Benjamín Labatut

Niemiecki fizyk Albert Einstein z Paulem Ehrenfestem odwiedzający Pietera Zeemana w Amsterdamie (Fot. ARCHIVIO GBB / Alamy Stock Photo / BEW)
Jako fizyk Ehrenfest nie dokonał żadnych przełomowych odkryć, cieszył się jednak szacunkiem takich gigantów, jak Niels Bohr, Paul Dirac i Wolfgang Pauli. Albert Einstein napisał, że już kilka godzin po poznaniu Paula poczuł, iż ich „pragnienia i aspiracje doskonale do siebie pasowały.
Fragment książki „Maniak” Benjamina Labatuta (tłum. Jarek Westermark, Wyd. Czarne).
_____________
Rankiem 25 września 1933 roku austriacki fizyk Paul Ehrenfest wszedł do położonego w Amsterdamie Instytutu Pedagogicznego Profesora Jana Waterinka dla Upośledzonych Dzieci, wyciągnął pistolet, strzelił w głowę swojemu piętnastoletniemu synowi Wasilijowi, a potem popełnił samobójstwo.
Śmierć Paula była natychmiastowa, ale Wasilij, chłopak z zespołem Downa, umierał w męczarniach przez długie godziny, zanim jego zgon stwierdzili ci sami lekarze, którzy dbali o niego, odkąd przybył do Instytutu w styczniu tego samego roku.
Ojciec przywiózł go do Amsterdamu, ponieważ uznał, że w dotychczasowej klinice znajdującej się w Jenie, w samym sercu Rzeszy Niemieckiej – gdzie przebywał niemal dziesięć lat – przestało być dla niego bezpiecznie od momentu dojścia do władzy nazistów.
Wasilij, czy raczej Wasik, bo tak go nazywano, musiał przez całe swoje krótkie życie mierzyć się z niepełnosprawnością umysłową i fizyczną. Albert Einstein, który kochał jego ojca jak brata i często odwiedzał dom Ehrenfestów w Lejdzie, mówił na niego „cierpliwy mały pełzaczek”, chłopiec poruszał się bowiem z ogromnym trudem, a kolana czasem bolały go tak bardzo, że nie mógł ustać. Mimo to ani na chwilę nie tracił bezgranicznego entuzjazmu – aby powitać ulubionego „wujka” przy drzwiach, czołgał się po dywanie, ciągnąc za sobą bezużyteczne nogi. Choć większość życia spędził w ośrodkach medycznych, pozostawał radosny i pogodny. Często słał rodzicom pocztówki przedstawiające urokliwe niemieckie pejzaże, a także długie listy. Niepewną ręką opisywał swoją codzienność: opowiadał o pobieranych naukach, o chorobie najlepszego przyjaciela i o tym, że zakochał się nie w jednej, ale w dwóch koleżankach z klasy, jak również w nauczycielce, pani Gottlieb, najczulszej i najwspanialszej osobie na całym świecie – ta ostatnia myśl poruszyła jego ojca do łez, ponieważ Paul Ehrenfest sam był przede wszystkim nauczycielem.
Paula przez całe życie nękały napady melancholii, przeradzającej się niekiedy w ciężką depresję. W dzieciństwie był słabym, chorowitym chłopcem, tak samo jak później jego syn. Kiedy nie tamował akurat krwotoków z nosa, nie zmagał się z astmatycznym kaszlem i nie dyszał ciężko po ucieczce przed bandą szkolnych dręczycieli – „Ogon ośli, ogon krowi, zaniesiemy je Żydkowi!” – regularnie symulował inne dolegliwości: gorączkę, katar albo ból brzucha, żeby tylko zostać w domu, w objęciach matki, chroniony przed całym światem, całkiem jakby mały Paul, najmłodszy z pięciu braci, przeczuwał, że matka umrze, gdy będzie miał dziesięć lat, oraz że jego wcześniejsze cierpienia okażą się jedynie wstępem, preludium do straty, o której nie śmiał ani myśleć, ani mówić, przerażony, że jeśli znajdzie w sobie odwagę, aby ją wyartykułować, jeśli wypowie słowa na głos, to śmierć matki wyjdzie mu na spotkanie niczym przyzwany upiór. Pozostawał więc cichy, lękliwy, smutny.
Dźwigał ciężar, jakiego nie powinno nieść żadne dziecko, ciężar mrocznego przeczucia.
