
Odchodząca od władzy Zjednoczona Prawica, po dymisji rządu Morawieckiego, ale przed utworzeniem przez tego samego polityka gabinetu „Koalicji Spraw Polskich”, nie mającego najmniejszych szans na uzyskanie sejmowego wotum zaufania, zadecydowała o przyznaniu stu milionów złotych dotacji dla Fundacji Myśli Patriotycznej im. Romana Dmowskiego , z siedzibą w mocno podniszczonej willi w Otwocku. Przed wojną, jak w TVN24 wyznał to przedstawiciel merostwa, willa należała do otwockiego Żyda; nie Polaka wyznania mojżeszowego, nie do polskiego obywatela pochodzenia żydowskiego, lecz z krwi- kości „otwockiego Żyda”. Zabytkowa budowla jest piękna i zasługuje na remont, merostwo nie będzie więc dopytywać się dlaczego i skąd pochodzą pieniądze na jej generalny remont. Ziściło się w ten sposób hitlerowskie marzenie, żeby wszelkie mienie żydowskie trafiło do rąk faszystów. Dmowski pod koniec życia stał się przywódcą nacjonalistycznego nurtu wśród inteligencji katolickiej i żydożercą okazowym.
Siedziba Myśli patriotycznej u Żyda? To przecież obraza Romana Dmowskiego. A Roman Dmowski i jego wyznawcy są też obrazą dla „otwockiego Żyda”.
Chodziłem z zasady na wszystkie warszawskie imprezy publiczne z udziałem cioci Joanny Kulmowej, i z tej przyczyny w towarzystwie artysty grafika Raduna Batora poszedłem też na jej wieczór poetycki w Klubie Inteligencji Katolickiej przy Kopernika. Byliśmy z Radunem świeżo po wernisażu wystawy prac Leona Gruzdy w Galerii Rzeźby przy Nowym Świecie, toteż nie zdziwiłem się, gdy kilka dni później Joanna zdała mi relację ze swojego eventu artystycznego: „Mówiła mi pani Irena z «Naszej Księgarni», że tuż za jej plecami w ostatnim rzędzie krzeseł usiedli dwaj goście mocno już spóźnieni, od których wyraźnie czuć było alkohol. I jeden z nich, ten mniejszy, powiedział , że pamięta inną Kulmową. Co się z nią stało? Pisała świetne wiesze liryczne , z bezbożnym ironicznym zabarwieniem, a teraz popadła w ton modlitewny i brzmi to fałszywie.”
Wszyscy wiedzieli, że Joanna Kulmowa jest poetką katolicką, toteż nikomu do głowy nawet nie przychodziło , że morze być Żydówką, uratowaną od niechybnej śmierci w klasztorze katolickim. Dlatego katolicki inteligent z pierwszego rzędu krzeseł mógł sobie pozwolić na niewyszukany komplement , oświadczając, iż przeznaczone dla dzieci wiersze Kulmowej są tak piękne, że ani się do nich umywa twórczość Jana Brzechwy, tego żydowskiego wierszoklety.
Z inteligencją katolicką w stanie czystym zderzyłem się bardzo późno, bo dopiero w stanie wojennym. Jako współorganizator buntu dziennikarzy w państwie dyktatury proletariatu i przewodniczący Rady Głównej SDP „pierwszej niekomunistycznej kadencji”, czułem się współodpowiedzialny za ciężki los setek dziennikarzy wyrzuconych z pracy. Z dobrego przykościelnego źródła pobierałem więc paczki z pomocą humanitarną państw zachodnich oraz Watykanu dla głodujących polskich pismaków, i swoim fiacikiem 126p rozwoziłem dary serca po całej Warszawie. Kolega Andrzej Bober, wyrzucony z TVP publicysta ekonomiczny, otworzył paczkę i wyrzucił z siebie ostre słowa niezadowolenia: „ Co ty mi tu dajesz? Kaszę, masło i mąkę. A ja, do k… maci, potrzebuję papierosów, kawy i wódki!” Uświadomiło mi to, że z paczek wysyłanych przez ofiarnych obywateli Zachodu, inteligentny przykościelny cenzor wycina używki. Działalność dobroczynna przestała mi się podobać, zwłaszcza, że towarzyszyły jej nazbyt częste spotkania opłatkowe w dusznej atmosferze kadzidlanej już to u biskupa warszawskiego, już to u prałata Henryka Niewęgłowskiego od środowisk twórczych.
