Uncategorized

Ożeniony ze szlachcianką (34)

Marian Marzynski


Jako student dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim awansowałem w naszym domku fińskim na Jazdowie: rodzice przenieśli się do mniejszego pokoju, ja dostałem większy, frontowy.

Z okna tego pokoju moja matka, Broneczka, podlewa ogródek, w którym nie ma podłączenia do wody, ale pomidory, ogórki, szczypiorek, truskawki i agrest, ładnie wyrastają. W oknie wiszą prawdziwe firanki z plecionej bawełny, w czasach powojennych znak pewnego dobrobytu.

Mój ojczym – Daneczek, który pamięta jak z tego okna wykrzykiwałem antyrządowe hasła („Partia śmierdzi!”), ma teraz nadzieję, że jego Marianek, przyszły dziennikarz państwowy (innych nie było) – spoważnieje. Dla matki, która wyprawiła swego jedynaka z getta, ratując mu życie, byłem udzielnym księciem. Widziała we mnie jej zabitego przez antysemitów, po ucieczce z getta, ukochanego męża Bolka, którego koledzy nazywali geniuszem.

Najpilniejszym zadaniem dla małego księcia – było teraz stracenie cnoty. W liceum dostałem kosza od Aliny Gołąbkówny, z którą przyciskaliśmy się w tangu na potańcówkach. Gdy powiedziała mi, że ma już sympatię o imieniu Eddie, wiedziałem, że chodzi o bikiniarza. Czatowałem przed jej domem na Placu Zawiszy, aż zza drzewa zobaczyłem go: Eddie miał długie blond włosy ułożone w „plerezę” i nosił „skoki”.

Potem chodziłem na studenckie prywatki, które odbywały się w wielkim przedwojennym mieszkaniu w Alejach Jerozolimskich 101 znanego stomatologa Alfreda Meissnera, wynalazcy kleszczy do wyrywania korzeni. Wdowa po nim, też dentystka, była matką mojego licealnego kolegi Jurka Meissnera, przyszłego profesora w Instytucie Hematologii. W mieszkaniu był gabinet dentystyczny z zapasem spirytusu do dezynfekcji, który po rozcieńczeniu służył nam jako środek prowadzący do celu.

Doprowadziło mnie to do mojej pierwszej miłości. Była nią Joanna, moja żydowską rówieśnicą. Jej ojciec, właściciel znanego sklepu artykułów żelaznych w Warszawie, po wybuchu 2 wojny światowej uciekł na wschód.

Tak wyglądali rodzice Joasi przed wojna. Jej matka wyskoczyła z płonącego budynku warszawskiego getta.

Przed tą tragedią, w 1941 roku, zaprzyjaźniona z jej rodzicami bezdzietna katolicka rodzina wyprowadziła 4-letnią Joasię z getta.

Ojciec Joasi przeżył wojnę, ale zgodził się na warunki adopcji: nie będzie miał prawa do odzyskania dziewczynki, a jej żydowskie pochodzenie nigdy nie będzie ujawnione.

Po wojnie przybrana matka Joanny po rozwodzie z mężem dostała połowę willi na warszawskim Żoliborzu. W pokoju Joanny zamknięci wewnętrznym kluczem całowaliśmy się do późnej nocy, słysząc od czasu do czasu głos stojącej pod drzwiami matki: „Czas spać, jutro idziesz na uczelnię!”. Obecność Żyda w tym domu była dla przybranej matki przekleństwem jej losu. Wydana tajemnica cementowała naszą miłość. Marzyliśmy o małżeństwie i o małym synku, który będzie się nazywał Piotruś.

Zimą 1954 roku postanowiliśmy to marzenie zrealizować. Moja matka, która w Świeradowie – Zdroju prowadziła kolonie letnie dla dzieci pracowników jej przedsiębiorstwa budowlanego, dała nam klucz do zamkniętej na zimę willi.

W nocnym pociągu, ku zgorszeniu pasażerów, nie przestawaliśmy się całować. Mieliśmy po 17 lat.

W zaśnieżonym Świeradowie znaleźliśmy willę kolonii letnich mojej matki. Klucz pasował. Na zewnątrz był mróz, dom był nie ogrzewany, łóżka nieposłane. Odszukaliśmy magazyn z pościelą i z wielu warstw puchowych kołder i poduszek zrobiliśmy sobie ciepłe legowisko. Ja, student dziennikarstwa, nie miałem pojęcia o antykoncepcji, ona, studentka medycyny, albo nie wiedziała, albo nie chciała o tym wiedzieć. Po powrocie do Warszawy studia zabierały jej tyle czasu, że niewiele go zostawało na spotkania. Nasza miłość, szybka i gwałtowna, powoli traciła blask.

