Uncategorized

Może nie chciał, żeby go brano za Żyda? Warszawa była tylko przystankiem w drodze do raju

Przyslala Rimma Kaul

Pisarz Romain Gary, bohater nowej książki Agaty Tuszyńskiej 'Żongler’ (Fot. AFP/East News)Najwyraźniej nie chciał dotknąć bruku dzieciństwa. Mimo swej podróżniczej zachłanności. Nie chciał konfrontacji z tamtą przeszłością. Ze strachu przed rozczarowaniem? A może też on – obywatel świata – nie chciał, żeby go brano za Żyda?

„Żongler. Romain Gary” to nowa książką Agaty Tuszyńskiej, autorki biografii „Singer. Pejzaże pamięci” (1994), „Oskarżona: Wiera Gran” (2010) i „Narzeczona Schulza” (2015). Tym razem jej bohaterem jest Romain Gary, urodzony w Wilnie w 1914 roku francuski pisarz, dwukrotnie uhonorowany Nagrodą Goncourtów, dyplomata, scenarzysta, pilot wojenny, podróżnik. W „Czytelni Wyborczej” publikujemy fragment książki.

Spakowali się do szmacianych tłumoków, walizki także zarekwirowano. Trochę ubrań, bajki La Fontaine’a, tom przygód Arsène’a Lupina i „Żywoty znakomitych Francuzów”. Matrioszki? No, przynajmniej jedna prawdziwa. I kilka zachowanych w pamięci. Jeszcze się przecież przydadzą. Plus skarb, jaki matce udało się ocalić przed komornikami. Komplet sreber stołowych z carskim herbem przywiezionych z Rosji, który miał im zapewnić przyszłe życie w ojczyźnie Wiktora Hugo. Na dwadzieścia cztery osoby, to rzeczywiście mogło być coś!

Wybrała Warszawę, miała tam rodzinę. I był to krok w dobrym kierunku. W stronę Francji.

Napisał, że opuszczali Wilno bez żalu. Miał już nigdy tu nie wrócić. Ciałem. Bo słowem wracał wielokrotnie, tak jak chciała matka – arcydzielnie, przede wszystkim w „Obietnicy poranka”, gdzie nie tylko jej wystawia piękny pomnik, ale też niepowtarzalnemu miastu swojego dzieciństwa.

Rozdzierającą scenę pożegnania z Anielą, która była przy nim, odkąd pamiętał, odtworzył, podlewając łzami po latach. Podobno nigdy w życiu tyle nie płakał. Ale też nigdy później, w dorosłym, sławnym życiu nie próbował jej odszukać. Jednym tchem pisze, że nigdy też nie wystąpił w mundurze Czerkiesa, który udało się ocalić przed odebraniem. Bo już dawno z niego wyrósł.

Jeszcze jeden ślad po ich, po jej wyjeździe z Wilna, pozostał w archiwach. Tym razem policyjnych.

„Warszawa, d. 19 sierpnia 1925 r., Mazowiecka 10, tel. 1-44

Do X Komisarjatu Policji Państwowej w miejscu. Ul. Szpitalna

Mina Kacewa w Wilnie (ul. Wielka Pohulanka 16), będąca właścicielką magazynu konfekcji damskiej pod firmą: «Maison Nouvelle» jest nam dłużna za niewykupione, protestowane, a wystawione przez nią, weksle, sumę

Zł. 1013. (tysiąc i trzynaście złotych)

i koszta protestów

Ponieważ doszło do naszej wiadomości, że wymieniona Mina Kacewa sprzedała wszystek towar i sklep zlikwidowała i w dniach najbliższych ma opuścić Polskę, udając się za granicę, prosimy o łaskawą interwencję, aby nie dopuścić do ewentualnej ucieczki za granice wymienionej przed uregulowaniem naszych należności. —

Na listy nasze o zapłatę nie odpowiada”.

