Autor: Paul Scham

Donald Trump, prawdopodobnie w pogoni za Pokojową Nagrodą Nobla, postanowił ostatecznie położyć kres wojnie w Strefie Gazy, a przy okazji, jakby na dodatek, również konflikt izraelsko-palestyński i „konflikt bliskowschodni” jako całość. Nieuchronnie doprowadziło go to do konfrontacji z Bibim Netanjahu, który dla własnych korzyści politycznych podtrzymywał wojnę w Strefie Gazy. Zmieniło to ich relacje w sposób, który sam w sobie jest interesujący i ma oczywiście bezpośredni wpływ na interakcje między Stanami Zjednoczonymi a Izraelem. Oto kilka przemyśleń na temat tych dwóch głęboko narcystycznych i niebezpiecznie potężnych mężczyzn – zapraszam Państwa do napisania własnych pytań i komentarzy, niezależnie od ich długości, na czacie.
Do niedawna Bibi wydawał się traktować Trumpa tak samo, jak Joe Bidena. Teraz, po tym jak Bibi został zmuszony do przystąpienia do 20-punktowego planu pokojowego Trumpa, jasne jest, że Trump ma obecnie większą władzę nad Netanjahu niż jakikolwiek poprzedni prezydent amerykański w stosunku do izraelskiego premiera. Podkreśla to neologizm „Bibi-sitting” opisujący jednoczesny pobyt Vance’a, Witkoffa, Kushnera i Rubio w Izraelu, który uniemożliwia mu wznowienie wojny. Jest to dobry moment, aby porównać kilka politycznych i osobistych dynamik, które doprowadziły ich do tego punktu.
Pierwsza i druga kadencja Trumpa
Trump oczywiście podążał wyjątkową ścieżką (czy ktoś pamięta „Muła” z trylogii Asimova Fundacja?). Nie mając doświadczenia politycznego, ale za to mając skłonność potentata nieruchomościowego do rozwiązywania wszystkiego szybką „umową”, był oczywiście rozczarowany swoją pierwszą kadencją, ponieważ pozwolił się ograniczyć w większości obszarów polityki przez tradycyjnych konserwatystów z jego otoczenia, których sam mianował. Próba zamachu stanu Trumpa 6 stycznia 2021 r. była symboliczna: zorganizowana amatorszczyźnie, zakończyła się całkowitą porażką, mającą tragiczne – choć krótkotrwałe – konsekwencje dla większości uczestników, z wyjątkiem oczywiście samego Trumpa.
Drugie przyjście Trumpa to zupełnie inna sprawa. Dysponując znacznymi zasobami intelektualnymi i finansowymi Heritage Foundation, które wspierały go przez cztery lata, był starannie przygotowany do pojawienia się w prime time. Od pierwszego dnia urzędowania, zgodnie z obietnicą, „zalewał strefę”, więc większość z Państwa ledwo nadąża za strumieniem informacji. Ani miotający się Demokraci, ani przytłoczone instytucje społeczeństwa obywatelskiego nie były nawet bliskie zorganizowania skutecznej – lub choćby spójnej – opozycji. Musimy jednak przyznać, że przepowiednie o zbliżającej się katastrofie finansowej nie sprawdziły się. Nie spełniły się również oczekiwania, że jego specyficzne cła wywrócą do góry nogami światowy system handlu. Porwania dokonywane przez ICE nie wywołały jeszcze masowego sprzeciwu, na który liczyli liberałowie. Reszta świata zdała sobie już sprawę, że jedynym sposobem na osiągnięcie czegokolwiek jest maksymalne schlebianie Trumpowi i została zmuszona do podążania za nim (z wyjątkiem innego dużego gracza na scenie międzynarodowej, czyli Chin).
Natomiast pozorny sukces (jak dotąd) jego polityki bliskowschodniej, opartej na czystej realpolitik i bezczelnej manipulacji, bez udziału Palestyńczyków, zaskoczył świat, w tym jego krytyków. Przewidywania, że da Izraelowi – lub Bibiemu – wszystko, czego chcą, zostały obalone przez rzeczywistość oraz jego własną relację o tym, jak powiedział Bibiemu dokładnie, co będzie mógł, a czego nie będzie mógł zrobić.
Polityka Wewnętrzna i Sytuacja w Izraelu
Inicjatywy Trumpa w polityce wewnętrznej były niestety równie skuteczne, choć głęboko błędne. Zburzył normy, bariery i precedensy, jakby nie istniały, a teraz już nie istnieją. Podobnie jak w przypadku jego rzekomego sukcesu jako biznesmena w Nowym Jorku, jego bezczelna zuchwałość wprawiła przeciwników w zakłopotanie. Jego baza wyborcza MAGA, choć regularnie przewiduje się, że wkrótce go opuści, w większości pozostała lojalna. Chociaż jego popularność w sondażach pozostaje stosunkowo niska, wydaje się to w dużej mierze nieistotne. Dzięki jego planom kompleksowego gerrymanderingu czerwonych stanów, które obecnie płynnie przechodzą przez republikańskie legislatury, może on być obecnie na najlepszej drodze do utrzymania kontroli nad obiema izbami Kongresu w 2026 r. i, prawdopodobnie, również w 2028 r. Biorąc pod uwagę, jak wiele udało mu się zniszczyć i zmienić w ciągu 9 miesięcy, a także niezdolność społeczeństwa obywatelskiego i Partii Demokratycznej do zorganizowania skutecznej obrony, to on ma przewagę. Sądy tylko sporadycznie przerywały tę ofensywę, a nadchodząca fala orzeczeń Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych prawdopodobnie nie powstrzyma, a nawet całkowicie poprze jego niezliczone nadużycia.
