
Przyszedł potworek Labubu i nas zjadł. To absolutnie postmodernistyczny, postrynkowy, metamarketingowy produkt, zredukowany do czystej formy produktowości. Istny sen Witkacego.
Historycznie rzecz biorąc, nic, co lalczane, nie jest nam obce. Poczciwe „wenuski”, pieski i kotki z gliny albo z terakoty doczekały się sążnistych opracowań. Ludyczne, wotywne, magiczne, straszliwe i pogodne, święte i wszeteczne – figurynki, lalki, maskotki, pacynki, marionetki, manekiny nie mają przed nami tajemnic. Pedagodzy i inni strażnicy wartości od dekad żyją spokojnie ze swoich doktoratów poświęconych straszliwości lalki Barbie. Myszki Miki i Prosiaczki sprzedają się dobrze.
Aż przyszedł potworek Labubu i nas zjadł. Wywrócił stolik, zaorał, zakasował i zmasakrował. Zostaliśmy z naszymi teoriami o lalkach reprezentujących, odwzorowujących, pośredniczących, zastępujących, bawiących, uczących i ożywających nocą niczym dorożkarze w bezkonnym świecie. Zagubieni, zgorszeni, rozczarowani. Bo żeby uprawiać antropologię, trzeba człowieka i kultury, a te zaraz zginą pod lawiną internetowego śmiecia i pod naporem humanoidalnych robotów.
Labubu to absolutnie postmodernistyczny, postrynkowy, metamarketingowy produkt, zredukowany do czystej formy produktowości. Istny sen Witkacego. Żadnej, nawet pozorowanej wartości użytkowej, symbolicznej, statusowej, nie mówiąc już o estetycznej. Każdy z napędów tej skrajnie jałowej, aczkolwiek skrajnie wybujałej w tym wypadku konsumpcji, jest atrapą i podróbką prawdziwej motywacji zakupów, której tutaj po prostu nie ma. Labubu nie tylko pozbawiona jest wszelkiej wartości wsobnej, lecz wartości w ogóle. Jest pożądany, kolekcjonowany, groteskowo przepłacany niby to na niby, dla żartu, ale żartu tu tak naprawdę nie ma. Ironia się nie wykształca, bo nie ma żadnego odniesienia. Nie chodzi o to, że ktoś udaje kolekcjonowanie rzadkich wersji „zabawki”. Nie chodzi o to, że ktoś udaje, że jest dzieckiem. Nie chodzi o to, że komuś podoba się laleczka, która jest słodko-straszna. Nie chodzi o to, żeby się bawić, grać, tworzyć, społeczność. Nikt nie jest ekscentryczny ani nawet nie jest idiotą, gdy płaci tysiące za koszmarnego pluszaka. Tu nie toczy się gra, nie narasta bunt, nie pręży się groźnie pure nonsens ani dada, by wysadzić nasz świat.
To wszystko się nie dzieje. W świecie, w którym nikogo nie można nazwać debilem, nie ma już debili! Nie ma też mądrości. I nie ma niczego. Ani sztuczności, ani spontaniczności. Ani powagi, ani niepowagi. Dlatego kupowanie Labubu to nie tylko nie jest żadna zabawa, lecz nawet nie jest to jakaś epidemia masowego i beznadziejnego zidiocenia. Nie oceniamy, nie rozumiemy. Płacimy, nie wymagamy. Kręcimy rolki, piszemy felietony. A ty nie myśl, że jesteś gorszy. Albo lepszy. W ogóle za dużo nie myśl.
Labubu nie ma żadnej filozofii i nie „wymyka się kategoriom”, albowiem jest puste. Mówiąc uczenie, jest czystym symulakrum, podróbką, która niczego nie podrabia, zabawką, która nie bawi, reprezentacją, która nie reprezentuje, symbolem, który nie symbolizuje. I tak dalej. Prawdziwy jest co najwyżej tylko biznes i zyski producentów Labubu i Lafufu – pseudopodróbek Labubu. „Pseudo”, bo o żadnym podrabianiu nie ma tu tak naprawdę mowy. Relacje oryginału i naśladownictwa są tu w zaniku, podobnie jak wszelkie inne.
Labubu nie jest klasycznym towarem i nie ma wartości rynkowej definiującej się w grze popytu i podaży, podkręcanej przez marketing. Labubu jest absurdem, a nie symbolem. Nie jest wirtualnym towarem, tak jak tysiące sztucznych marketingowych kreacji. Jest tak samo umowne, efemeryczne i ułudne jak fikcyjny (a raczej: fikcjonalny) jest przepływ cyferek z kont nabywców na konta sprzedawców. Chiński właściciel Labubu kolekcjonuje cyferki na koncie, bijąc na rynku pianę, tak samo, jak my kolekcjonujemy Labubu, które nie ma żadnej wartości ani sensu.
Wszystko tu jest czymś innym niż z nazwy. Nie ma kolekcjonowania, nie ma upodobania, użytkowania, gry, inwestowania itd. Wszystko to dzieje się tu jedynie tytułem naśladownictwa bez oryginału. I gdybyż Labubu było po prostu metaironiczne! Gdybyż było atrapą atrapy, grało na nosie marketingowym wydmuszkom, miało misję albo odrzucało wszelką misję w imię spontaniczności, dobrej zabawy czy innego przebrania wolności.
Ale nie. Tu idiotyzm, bezsens i skretynienie występują w postaci nagiej i oślizłej. Nie tylko brakuje sensu, ale też nie ma jak go narzucić. Nie dorobimy ideologii do Labubu. To nie Barbie! Pożądanie Barbie i pożądanie Labubu to dwie najbardziej obce sobie prowincje w krainie Erosa.
Nie ma dla Labubu miejsca w pandemonium ani w strukturze społecznej. Labubu jest wszędzie i nigdzie. Niepojęte, bo pozbawione sensu. Zupełnie jak absolut. Filozofia zna takie gagatki! Różnica, która wszystko różnicuje, wielkie X, które może być wszystkim, choć jest niczym. Nic, które musi „być”, jeśli byt ma się od niebytu oddzielić i zaistnieć. Nawet fizycy mają swoje Labubu: czarne dziury. Od teraz „czarną dziurą” nauk społecznych będzie właśnie Labubu. Gratulacje!
Jan Hartman
Kategorie: Uncategorized


Swietne, dla mnie pierwsze ale elitarne Lububu to Andy Warhol.
TekstJ Hartmana przypomina mi recenzję Lema z nienapisanej postmodernistycznej ksiazki o niczym.