
Niniejsze wspomnienie poświęcone jest szlachetnym osobom, które potrafiły „tańczyć w deszczu”, a którym los zgotował niezwykle ciężkie przeżycia.
Motto:
„Czy wiesz, że od dziś właśnie będziemy kroczyć tą samą drogą? Że Bóg nas złączy, a łaski Jego nam w naszym wspólnym życiu pomogą”.
W Szkole Podstawowej nr 7 w Sopocie, w roku 1962, moją nauczycielką historii została pani mgr Krystyna Adolph. Przyszła do nas bardzo doświadczona przez los – w czasie okupacji straciła męża i syna, a jej córka Hanna, studentka ostatniego roku medycyny, zginęła w tragicznym wypadku motocyklowym. Pani Adolph została więc na starość – będąc już tuż przed emeryturą – sama jak przysłowiowy palec.
Co więcej, w tamtych komunistycznych czasach nauczycielka ta była kopalnią wiedzy. Pozostawała krytycznie nastawiona do tego, co przyniosło nam „radzieckie wyzwolenie”, choć – jak większość z nas – nie mogła otwarcie wyznać całej prawdy. Pochodziła z Wilna i wymagała od uczniów bardzo dużo. Jej lekcje nie były zwykłymi zajęciami; były to wykłady na poziomie uniwersyteckim – porywające, ale przeznaczone raczej dla pasjonatów niż dla dziesięcio- czy dwunastolatków.
Z drugiej strony, nawet dzieci chciały znać prawdę i dopytywały o nią innych nauczycieli. Ci, którzy podążali oficjalną linią ideologiczną, zbywali ich lub powielali zniekształcone wersje historii. Rodzice z kolei niejednokrotnie bali się wypowiadać na tematy „niebezpieczne”. I nagle pojawiła się pani Adolph ze swoimi rewolucyjnymi lekcjami. Mówiąc prawdę prosto w oczy, narażała się wielu osobom. Tym bardziej że otwarcie krytykowała autorów oficjalnych podręczników, potrafiąc dosadnie stwierdzić, że dany profesor to głupiec.
Z perspektywy czasu widzę, że poziom tych podręczników był dostosowany do wieku uczniów oraz oficjalnej doktryny władz. Profesorowie, którzy je pisali, musieli dostosować się do wymogów partii – nie byli głupcami, lecz raczej „strusiami”, którzy dla zachowania stanowisk fałszowali historię. Wszyscy wokół byli wstrząśnięci jej odwagą. Nawet wiele lat później, studiując historię na UAM, słyszałam od profesorów, że w PRL-u jedynie historia Polski do czasów średniowiecza nie została całkowicie sfałszowana, oraz że choć fakt pozostaje faktem, najważniejsze jest jego „naświetlenie”.
A pani Adolph mówiła prawdę o Chmielnickim, wspominała cmentarz na Rossie, gdzie spoczywa matka i serce Piłsudskiego… Założyła koło historyczne, na którym poznawaliśmy mitologię grecką – co było dla nas wtedy zupełną nowością.
Według informacji, które dotarły do mnie znacznie później, dyrektorka jednego z liceów doprowadziła do jej usunięcia ze szkoły tuż przed emeryturą. Z relacji absolwentów VIII LO w Gdańsku wynika jednak, że pani Adolph tam pracowała i cieszyła się wielkim szacunkiem. „I taki wybitny nauczyciel został skierowany do podstawówki” – tak brzmiała opinia innej odważnej nauczycielki, pani mgr K. Katafiasz z II LO w Sopocie. Trudno się dziwić – ówczesna władza ufała członkom partii, a pani Adolph do niej nie należała.
Strach padł na uczniów i rodziców, gdy nagle wszyscy zaczęli otrzymywać oceny niedostateczne – wszyscy oprócz mnie. Dla pani Adolph większość uczniów była „analfabetami” lub „osiołkami”. Ja natomiast pilnie notowałam jej wykłady, czytałam dodatkowe lektury i odwiedzałam biblioteki. Historia i języki obce były moją pasją.
Kiedy zmarł mój ojciec, a mama poważnie zachorowała, wraz z siostrą trafiłyśmy na krótko do domu opieki. To tam otrzymałam od pani Adolph dwie paczki ze słodyczami i piękną książkę z dedykacją, którą mam do dziś. Widząc opakowania czekolad z obcojęzycznymi napisami, zastanawiałam się, skąd ona to bierze – w PRL-u trudno było o takie rarytasy. Nie wiedziałam wtedy, że te produkty pochodziły z Izraela.
Pani Adolph była głęboko wierzącą katoliczką; często widywałam ją w kościele Gwiazda Morza w Sopocie. Dopiero po latach dowiedziałam się, że w czasie wojny ukrywała dwie Żydówki, bliźniaczki i swoje byłe uczennice. Obie – Monika i Lydia Guskin – przeżyły wojnę. Pani Lydia (później zamężna Aron) została profesorem buddyzmu na Uniwersytecie w Jerozolimie. To właśnie te byłe uczennice, wdzięczne za ocalenie w majątku pod Wilnem, ufundowały pani Adolph wycieczkę do Włoch. Pani Krystyna potrafiła o Italii opowiadać z taką pasją, że zaszczepiła we mnie bakcyla turystyki na całe życie.
W latach 80., gdy w Polsce brakowało wszystkiego, odwiedziłam moją dawną nauczycielkę w Sopocie. Zapytałam, czy czegoś jej potrzeba. Odpowiedziała, że pomaga jej pani Pawluc – nauczycielka WF-u z tej samej szkoły (którą my zapamiętaliśmy jako osobę surową, nazywającą mniej sprawnych uczniów „patałachami”). Na trzy lata przed śmiercią pani Krystyna Adolph została odznaczona medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.
W naszej szkole nie było szykan wobec uczniów pochodzenia żydowskiego, być może dlatego, że po prostu o tym pochodzeniu nie wiedzieliśmy. O losie jednego z nich, Ryszarda Friedlendera z klasy B, dowiedziałam się przypadkiem dopiero wczoraj, przeglądając aplikację cmentarza komunalnego w Sopocie. Zapamiętałam go jako niezwykle urodziwego, dobrze wychowanego chłopca. Brał aktywny udział w akademiach i kole teatralnym. Jego matka, dr Friedlender, była szanowaną dentystką przy ul. Westerplatte. Pacjenci wspominali ją jako osobę niezwykle sumienną – w przeciwieństwie do jej następczyni, która pacjentów traktowała jak intruzów przerywających jej rozwiązywanie krzyżówek.
Istnieje smutna analogia między losem Rysia a losem córki pani Adolph. Hanna Adolph zginęła na ostatnim roku medycyny. Ryszard również zginął tragicznie w wypadku samochodowym 6 lipca 1980 roku, będąc już po studiach. Zginął wraz ze swoją narzeczoną, również studentką medycyny.
W sieci można znaleźć tragiczne, ale i pełne nadziei wspomnienia matki narzeczonej Rysia, pani Loss-Fisior (ur. 1927), zatytułowane: „Przeszłość jest dla mnie teraźniejszością”. Opisuje w nich „promyki słońca” – nazwiska Polaków, którzy ratowali jej rodzinę w czasie wojny.
Amerykańska artystka Vivian Greene powiedziała kiedyś:
„W życiu nie chodzi o to, aby czekać, aż burza minie. Chodzi o to, by nauczyć się tańczyć w deszczu”.
Osoby, którym poświęciłam to wspomnienie, nie czekały, aż burza minie. One potrafiły tańczyć w deszczu.
| Bogumila Gruggel |
Kategorie: Uncategorized

