawę – podobnie jak ich irańscy poprzednicy – że ich rola kończy się w momencie, gdy mułowie, Bractwo Muzułmańskie czy bojownicy Hamasu i Hezbollahu osiągną swój cel: islamizację i demontaż Zachodu.

Rewolucja irańska powinna zatem służyć jako ostrzeżenie. Gdy islamiści i marksiści maszerują ramię w ramię, staje się oczywiste, że wspólna nienawiść jednoczy silniej, niż dzielą ich radykalnie różne wizje przyszłego społeczeństwa.

Każdy, kto próbuje zrozumieć obecną sytuację geopolityczną, musi zacząć od tego punktu. Choć islamizm i marksizm czerpią legitymację z różnych tradycji, łączą je wyraźne punkty styku: totalitarne aspiracje, wiara w oświeconą „awangardę” (kler lub partię) mającą prawo do formowania człowieka oraz konieczność posiadania wroga dla uzasadnienia własnego istnienia.

Antysemityzm, antyamerykanizm oraz walka z „imperializmem” od lat stanowią wspólną walutę retoryczną obu tych środowisk. W Iranie ta ideologiczna symbioza przybrała formę dosłowną, dopóki islamistyczny reżim nie wyeliminował swoich marksistowskich pomocników.

Mimo to wielu na Zachodzie z zadowoleniem przyjęło tamte zmiany. Administracja Jimmy’ego Cartera zbagatelizowała zagrożenie, a duża część europejskich intelektualistów uległa romantycznej wizji „ludowego przebudzenia”. Michel Foucault opisywał irańskie powstanie jako przejaw „duchowości politycznej”, widząc w nim antyimperialistyczne rządy bez hierarchii. Richard Falk, profesor prawa międzynarodowego, dał się uwieść wizerunkowi Chomeiniego jako „skromnego ascety”, który rzekomo miał zaprowadzić demokrację i humanitarne rządy.

Prawie pół wieku później naród irański wciąż krwawi pod jarzmem jednej z najbrutalniejszych teokracji na świecie. Teheran, dążący do zdobycia broni jądrowej, stał się głównym eksporterem islamizmu. Nieustanna wojna z Izraelem, ataki terrorystyczne, zabójstwa polityczne emigrantów oraz wspieranie rosyjskiej inwazji na Ukrainę świadczą o nieograniczonych i niszczycielskich ambicjach tego systemu.

W tym kontekście rewolucję irańską należy postrzegać nie tylko jako tragedię narodu, ale jako geopolityczny punkt zwrotny. Z dzisiejszej perspektywy widać wyraźnie, że dopuszczenie mułłów do władzy było jednym z najpoważniejszych błędów strategicznych Zachodu w okresie powojennym.

Islamizm nie jest ruchem wolnościowym ani „elementem różnorodności kulturowej” – to ideologia sprzeczna z fundamentami świata zachodniego: sekularyzmem, praworządnością i wolnością jednostki. Powstaje tragiczny paradoks: lewica w imię tolerancji broni nurtów, które nienawidzą wolności kobiet, pluralizmu i demokracji.

Sytuacja ta wynika z faktu, że ruchy islamistyczne sprytnie ubrały swoje odwieczne cele w kostium walki z kolonializmem. Trafiło to na podatny grunt w środowiskach, które postrzegają świat wyłącznie przez marksistowski pryzmat „opresora i uciśnionego”. Jednak tolerancja, która nie potrafi odróżnić wolności od zniewolenia, przestaje być cnotą – staje się kapitulacją. Relatywizowanie zła otwiera drzwi siłom, których pierwszym celem jest likwidacja owej tolerancji.

Musimy wyciągnąć wnioski z 1979 roku. Należy zadać sobie pytanie: jak zapobiec sytuacji, w której demokratyczne instytucje i fundamentalne zasady są niszczone w imię ich samych? Jak nie dopuścić do tego, by idee wrogie państwu prawa zyskiwały legitymację w środowiskach, które mienią się jego obrońcami?

Dziś znów widzimy tę samą mobilizację wokół haseł antyimperializmu i normalizowanego antysemityzmu. Echo historii jest aż nadto słyszalne. Tak jak wtedy, islamiści i część lewicy jednoczą się w projekcie delegitymizacji zachodniego ładu. Łączy ich przekonanie, że obecny system musi zostać zburzony.

W tym sojuszu siły są jednak nierówne. Ideologie totalitarne potrafią być skrajnie pragmatyczne – wykorzystują partnerów tak długo, jak są im potrzebni, a potem bezwzględnie ich odrzucają. Tak stało się z irańską lewicą i nic nie wskazuje na to, by dzisiejsze ruchy islamistyczne miały postąpić inaczej wobec swoich zachodnich apologetów.

Historia uczy, że projekty totalitarne zawsze żerują na kryzysie pewności siebie liberalnych demokracji. Problemem nie jest więc tylko sam islamizm, ale chroniczna niezdolność Zachodu do dostrzeżenia własnych ślepych plam. Rewolucja irańska to memento dla tych, którzy nienawiść do własnej cywilizacji przedkładają nad obronę jej zasad. Gdy jedynym spoiwem jest chęć zniszczenia Zachodu, każdy wróg Zachodu staje się sojusznikiem. Historia rzadko jednak bywa łaskawa dla naiwnych.

Pożyteczni idioci rewolucji


Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.