
Na początku nawet chciałam w to uwierzyć. Człowiek w końcu zawsze chce mieć nadzieję, że gdzieś tam, w jakimś gabinecie, przy długim stole z mikrofonami i karafkami wody, ktoś wreszcie wymyśli rozwiązanie, którego nie było od dekad. Że tym razem będzie inaczej; że ta nowa rada, struktura zarządzania czy jakkolwiek nazwiemy tę konferencję z wielkimi nazwiskami i jeszcze większymi pieniędzmi, rzeczywiście coś zmieni. Że wreszcie ktoś nie tylko ogłosi plan, ale będzie też gotów zapłacić za niego politycznie, finansowo i militarnie. A potem zaczynamy czytać szczegóły i nagle orientujemy się, że to nie żaden plan, tylko kolejna inscenizacja.
Rada Pokoju dla Gazy. Board of Peace. Nazwa tak gładka, jakby chodziło o konferencję w luksusowym hotelu, a nie o terytorium pełne tuneli i rakiet. Czy nie byłoby pięknie usiąść przy stole, podpisać kilka dokumentów i poklepać się po ramionach drogich garniturów, byle tylko „załatwić sprawę”? Strzelić wspólne zdjęcie, podczas gdy konflikt trwający od dziesięcioleci miałby się rozwiązać sam? W tle flagi, uśmiechy dyplomatów o gładkich dłoniach i starannie wyważone zdania – tak, by nikogo nie urazić i o niczym nie powiedzieć wprost. I tylko gdzieś daleko poza kadrem, w tunelach i ruinach, nadal leży broń, której nikt nie zamierza oddać.
W komunikatach wyglądało to imponująco: miliardy na odbudowę, administracja cywilna, międzynarodowe siły stabilizacyjne i wspomniana rada. Baśniowy koniec wojny i początek nowej epoki. Tyle że ten scenariusz zaczyna się od ostatniego aktu. Jakby ktoś zapomniał, że pomiędzy wojną a odbudową istnieje jeszcze coś takiego jak zwycięstwo nad tym, kto tę wojnę prowadzi. W samym środku tej eleganckiej konstrukcji stoi przecież Hamas – uzbrojony, zorganizowany i od lat zakorzeniony w społeczeństwie: na ziemi i pod nią. To struktury, które nie znikną jutro tylko dlatego, że powstała rada z ładnym logotypem.
Chciałabym zadać pytanie, którego nikt nie ma odwagi postawić: czy przy tych długich stołach, wśród kryształowych szklanek i folderów z napisem „PEACE”, istnieje plan na to, kto rozbroi Hamas? A zaraz za nim kolejne, jeszcze bardziej niewygodne: kiedy, w jakiej formule, jaką operacją, czyimi rękami i krwią, oraz z czyjego budżetu, na litość boską?!
Na żadne z tych pytań nie ma odpowiedzi. Nie ma „kto”, nie ma „kiedy”. Jest tylko dokument, uśmiechy do kamer i miliardy zapisane w czasie przyszłym – a ten w polityce międzynarodowej bywa najtańszą walutą. Kolejne deklaracje brzmią jak przypisy, a nie plan operacyjny: kilkuset żołnierzy tu, symboliczny kontyngent tam. Może kilka tysięcy w przyszłości, najlepiej w misji „humanitarnej”, czyli takiej, która nie walczy, nie szturmuje tuneli i nie przejmuje magazynów broni, lecz jedynie rozdaje koce i zupę.
Spójrzmy na liczby, bo one są bezlitosne dla tego typu marzeń. Największą deklarację złożyła Indonezja: najpierw tysiąc żołnierzy, docelowo osiem tysięcy. Ale i tu z zastrzeżeniem: to siły stabilizacyjne, nie bojowe. Będą pilnować punktów dystrybucji, ale nie wejdą do tunelu, by powiedzieć bojownikom: „Słuchajcie chłopaki, zabawa się skończyła”. Grecja zapowiada około stu żołnierzy – to liczba wystarczająca do zabezpieczenia lotniska, a nie do rozbrajania armii w dwumilionowej strefie! Włochy i Cypr deklarują gotowość, ale bez konkretnych liczb. Znów mamy tylko eleganckie wizytówki wymieniane przy koktajlu.