Imię, nazwisko. Podpis. Pieczęć.

Wilno chce pamiętać Romaina Gary’ego bardziej, niż on sam chciał je utrwalić w pamięci. Przynajmniej tak to z pozoru wygląda. Pomnik, tablica w bramie domu na Wielkiej Pohulance, wierni biografowie w miejskich archiwach, dzieci uczące się o nim w szkole. A on, choć podróżował stale i po całym świecie, nigdy nie przyjechał na Litwę, nie odwiedził miasta swoich narodzin, miasta swoich rodziców, Jerozolimy Wschodu. Isaac Bashevis Singer też nigdy nie przyjechał na Krochmalną w Warszawie, ale przez całe życie podkreślał, że pozostała centrum jego wszechświata, najważniejszym punktem odniesienia dla wszystkich wspomnień i wydarzeń. Gary nigdy tego o swoim Wilnie nie napisał.

Z kresów wyjechali na zachód Europy malarze Marc Chagall i Chaim Soutine, skrzypek Jascha Heifetz, filozof Emmanuel Levinas.

Gary najwyraźniej nie chciał dotknąć bruku dzieciństwa. Mimo swej podróżniczej zachłanności. Nie chciał konfrontacji z tamtą przeszłością. Ze strachu przed rozczarowaniem? A może też on – obywatel świata – nie chciał, żeby go brano za Żyda? Ten wątek, niejasny i splątany, przewija się wielokrotnie w jego biografii. Bo chyba nie obawiał się, jak czasem przybysze z Zachodu, że komunistyczne władze zaczną majstrować przy jego paszporcie. On, dyplomata, miałby takie dziwaczne niepokoje?

Zachował język, a właściwie kilka języków wileńskiej ulicy. Po rosyjsku mówił z matką także w Nicei. Języka polskich sąsiadów używał po latach w Paryżu i Warszawie, budząc podziw i zdziwienie tym, jak dobrze go zapamiętał. Żydowski znał także, nie tylko modlitwy, które słyszał zapewne w wileńskiej synagodze. Kipiały nim ulica, sklepy, sklepiki, skład futer ojca. Używali go jego dziadkowie, których, co prawda, nie wspominał nigdy, ale przywoływał pola kwitnących słoneczników w okolicach ich rodzinnych Święcian.

Więc dlaczego? Jaki miał powód, żeby unikać tej wizyty? Pewnie łatwych odpowiedzi na te pytania nie ma. Chyba że przyjąć najprostszą – to nie było szczęśliwe dzieciństwo. A tylko do takiego chce się wracać.

Sopot, 12 września 2018

Biedny Panie Romanie,

Jesteśmy pamięcią. Tym, co pamiętamy. I tym, co o nas pamiętają inni. Tak kiedyś napisałam. I jeszcze to:

Coraz częściej myślę, że bardziej jeszcze jesteśmy niepamięcią. Tym, co zapominamy. Co w geście samoobrony wymazujemy z pamięci, wypieramy ze świadomości, omijamy w myślach. Unieważniamy, żeby było łatwiej lub lżej, żeby nie bolało albo nie przypominało bólu.

Długo nie dotykałam słowem rodzinnej tajemnicy. Minęły lata, zanim zdecydowałam się ujawnić światu upokarzającą – jak sądziłam – prawdę: moja mama jest Żydówką.

Dowiedziałam się o tym, mając dziewiętnaście lat. Uznałam, że musiał istnieć jakiś ważny powód, dla którego to przede mną zatajono. Jakaś skaza lub wina. Zdaniem matki, dziewczynki z warszawskiego getta, jej pochodzenie w powojennej Polsce nadal trzeba było ukrywać.

Wiele lat milczałam. Niebieskooka blondynka, córka polskiego ojca, miała wymarzone barwy ochronne. Żyłam i pisałam „na aryjskich papierach”. Jakby schowana w matrioszce z półki w dziecinnym pokoju. Była taka kolorowa. Taka swojska. Zawinięta w chustę. Nie budziła żadnych podejrzeń.