Zmarła przed kilkoma laty Joanna Kulmowa była wielką damą polskiej kultury i sztuki, artystką zgoła renesansową. Uprawiała lirykę poetycką i satyrę, pisała słuchowiska radiowe i sztuki dramatyczne, wystawiane w teatrach rozproszonych po całej Polsce, recytowała z pamięci wiersze skamandrytów i śpiewała partie solowe w chórze Parafii Poczernińskiej, tłumaczyła też libretta operowe z sześciu europejskich języków. Miała wdzięk osobisty i takt panienki wychowanej w pałacyku magnata włókienniczego Aleksandra Landsberga w Tomaszowie Mazowieckiem , a także ogładę, skromność i powściągliwość pensjonariuszki sierocińca przyklasztornego , w którym bezpiecznie przetrwała czas Zagłady. Ta powściągliwość nakazała jej zachować w ścisłej dyskrecji moją, wypowiedzianą do uszu Raduna Batora, jednozdaniową recenzję jej twórczości katolickiej i przykościelnej. I tej powściągliwości zawdzięczałem przysłanie mi przez jej męża Jana Kulmnę, dyrygenta dwustuosobowego chóru wieśniaczego , zaproszenia do wzięcia udziału w Uroczystym Odpuście w dniu św. Marcina, patrona parafii Poczernińskiej, w której na czas stanu wojennego wujek Jan przyjął posadę organisty.
Innych celebrytów nie pamiętam, ale wystarczy, że na czele listy znakomitości zaproszonych na Odpust, figurowali reżyser Andrzej Wajda i znakomity artysta malarz oraz kabareciarz Jacek Fedorowicz. I ja, cienki reporterzyna, który tym zasłużył się dla polskiej kultury, że dał się dwukrotnie wyrzucić z zawodu dziennikarskiego (pierwszy raz w Marcu 1968, drugi raz przez weryfikację dziennikarzy wiosną 1982), miałem znaleźć się wśród takich wybitnych postaci, ale wykręciłem się pod pretekstem wyjazdu na narty w Alpy Francuskie. Powód odmowy był inny i całkiem dla ówczesnego świata niezrozumiały.
Uwielbiałem filmy Wajdy, ale olbrzym kinematografii na kolana mnie nie powalał. W swoim ogródku na Oficerskim Żoliborzu, Wajda chciał przełamać odwieczną sprzeczność dialektyczną między interesem gatunkowym ptaków wróblowatych i kotów domowych, toteż wszystkim swoim czarnym kotom uwiązał u szyi dzwoneczki. Polowanie na ptaszki z dzwonkiem u szyi okazało się całkiem nieskuteczne, ale jakiś żoliborski miłośnik kotów zatelefonował do Fundacji „Miś” z donosem o złym, upokarzającym traktowaniu kotów w willi przy ulicy Słonecznej i dzwoneczki od kotów trzeba było odłączyć.
Program trzydniowego Odpustu przewidywał serię spotkań z mieszkańcami parafii, a także ze szczecińskimi stoczniowcami i z górnikami kopalni miedziowych, a ja naprawdę nie miałem tym zacnym, lecz zagubionym ludziom nic do powiedzenia, bo sam byłem zagubiony jeszcze bardziej. Gdy wszyscy pluli na generała, ja w skrytości ducha akceptowałem stan wojenny Jaruzelskiego, gdyż, według moich kalkulacji, odłożenie reform demokratycznych do lepszych czasów, pozwoliło uniknąć najazdu Hunów od wschodu i doczekać się pierestrojki Gorbaczowa. Tymczasem chór wieśniaczy z solistką Joanną i pod batutą Jana, przy wszelkich kościelnych okazjach śpiewał zakazany przez cenzurę Hymn Parafii Poczernińskiej, w którym powtarzał się refren:
„Święty Michale, użycz nam ochrony uratuj kraj nasz pognębiony zbrojne szeregi ścigaj i siecz! Michale podnieś karzący miecz!”
Hymn Parafii Poczernińskiej po raz pierwszy usłyszałem w „zawieszonym stanie wojennym” wiosną 1983 podczas koncertu w kościele Najświętszej Marii Panny na warszawskim Nowym Mieście. Chóralny śpiew nie pozwalał wówczas na rozróżnienie słów i tylko po reakcji kościelnej publiczności domyślałem się, że zawiera sformułowania mocne, pobudzające. Jednak z nakłaniającą do rozlewu krwi wymową hymnu, zapoznałem się dopiero w końcówce XX wieku, gdy Jan przesłał mi pocztą mailową zarówno tekst, jak i nuty.