I to przeczucie pozostało z nim już po utracie matki oraz sześć lat później po śmierci ojca; towarzyszyło mu niczym dźwięk odległych dzwonów aż do dnia, kiedy w wieku pięćdziesięciu trzech lat popełnił samobójstwo.
Chociaż Paul z trudem radził sobie zarówno z własnymi emocjami, jak i z otaczającym go światem, był zdecydowanie najzdolniejszym członkiem swojej rodziny i najlepszym uczniem w każdej grupie, do której trafił.
Przyjaciele go lubili, koledzy szanowali, a nauczyciele cenili, nic z tego nie mogło jednak wzmocnić jego poczucia własnej wartości. Nie był introwertykiem – przeciwnie, chętnie dzielił się wiedzą i często bawił słuchaczy, prezentując przy tym szeroką wiedzę oraz wykorzystując niezwykłą umiejętność przekładania nawet najtrudniejszych idei na powszechnie zrozumiałe obrazy i metafory.
Z łatwością łączył koncepcje z różnych dziedzin, poznawanych w coraz to nowych książkach, którymi karmił swój żarłoczny intelekt.
Paul potrafił chłonąć całą otaczającą go rzeczywistość, przyswajał wszystko bez wyjątku. Jego umysł był całkiem porowaty, pozbawiony może jakiejś kluczowej membrany – świat nie tyle go interesował, ile atakował jego jaźń nieskończoną wielością form.
Ten brak naturalnych zabezpieczeń sprawiał, że Paul zdany był na łaskę i niełaskę informacji nieustannie pokonujących jego barierę krew–mózg. Nawet kiedy uzyskał już tytuł doktorski i stał się powszechnie uznanym wykładowcą – następcą wielkiego Hendrika Lorentza na stanowisku kierownika katedry fizyki teoretycznej na Uniwersytecie w Lejdzie – prawdziwą radość odczuwał tylko w jednej sytuacji: kiedy niósł pomoc innym. Jak stwierdził jeden z wielu jego ulubionych studentów, „Ehrenfest rozdawał wszystko, co było w nim żywe i aktywne”, a czasem wydawał się
wyjawiać każde swoje odkrycie i każdą obserwację, nie zostawiając nic dla siebie, nie budując własnej wewnętrznej twierdzy.
Poszukiwania „der springende Punkt”
Jako fizyk Ehrenfest nie dokonał żadnych przełomowych odkryć, cieszył się jednak szacunkiem takich gigantów, jak Niels Bohr, Paul Dirac i Wolfgang Pauli. Albert Einstein napisał, że już kilka godzin po poznaniu Paula poczuł, iż ich „pragnienia i aspiracje doskonale do siebie pasowały”.
Przyjaciele Paula doceniali nie tylko jego zdolności intelektualne i analityczne, lecz także pewne cnoty bardzo rzadko spotykane wśród ludzi wielkich: silny kręgosłup moralny oraz głębokie czy nawet przytłaczające pragnienie pojęcia istoty każdej rzeczy.
Ehrenfest niestrudzenie poszukiwał tego, co nazywał der springende Punkt, punktem wybicia, czyli sednem sprawy, ponieważ rezultat uzyskany wyłącznie dzięki wykorzystaniu logiki nigdy go nie satysfakcjonował. „To jak taniec na jednej nodze – tłumaczył – podczas gdy sedno tkwi w rozpoznaniu wszelkich połączeń, znaczeń i odniesień”.
Wedle Ehrenfesta pełnego zrozumienia doświadcza się całym ciałem, całą istotą, a nie tylko umysłem czy rozumem. Był ateistą i wiecznym sceptykiem, a prawdę definiował tak wąsko, że czasem stawał się tematem żartów swoich kolegów. Kiedy w 1932 roku na zakończenie spotkania ponad trzydziestu najwybitniejszych europejskich fizyków w kopenhaskim Instytucie Nielsa Bohra wystawiono parodię Fausta, aby uczcić setną rocznicę śmierci Goethego, w roli wielkiego naukowca Henryka Fausta obsadzono właśnie Paula.
Nie dawał się on przekonać Mefistofelesowi, granemu przez Wolfganga Pauliego, że neutrino, cząsteczka elementarna, której teorię istnienia niedawno zaproponowano, naprawdę występuje w przyrodzie.