Poznałam sekret. Nie znałam natomiast świata, do którego przyszło mi należeć. Inaczej niż Pan.

Jak to się mogło stać, że nie wiedziałam, kończąc polskie szkoły, o istnieniu Żydów w moim domu? Przecież to było ich miejsce. Co trzeci mieszkaniec Warszawy był Żydem. Dla tysięcy, setek tysięcy lokatorów przedwojennej Rzeczypospolitej Wisła mówiła po żydowsku.

Piszę o tym do Pana, bo może będzie nam lżej. Bo i Pan nie dawał sobie rady z tym ciężarem. Inaczej, wiem. Milczał Pan, zapominał. Awanturował się czasem, że nie umieszczono Pana w almanachu żydowskich twórców, a przecież „matka jest Żydówką”, ale na co dzień wolał Pan udawać potomka tatarskich i rosyjskich książąt niż chłopaka z Wielkiej Pohulanki.

Nie wiedziałam, że do nich należę. Nie wiedziałam, że to mój świat. Odkąd się okazało, że mam w sobie ich historię, zaczęłam jej szukać. Rozszerzać przestrzenie pamięci o tych, którzy znali przeszłość.

Zabito ich i zamilczano. Nie opłakano. Tu, w kraju, w którym żyli, który przez tysiąc lat traktowali jak swoją ojczyznę. Niemal od razu poczułam, że pamiętanie jest moją powinnością. Dla nich, w ich imieniu. Pamiętanie i zapisywanie.

To trwało długo. Szukałam świadków, zachłannie, mozolnie. Pytałam o wszystko, ważny był każdy szczegół, bo mógł pomóc mi przeniknąć tamtą rzeczywistość, przybliżyć do prawdy, wyświetlić obrazy, jakich nie znałam.

Przymierzałam ich losy, słuchałam głosów, tropiłam ślady, wydobywałam z niepamięci resztki synagog i macew. Historie o życiu niedokończonym. Traktowałam to jako obowiązek, działanie konieczne, nie tylko wobec nich i wobec siebie, ale także wobec Polski. Jesteśmy im to winni. My, Polacy, im – Żydom. Nam Żydom.

Ich pamięcią budowałam własną glebę. Śladami wspomnień szłam ku światom własnym, głęboko moim, choć niedotkniętym, niedoświadczonym. Nieznanym, a przecież znajomym. Budowałam w sobie inną przestrzeń pamięci, sztukowałam ją dla siebie i w sobie. Dopełniałam ten fragment losu, który został zamilczany. Zabity, dosłownie i w przenośni.

Mijają lata. Starsi odchodzą. Nawet wojenne dzieci się starzeją. Świadkowie zaczynają chorować. Choruje też i zmienia się ich pamięć. Coraz bardziej ułomna, blada, nieostra… Coraz mniej pewna swojej gleby. Coraz bledsza się staje i bardziej krucha.

Zaczynamy, ona i ja, wpadać we własne sidła.

Nie należał do „nosicieli” świadectwa. Nie nazywał pamiętania swoim obowiązkiem, choć w drugiej połowie życia obdzielił tą „przypadłością” kilku swoich bohaterów. Ostatni, Ludo, cierpiał na nadmiar pamięci, co potęgowało udrękę, ale pozwalało na przebaczenie. Czesław Miłosz używał słowa „nosiciel”, jakby chodziło o chorobę, nie dar. Zaczynam to rozumieć. Istnieją zadry pamięci, które nie dają o sobie zapomnieć. Nosiciele są kronikarzami czasu i zakładnikami pamięci. Ale w końcu i oni odchodzą. Tyle ich, ile pamięci. Albo odwrotnie. Moje drogie cienie – pisał autor „Doliny Issy” – nie mogę was zaprosić na rozmowę, bo za nami całe, my tylko wiemy jak tragiczne, życie. Owa rozmowa, tego był pewien, zmieniłaby się w „trójgłosowy lament”.