Natomiast Bibi miał znacznie mniejsze znaczenie, z wyjątkiem sfery czystego niszczenia życia i infrastruktury w Strefie Gazy, a także tego, co pozostało z humanitarnego i uniwersalistycznego etosu Izraela. Jego następne wybory odbędą się w październiku 2026 r. i wydaje się, że nie ma wątpliwości, że odbędą się one zgodnie z planem i będą wolne i uczciwe. Wybory izraelskie, których format pozostaje w dużej mierze niezmieniony od 1949 r., wydają się trudniejsze do podważenia niż wybory w Stanach Zjednoczonych miesiąc później, a wielopartyjny ekosystem polityczny Izraela sprawia, że większa liczba osób obserwujących ten proces prawdopodobnie zapobiegnie korupcji. Zestawienie ostatnich sondaży pokazuje, że jego koalicja prawdopodobnie nie wygrałaby następnych wyborów, gdyby odbyły się one dzisiaj.
Do tego roku Amerykanie gratulowali sobie, że ich demokracja jest odporna na niszczycielskie działania, których doświadczyły nowsze demokracje, takie jak Rosja, Węgry, Turcja i Indie. Przez cztery lata myśleliśmy, że wytrzymaliśmy wszystko, co Trump mógł nam zgotować. Chociaż druga kadencja Trumpa byłaby dla Państwa zła, przetrwalibyście, a może nawet rozkwitliście. Myśleliście błędnie. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jakie Stany Zjednoczone wyłonią się spod niszczycielskiej kuli Trumpa.
Porównanie Skuteczności Autorytaryzmu
Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że Bibi, mimo że sprawuje urząd znacznie dłużej i posiada znacznie większe umiejętności polityczne, wywrócił izraelską demokrację do góry nogami znacznie mniej skutecznie niż Trump wpłynął na Stany Zjednoczone. Pierwotna „reforma sądownictwa” Bibiego, która miała przebiegać tak gładko, jak Putin sądził, że przebiegnie jego inwazja na Ukrainę, napotkała nieoczekiwanie silny i skuteczny opór. W ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2023 r. na ulice wyszły setki tysięcy Izraelczyków, stanowiących niektóre noce nawet 10% populacji, i uniemożliwiły przeforsowanie większości „reform” w Knesecie. Natomiast mimo że 18 października protest „No Kings” zgromadził na ulicach około 7 milionów Amerykanów, wydaje się, że miał on znacznie mniejszy wpływ. Oczywiście Izrael jest znacznie mniejszy i istnieje „centrum” (tj. Tel Awiw), które można zapełnić do granic możliwości, w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, ale czy nie ma skutecznego sposobu na walkę tutaj?
Bibi był w stanie wywrzeć znacznie mniejszą władzę niż Trump. Pomimo częstych okrzyków uwielbienia „Bibi Melekh Yisrael” (król Izraela) w niektórych częściach kraju (tj. poza Tel Awiwem), nie udało mu się jeszcze zniszczyć izraelskiej demokracji. Większość prerogatyw Sądu Najwyższego pozostaje nienaruszona, podobnie jak niezależny Prokurator Generalny, mianowany przez nieżyjący już rząd zmian, który jest dla Bibi poważnym utrapieniem. Jego jedynym ostatnim sukcesem było mianowanie nowego dyrektora bezpieczeństwa wewnętrznego (Shin Bet) o najwyraźniej w pełni mesjanistycznym światopoglądzie, którego rozległe uprawnienia, jeśli zostaną w pełni wykorzystane, mogą stanowić poważny cios dla przeciwników Bibi. Jak on i Bibi wykorzystają je w najbliższej przyszłości, pozostaje kwestią otwartą.
Dziedzictwem Bibiego nie będą tak bardzo zniszczone instytucje demokracji, ale raczej konieczność zmierzenia się z ogromnymi i obejmującymi całe pokolenia konsekwencjami 7 października i wojny w Strefie Gazy. Natomiast Stany Zjednoczone mogą stanąć w obliczu świata, w którym jest mniej wojen, ale demokracja jest poważnie osłabiona, reputacja zniszczona, a gospodarka uległa transformacji na gorsze.
Ci sami z jednej paczki
Bibi i Trump, pomimo dzielących ich różnic, są jednak dwoma groszkami w autorytarnej strączce, do której należą również Modi z Indii, Erdogan z Turcji, Putin z Rosji i Orban z Węgier. Są to „demokratyczne państwa w fazie regresu” lub „konkurencyjne autokracje”, rządzone przez „silnych mężczyzn”. Izraelczycy, mimo że są teraz znienawidzeni przez większość świata (a może tylko ich rząd?), a ich premier jest zmuszany przez Stany Zjednoczone do pokoju, którego nie chce, mogą nadal zachować bardziej funkcjonalną demokrację niż którekolwiek z tych innych narodów. Pozostaje pytanie: co z tym zrobią?
Or la’goyim („światło dla narodów”)? Prawdopodobnie nie w tym stuleciu.
Trump i Netanjahu: dwie strony tej samej monety?
Kategorie: Uncategorized