Paula nazywano Sumieniem Fizyki, a choć był to pseudonim po części złośliwy, nawiązujący do uporu, z jakim w pierwszych dekadach XX wieku sprzeciwiał się zmianom zachodzącym nie tylko w jego dyscyplinie, ale też w całym świecie nauk ścisłych, wielu współpracowników i tak regularnie odwiedzało go w Lejdzie, w domu, który od uniwersytetu oddzielała rzeka, aby przedstawiać swoje pomysły zarówno samemu Paulowi, jak i jego żonie.
Tatiana Aleksiejewna Afanasjewa była bowiem wybitną matematyczką. Współtworzyła wiele z najistotniejszych prac naukowych Ehrenfesta (choć jej wkład pozostał niemal całkiem niezauważony), w tym tę, dzięki której zyskał rozpoznawalność, a ostatecznie stał się następcą powszechnie szanowanego Lorentza – przeglądowy artykuł poświęcony mechanice statystycznej, stanowiącej ulubiony temat Ludwiga Boltzmanna (mentora Paula i późniejszego samobójcy).
Boltzmann był jednym z głównych orędowników teorii atomistycznej, prawdziwym pionierem w tej dziedzinie. Jako pierwszy odkrył znaczenie prawdopodobieństwa dla zachowania i właściwości atomów.
Podobnie jak Ehrenfest Boltzmann również wiódł niespokojne, smutne, pełne cierpienia życie: musiał znosić naprzemienne napady manii i depresji, pogłębiane przez opór, z jakim spotykały się jego wizjonerskie idee.
Ernst Mach, zatwardziały pozytywista, przekonany, że fizycy powinni traktować atomy jako konstrukty czysto teoretyczne (ponieważ w tamtych czasach nie było bezpośrednich dowodów na ich istnienie), nieprzerwanie dręczył i wyśmiewał Boltzmanna, wielokrotnie przerywając jego wykłady, by zadać złośliwe pytanie: „A widział pan kiedyś atom?”.
Byk – jak przyjaciele nazywali Boltzmanna ze względu na masywną posturę i uparty charakter – ciężko znosił zajadłość, z jaką go krytykowano. Choć sformułował jedno z fundamentalnych równań współczesnej fizyki, interpretację statystyczną drugiej zasady termodynamiki, to w życiu prywatnym nie mógł uciec przed postępującą powoli, lecz nieubłaganie chorobą psychiczną, która zdawała się – niczym uchwycona w owym przełomowym równaniu entropia – rosnąć nieustannie i nieodwracalnie i przynosić rozkład oraz chaos.
Współpracownikom wyznał, jak bardzo boi się, że pewnego dnia postrada zmysły w samym środku wykładu.
Pod koniec życia ledwie oddychał, męczony przez astmę. Wzrok pogorszył mu się do tego stopnia, że nie mógł czytać, a ze względu na nieznośne bóle głowy, w tym migreny, lekarz zakazał mu prowadzenia działalności naukowej. We wrześniu 1906 roku, podczas wakacyjnego wyjazdu do Duino, Boltzmann przerzucił krótką linę przez ślemię w oknie Hotelu Ples i powiesił się, podczas gdy jego żona i młoda córka pływały w spokojnych turkusowych wodach Adriatyku.
***
Tekst jest fragmentem książki „Maniak” Benjamina Labatuta, tłum. Jarek Westermark, Wydawnictwo Czarne (tytuł, lead i śródtytuły od redakcji).
Geniusz, który nie udźwignął zmierzchu fizyki klasycznej. Samobójstwo Paula Ehrenfesta
Kategorie: Uncategorized


Mam wrażenie że tytuł tego tekstu nie odpowiada głębokiej prawdzie. W 1933 roku trend nazistowski był już wystarczająco silny aby odebrać wszelkie złudzenia światłym Żydom.
Mając nieuleczalnie chorego syna w instytucji medycznej Paul Ehrenfest prawdopodobnie wiedział na co hitlerowcy skazują niepełnosprawnych i nie miał żadnej nadziei co do przyszłości syna, swojej własnej ani swojego narodu. Depresyjny charakter mógł skłonic go dodatkowo do dramatycznego gestu który zapewne oceniał jako najlepsze wyjście z tej tragicznej rzeczywistości. Nie mógł przewidzieć że syn umrze w cierpieniach. Mysle ze autorowi publikacji zabrakło wyczucia i zrozumienia sytuacji Żydów w hitlerowskich Niemczech i wolał podeprzeć się sensacyjnym tytułem.
To dodaje jeszcze więcej smutku w całej sprawie.