To, co oczywiste, tłumaczył Miłosz w sposób, który niósł pocieszenie.

„Ponieważ żyjemy w czasie, podlegamy jego prawu, wedle którego nic nie trwa, wszystko mija. Znikają ludzie, zwierzęta, drzewa, krajobrazy, ale jak wie każdy, kto żyje dostatecznie długo, znika też pamięć o tych, co kiedyś byli. Przechowują ją tylko nieliczni, najbliższa rodzina, przyjaciele, ale nawet w ich świadomości twarze, gesty, słowa rozwiewają się stopniowo, żeby wreszcie, kiedy już zabraknie nosicieli świadectwa, przeminąć”.

Tamtej wiosny roku 1920 – rozmyślał – nikt już nie odtworzy. I pytał zaraz, czy musi zostać odtworzona. Przecież przeszłość jest inna dla różnych oczu. Podobnie ze świtem – czwarta rano, po jakimś piciu – który zapamiętał, i ciężkimi kiściami bzu zwieszającymi się nad wysokim żelaznym ogrodzeniem willi, gdzieś w pobliżu ulicy Wielka Pohulanka.

Tą samą ulicą chodził młody Roman, mógł pamiętać tamten zapach i tamto przezroczyste powietrze. Czy te dwa niezależne okruchy pamięci dwóch nieobecnych są dowodem na istnienie tego miejsca, czy może jedynie podobnego wspomnienia? Gary twierdził, że wspomnienie to „piosenka, którą sobie człowiek nuci, kiedy już nie ma głosu”. Może nie osiągnął tego stanu.

„Gdzież podziewają się te obrazy, te percepcje, ginące razem z poszczególnymi ludźmi czy zachowujące się gdzieś w jakiejś krainie, która magazynuje wszystko, co raz doznane?”, notował Miłosz w „Roku myśliwego”.

Isaac Bashevis Singer wymyślił dla swojej małej przyjaciółki Szoszy teorię, że historia świata jest książką, którą człowiek może czytać tylko w jedną stronę. Nie potrafi przewracać przeczytanych już kart w odwrotnym kierunku. Tymczasem na wcześniejszych stronach wszystko to, co wydarzyło się kiedyś, istnieje nadal. Gdzieś tam żyje jej zmarła siostra Jite. Kury, gęsi i kaczki, zarzynane codziennie na targu Janasa, nadal gdaczą, kwaczą i trzepocą skrzydłami na innych stronicach księgi świata – tych z prawej strony. Bo księga świata jest napisana w jidysz, czyta się więc z prawa na lewo.

Wieloma językami wypełniano rubryki i pejzaże pamięci. Doznania przekładano na wyuczone w dzieciństwie litery i słowa. Czasem nuty albo dotknięcia pędzla. A może to, co przeżyte, to stale relacjonowana światu fikcja? Po co więc starać się wejść jej pod skórę? Czy istnieje cokolwiek pod powierzchnią rzeczy? „Pod podszewką świata” wedle słów poety. Każdy mebluje wieżę Babel na swój sposób. A potem ją zostawia. Wszystko jest tymczasowe. Są cienie i odcienie przeszłości. Smaki i miejsca przez każdego odbierane inaczej. Bo czytamy sobą, książki i świat. Te same widokówki wypełniamy inną treścią. Bo pamięć i przeszłość nas tworzą. Jedyne jak linie papilarne. Ale ich kształt – dla obcego oka – dopełnia wyobraźnia.

Dla Miłosza Wilno roku 1920 miało barwy munduru jego ojca, kapitana saperów, i pułkowych kolegów. Radowało się wówczas polskie Wilno. Ale było też inne, mówiące po żydowsku i po rosyjsku.