Cała ta „międzynarodowa siła” wygląda jak zbiór symboli. Dla porównania: operacje w Iraku czy Afganistanie liczyły setki tysięcy żołnierzy, a i tak nie zdołały całkowicie zlikwidować struktur zbrojnych. Gaza to gęsta zabudowa, tunele i sieci lojalności, a świat odpowiada na to setką żołnierzy z jednego kraju i kilkoma tysiącami z drugiego. To nie jest rada pokoju – to szukanie igły w stogu siana, tyle że ten stóg to arsenał.
Najbardziej szczera wydaje mi się nieobecność premiera Izraela. To jedyny gest, który niczego nie udaje. Izrael wysyła ministra, jest obecny, ale Netanjahu nie jedzie. W języku dyplomacji oznacza to: „posłuchamy, ale się pod tym nie podpiszemy”. Bo jeśli ten plan się rozpadnie – a wszystko na to wskazuje – świat znowu zrobi krok w tył i powie Izraelowi, że to jego problem. Że musi zapewnić bezpieczeństwo, ale „bez strzelaniny”. I co wtedy? Znów operacje wojskowe, ofiary, nagłówki i moralne tyrady. Ci sami aktywiści, którzy dziś ekscytują się radą, jutro będą krzyczeć o brutalności, bo ich rola kończy się na haśle. Transparent nie musi rozbrajać tuneli.
Na ulicach zachodnich miast trwa równoległe przedstawienie: hasła o wolnej Palestynie i natychmiastowym pokoju. Nikt jednak nie potrafi odpowiedzieć, co stanie się dzień po spełnieniu tych postulatów. Załóżmy, że Izrael się wycofuje, powstaje administracja cywilna i nowe flagi. Czy Hamas odda broń, bo tak napisano w dokumencie? Czy bojownicy zapiszą się do urzędu pracy, a tunele zamienią w galerie sztuki? Nie. W pierwszej chwili, gdy nowa administracja spróbuje im coś narzucić, przemówi broń. Tak działa każdy konflikt, w którym istnieje organizacja silniejsza od państwa.
Po drugiej stronie sceny pojawia się Trump ze swoją wersją rady, miliardami i kolejnym „dealem”, który ma zmienić historię. W tej układance brakuje jednak kluczowego elementu: kogoś, kto faktycznie weźmie karabin i pójdzie walczyć. Pieniądze na odbudowę można zebrać na konferencji donatorów, ale wojna wymaga decyzji, które kosztują życie i władzę. I nagle entuzjazm znika. Świat chce Gazy bez Hamasu, ale bez wojny z Hamasem. Chce stabilizacji bez żołnierzy i pokoju, który „sam się wydarzy” po konferencji prasowej.
Plany Trumpa często mają żywotność newsa w mediach społecznościowych. To, co dziś jest „dealem stulecia”, jutro może być wczorajszym obiadem. Wystarczy nowy kryzys, by stary pomysł zniknął z pola widzenia. Widzieliśmy to przy Ukrainie i Iranie. Ludzie, przebudźcie się! Rzeczywistość nie reaguje na konferencje, lecz na siłę i odpowiedzialność, której nikt nie chce na siebie wziąć. Na razie mamy więc uśmiechy, uściski dłoni i miliardy zapisane w czasie przyszłym. A Hamas nadal ma broń.
Kurtyna idzie w górę, publiczność siedzi na miejscach. Wszystko wskazuje na to, że zamiast pokoju dostaniemy po prostu kolejne przedstawienie.
Kategorie: Uncategorized