Niby „karzący miecz” świętego Michała to tylko metafora, ale w katowickim „Wujku” pobożni górnicy chwycili za kilofy , żeby ścigać i siekać wraże wojsko Jaruzelskiego. W Lubinie górnicy kopalni miedziowej w drugą rocznicę zarejestrowania „Solidarności” zebrali się tylko po to, żeby pokojowo zaprotestować przeciw gwałtowi na narodzie, ale gdy tłum napierał na kordon, jakiś młodzieniaszek, w mundurze milicyjnym i z kałasznikowem w ręku, nie wytrzymał, nacisnął na spust o zaczęła się dziać tragedia.
Ze słowami wygłaszanymi w kościele trzeba naprawdę mocno się powściągać, gdyż wiara czyni cuda. Strzałami z karabinów reżim Jaruzelskiego zabił dwanaście zaledwie osób. Jak się ma ta liczba w zestawieniu z kilkudziesięcioma zgonami imigrantów na pograniczu z Białorusią, albo ze stu pięćdziesięcioma tysiącami zgonów ponadnormatywnych w czasie epidemii COVID19, spowodowanymi opieszałością rządu w szczepieniu zapobiegawczym… No tak , ale to całkiem inna rzecz zabić człowieka z karabinu, a inna rzecz nie poddać go profilaktyce…
Wiele lat później zawiozłem Kulmów na dzień do Tomaszowa Mazowieckiego, gdzie Joanna odebrała symboliczne klucze do miasta i tytuł honorowej obywatelki. Noc spędziliśmy u proboszcza ewangelickiego kościoła katedralnego. Była kolacja na plebanii, z dziesiątkiem gatunków wędlin i serów. Ponieważ Kulmowie są niepijący i niepalący, na koniak i cygaro we dwójkę poszliśmy z księdzem do gabinetu i tam rozmowa zeszła na temat niszczejącego pałacyku Landsbergów, w którym rozsiadła się miejska biblioteka publiczna. Niczego nie sugerowałem, to ksiądz zaczął mówić o niewygodach jakie cierpieć muszą czytelnicy w rodowej siedzibie z początków XX wieku.. Istnieje już projekt wybudowania pawilonu z betonu i szkła, który mógłby pomieścić zbiory i czytelnię. Jest taka atmosfera w radzie miejskiej, że Kulmowa mogłaby pałacyk odzyskać. Ksiądz zasugerował, że trzeba tylko złożyć u prezydenta Tomaszowa podanie o zwrot nieruchomości jedynej zamieszkałej w Polsce potomkini Aleksandra Landsberga.
W powrotnej drodze do Warszawy wyliczałem zalety zamieszkania w pałacyku obok maleńkiego, przeniesionego na Mazowsze muzeum Kulmów ze Szczecina. Na fortepianie „Bechstein” koncertował w tym miejscu Artur Rubinstein, w bawialnym Julian Tuwium czytywał swoje najnowsze wiersze, na ścianach wisiały obrazy Wyczółkowskiego i rysunki Brunona Schulza.
W Warszawie Kulmowie zajmowali maleńkie jednopokojowe mieszkanie w budynku Polskiego Radia przy Noakowskiego, w którym z kuchni udało się wykroić miniaturowy pokoik. Jan miał spanie w liwingu, Joanna zaś miejsce do wypoczynku i do pracy miała na tapczaniku o wymiarze 190 cm, który ledwie zmieścił się między ścianą i ścianą. Pracowała z kolanami podkulonymi pod brodę, papierzyska i książki walały się na całej powierzchni tapczanu, ale pisała na luksusowym papierze nader kosztownym piórem marki „Schaeffers”. Jako panienka z dobrego domu, nigdy nie narzekała na niewygody.
Kulmowie mówili zawsze jednym głosem. I gdy Jan powiedział, że lokal przy Noakowskiego jest dla dwojga artystów całkiem wystarczający, nie było już dalszej dyskusji o pałacyku Landsbergów dla Fundacji im. Kulmowej. Miejsce leżenia decyduje o punkcie widzenia. Ciekawe, czy Jan nie skorzystałby z furtki, jaką otwierał dla obojga Kulmów ewangelicki ksiądz z Tomaszowa, gdyby to on musiał ze swoim komputerem pomieścić się na tapczaniku.
Jan i Joanna pochowani są w prawosławnej części Cmentarza Wolskiego z inskrypcją „Jezu, ufam Tobie”, która pojawiła się na płycie nagrobnej, zmarłej rok wcześniej Joanny Kulmowej, zaraz po pochówku Jana. Jest to gwałt, ewidentne odwołanie się do kultu św. Faustyny, od którego Joanna chociażby po śmierci, ale jednak chciała uciekać.
Jakub Kopeć
Wszystkie wpisy Jakuba TUTAJ
Kategorie: Uncategorized


Relacje o przechrzczonych Żydach/zydowkach kandydatów/tek do beatyfikacji przyprawiają mnie o ból brzucha…