Miłosz całe życie bronił się przed utratą duchowego domu. Mitologia lat najwcześniejszych naznaczyła go najsilniej. Im dalej w przestrzeni odchodził od gleby dzieciństwa – Kalifornia była daleko – tym bardziej szukał więzi ze sobą dawnym, tym z Szetejń i Wilna. Stąd przywiązanie do polskiego języka. Usadowił się w nim jak w twierdzy i podnosił zwodzone mosty. Nieważne, co działo się wokół. Był u siebie.

Roman Kacew nie miał takiej kolebki. Czy to sprawiło, że musiał się błąkać po świecie, nigdzie nie znajdując pocieszenia?

Znał jidysz, ale tej księgi świata czytać nie potrafił. Albo nie chciał. Unikał rodzinnych historii, za wszystkie musiała mu wystarczyć matka. Nie ma w jego opowieściach rodziny, ciotek, wujów, kuzynek i kuzynów, nie ma babek, nie ma właściwie żadnych rodzinnych przekazów, tych wszystkich bubbemajses, żydowskich domowych opowieści, które rosną w legendę. Co kto lubił, robił, czytał, czego pragnął…

Nie ma dziadków, których przecież musiał znać, nie ma żadnej innej kobiety poza matką. W niej zawarł pełnię emocjonalnego bagażu. Zastanawiający jest zupełny brak zainteresowania rodzinną przeszłością. Brak jakiegokolwiek familijnego przekazu. Jakby go to nie obchodziło, jakby wziął się znikąd.

Lejb, Jakub, Baruch, Ita, Berta. Odczytuję z dokumentów imiona rodzeństwa Kacewów. Syn Lejba nigdy nie przedstawił światu rodziny ojca. Ita była dentystką, podobnie jak siostra matki, Miny Owczyńskiej, Rywka. To ona poślubiła młodszego brata Lejba Kacewa. Ona wyjechała do Moskwy i znalazła się w szpitalu dla nerwowo chorych.

W warszawskim mieszkaniu na Poznańskiej, gdzie Roman spędził z matką trzy lata, także była dentystka. Która? Zapewne Rywka. Siostra Miny, ciotka.

Rywka Zlata, matka Kacewów, babka ze strony ojca, nie żyła, kiedy Roman się urodził. W 1922 zmarł jej mąż, dziadek Romana, Fajwisz-Dawid Kacew. Miał wtedy siedemdziesiąt lat. Wnuk nigdy o nim nie wspominał. Mało czasu przeznaczał na wspominanie. Mimo że twierdził, iż „sercu trzeba ćwiczeń”. Liczyła się tylko matka, jej poświęcał większość myśli i zapisanych potem słów. Tylko ona istniała w jego świecie, ona go tworzyła. Z rodziny więcej nikt, skoro nawet ojca potrafił, i to prawie na zawsze, skreślić. To „prawie” będzie miało bolesny sens.

Ale Mina Kacew była dorosła, miała siostrę i czterech braci, wiedziała, na kim się w razie potrzeby oprzeć. Znała też Warszawę, bo przecież mieszkała tu w swoim poprzednim życiu, jako Bregsztajnowa, przez wiele lat. Wiedziała, dokąd jadą. I że to tylko przystanek w drodze do raju – do słonecznej, śródziemnomorskiej Francji.

Romain Gary (1914–1980) – francuski pisarz urodzony w Wilnie, jedyny w historii autor uhonorowany dwukrotnie Nagrodą Goncourtów, dyplomata, scenarzysta, pilot wojenny, podróżnik. Celebryta, który w 1980 roku po błyskotliwej literackiej karierze odebrał sobie życie w wieku 66 lat. Mistyfikator. Wreszcie – kuglarz zręcznie żonglujący faktami i zmyśleniami, swoimi i zasłyszanymi historiami, nieustannie tworzący opus magnum: własną biografię (jakby ta autentyczna była nie dość fascynująca). 

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.