Na wycieczce w Pradze Joanna poznała czeskiego studenta inżynierii drewna (zawód mojego ojca). Ukrywała jego przyjazdy do Warszawy, aż w roku 1956 powiedziała mi, że w Bratysławie odbędzie się jej ślub. Świat mi się zawalił. Zostawiłem rodzicom pożegnalny list i wsiadłem w pociąg do Zakopanego z fantazją rzucenia się ze ściany Giewontu. Ale już ze stacji w Zakopanem zadzwoniłem do rodziców, przepraszając ich za ten makabryczny pomysł.

W roku 1957 skończyłem 20 lat. Moim marzeniem jak każdego młodego Polaka, było poznawanie świata. Ale jak wyjechać do Paryża z kraju, który na „śmierdzący zachód“ obywateli nie wypuszcza, bo pozbawieni możliwości wymiany złotych na waluty, nie będą mogli się tam utrzymać i „wybiorą wolność”? A szkalowaniem Polski Ludowej odpłacać się będą imperialistycznym agenturom? Odpowiedź mieści się w poniższym zdjęciu.

Na tle pałacu kultury w Warszawie, daru narodu radzieckiego dla polskiego, od lewej: brat mojego ojczyma, Raphael Marzyński, po rewelacjach Chruszczowa o Stalinie rozczarowany socjalizmem, ale wciąż członek Komunistycznej Partii Francji, moja matka Broneczka, a przy niej żona Raphaela, Sula z domu Wajsblum, która w czasie tej podróży chciała odwiedzić swój rodzinny sztetl Opatów. Gdy pierwsza spotkana na rynku staruszka wspominała Żydów słowami „to robactwo wszędzie się szerzyło”, Sula odwróciła się na pięcie i wróciła do Warszawy. Ostatni po prawej mój ojczym Daneczek, którego brat – francuski komunista, wystosował do biura paszportów zaproszenie do Francji nie tylko dla mnie – bratanka, ale także dla dwóch jego „kuzynów”, zapewniając nam wszystkim pokrycie kosztów pobytu we Francji. Jednym z „kuzynów”, na zdjęciu z lewej stronie, był chirurg W., właściciel fiacika, który kupił, dzięki temu, że asystował żonie – ginekolożce, w nielegalnych aborcjach. Kojarzony z ginekologami był wtedy na polskim rynku sowiecki samochód Moskwicz. „Sto piczek i moskwiczek”, mówiło się w Warszawie. Nieobecny na zdjęciu jest fotografujący nas drugi „kuzyn”, aktor K., który skojarzył mnie z właścicielem fiacika. Na dachu nasze walizki i suchy prowiant.

Każdy z nas miał inny scenariusz tej podróży. W. chciał jak najszybciej dojechać do Paryża, sprzedać tam polskie radio kieszonkowe „Szarotka”, które podobno tam „szło”, zaprzyjaźnić się ze słynnymi paryskimi prostytutkami, kupić córce wielką francuską lalę i jak najszybciej wrócić do Warszawy. Aktorowi K. się nie śpieszyło, zatrzymywał się w Paryżu u kolegi, chciał chodzić do teatrów, oglądać filmy. Moim celem było dojechać do Lille, na północ od Paryża, gdzie mieszkali francuscy Marzyńscy. Konflikt wybuchł na niemieckiej autobahn przed skrzyżowaniem drogi do Paryża z okrężną drogą przez Hamburg, miasta, który aktor i ja chcieliśmy po drodze zwiedzić. Chirurg obliczył ile takie zboczenie kosztuje nie tylko w kosztach paliwa, ale także eksploatacji samochodu, którego resory były na wykończeniu i odmówił jazdy przez Hamburg.

Dojechaliśmy do stacji benzynowej. Chirurg zapytał: „Czy jestem szantażowany?” Na co ja przyłożyłem mu palec do skroni i powiedziałem: „Tak, pojedzie pan do Hamburga”. Na co chirurg: „Pan jest chuj!” Nierozmawiający z nami od tej chwili chirurg wysadził aktora w Paryżu, a mnie odwiózł do Lille, po czym znikł nam z oczu. Wracać mieliśmy własnym sumptem.

Lille odkrywałem Francję wuja Raphaela i jego przyjaciół, polsko- żydowskich komunistów. Wszyscy handlowali na ulicznych rynkach zwanych marché, każdego dnia w innym miasteczku północnej Francji: ValenciennesLens, Douai, Béthune, Arras, Cambrai i Saint-Omer. Sula i Raphael sprzedawali rękawiczki i damską bieliznę. Pomagałem im rozstawiać, a potem zwijać namiot, poznawałem innych towarzyszy, którzy pierwsze pieniądze zarobili na domokrążnej sprzedaży u polskich emigrantów – górników w zagłębiu węglowym Pas de Calais. Któregoś dnia Sula poszła na zakupy żywności, a ja zostałem z Raphaelem, który nie znosząc swego „kapitalistycznego” zajęcia, odprężał się żartobliwym traktowaniem klientek. Klientka: „Szukam czarnych majtek, widzę, że macie wszystkie koloru oprócz tego”. Na co Raphael: „A po co pani czarne? Jest pani w żałobie?”

W Paryżu gościli mnie hurtownicy towarów wysyłanych do Lille, partyjni towarzysze Raphaela i Suli. Zatrzymałem się w mieszkaniu Madame Regine, dystrybutorki damskiej bielizny i nylonowych bluzek, 50-letniej rozwódki z flirtem na twarzy, której dom był na wprost wejścia do Sorbony. Trudno o lepszą paryską lokalizację. Wyszedłem z jej mieszkania po obiedzie. Zaraz po wyjściu zobaczyłem siebie na włoskim skuterze Lambretta, z dziewczyną siedzącą „na amazonkę”.

Paryż zakręcił mi w głowie. Niekończące się 18-wieczne miasto we władaniu dwudziestolatków jak ja. Zatarta różnicą między dniem i nocą. Pierwsze w moim życiu neony we wszystkich kolorach tęczy. W Warszawie był tylko jeden: PZU ubezpiecza ciebie i twoje mienie. Gdy wypaliły się środkowe litery, wyglądał tak: PZU… iebie i twoje mienie.

Z całonocnego paryskiego spaceru wróciłem do Reginy na śniadanie. Wśród tysięcy obrazów przywiozłem do Warszawy scenę, którą do dziś mam w oczach. W środku bulwaru St. Michel wśród tłumów przechodniów, w objęciach ze sobą, chłopak i niższa od niego o głowę dziewczyna, która staje na palcach, żeby dotknąć jego ust i tak nieruchomi tkwią przez dobrą minutę w nie reagującym na nich tłumie. A więc nie chłopak, jak w polskiej tradycji, musi zdobywać dziewczynę, ona też może być zdobywczynią. I wszystko to może się odbywać na środku chodnika. Mój polski świat zakazów rozleciał się jak pudełko z kart. Burząc go przeniosłem to na wszystkie inne kategorie życia prywatnego i publicznego.

Przy oddawaniu paszportów major Krzemiński zapytał jak było i czy zetknąłem się w Paryżu z antypolskimi ośrodkami politycznymi. Odpowiedziałem, że obracałem się tylko wśród francuskich komunistów. „Szkoda”, powiedział major, „może następnym razem”. A więc dzięki francuskiemu wujkowi – komuniście będę mógł jeździć na zachód.

Następnym po Paryżu marzeniem był Londyn, w którym nie znałem nikogo, ale dowiedziałem się, że polscy rybacy przy angielskich brzegach łowią śledzie. Zrobię o nich film. Paszporty są niepotrzebne. Dostaniemy „książeczki żeglarskie”. Jest nadzieja, że nasz kuter przybije do jakiegoś angielskiego miasteczka, a stamtąd pociągiem wybierzemy się do Londynu.

Zatrzymaliśmy się na redzie w porcie Newcastle. O Londynie nie było mowy. Za daleko. Ale do kei dopłynęliśmy szalupą i wyszliśmy na zwiedzanie pierwszego w moim życiu angielskiego miasteczka. Gdy wróciliśmy po kilku godzinach, w porcie czekali na nas angielscy policjanci z oficjalnym zawiadomieniem, że ta nielegalna wyprawa będzie nas kosztowała permanentny zakaz wjazdu do Wielkiej Brytanii.

Po powrocie szyper kutra doniósł na nas do Ministerstwa Żeglugi, ale przekonałem vice ministra, że bez tych ujęć z angielskiego miasteczka, nie wyszedłby dobry film o polskich połowach śledzi. Po tym pierwszym konflikcie z władzami PRL odkryłem w sobie siłę perswazji, która będzie mi towarzyszyć w mojej zawodowej karierze.

Cdn.


Wszystkie wpisy Mariana TUTAJ

Ożeniony ze szlachcianką (34)

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.