
Autor: Bob Goldberg
Zaangażowanie Żydów w budowę własnego państwa – ukształtowane przez tysiąclecia dążeń do suwerenności, buntów i determinacji – jest zarazem magnesem przyciągającym wrogość, jak i jedyną niezawodną tarczą gwarantującą przetrwanie. Odmowa rozpłynięcia się w społeczeństwach przyjmujących lub podporządkowania się ponadnarodowym normom budzi sprzeciw, stanowi bowiem wyraz bezkompromisowej samostanowczości.
W amerykańskiej polityce owa wrogość płynie dziś w żyłach Partii Demokratycznej. Z nielicznymi wyjątkami, takimi jak John Fetterman, Demokraci coraz częściej portretują Trumpa jako marionetkę Netanjahu, przedstawiając wsparcie USA dla Izraela jako uległość wobec obcych wpływów. Gavin Newsom zarzeka się, że nigdy nie przyjmie funduszy od AIPAC, nazywa Izrael „państwem apartheidu” i ostrzega przed koniecznością rewizji sojuszu. Chris Van Hollen piętnuje AIPAC jako organizację, która nie jest ani proamerykańska, ani proizraelska, lecz po prostu „destrukcyjna”. Jednocześnie Elizabeth Warren uznaje uderzenia USA i Izraela na Iran za „niebezpieczne i nielegalne”, a Alexandria Ocasio-Cortez oskarża Izrael o ludobójstwo w Strefie Gazy. To nie jest zwykła debata polityczna – to panika moralna wywołana faktem, że państwo żydowskie odmawia przeprosin za swoje istnienie.
Politycy ci są odurzeni narkotykiem postępowego marzenia: wizją świata rządzonego zasadami sprawiedliwości społecznej, pozbawionego stref wpływów, sojuszy, granic i twardej równowagi sił. Aby zrealizować tę fantazję, muszą zdusić potęgę tych, którzy stoją jej na drodze: Ameryki i Izraela.
„Zbrodnia” Izraela jest prosta: państwo to odmawia współpracy w imię utopii. Trzyma się realizmu – strategii prewencji, odstraszania i bezkompromisowej walki o byt – ponieważ alternatywą jest zagłada. Czekanie na „bezpośrednie zagrożenie” nie jest dla Izraela roztropnością, lecz samobójstwem ubranym w szaty paragrafów.
Ten krępujący kaftan bezpieczeństwa próbuje się narzucić wyłącznie Izraelowi. Prezydent Clinton podejmował działania prewencyjne w Somalii, na Haiti, w Bośni i Kosowie. Obama uderzał w talibów i doprowadził do obalenia dyktatury w Libii. W tych przypadkach rzadko domagano się idealnego konsensusu czy precyzyjnej strategii wyjścia. Tylko Izrael słyszy pouczenia, że prewencja jest niemoralna.
Dziś Jerozolima odpowiada na to wyzywająco. 28 lutego 2026 roku – według kalendarza hebrajskiego 11 adar 5786 – Izrael rozpoczął operację „Ryczący Lew” wymierzoną w irańskie obiekty nuklearne i militarne. Data nie była przypadkowa. To Dzień Tel Hai, rocznica ostatniej bitwy Josepha Trumpeldora z 1920 roku. Trumpeldor, jednoręki bohater syjonistyczny, poprowadził garstkę osadników w Galilei przeciwko przeważającym siłom arabskim. Śmiertelnie ranny, wypowiedział słowa, które przeszły do legendy: „Dobrze jest umrzeć za swój kraj”.
Pomnik Ryczącego Lwa, wzniesiony nad grobami Trumpeldora i siedmiu poległych towarzyszy, upamiętnia ten opór – kamienna bestia rycząca ku niebu symbolizuje niezłomność Żydów w obliczu anihilacji. Nazywając ataki z 2026 roku imieniem tego monumentu, Izrael ogłosił: nie będziemy czekać, aż pętla się zaciśnie. To my ryczymy pierwsi.
Tę samą prawdę rozumiał Dawid Ben Gurion. W latach 30. i 40. obserwował, jak arabscy nacjonaliści sprzymierzają się z nazistami – jak Al-Haddż Amin al-Husajni rekrutował w Berlinie oddziały SS, domagając się rozszerzenia „ostatecznego rozwiązania” na Palestynę, czy jak Raszid Ali al-Kilani dokonał zamachu stanu w Iraku przy wsparciu niemieckiej broni.
Ben Gurion ostrzegał, że faszystowskie sympatie mogą zmienić Bliski Wschód w bastion nazizmu, skazując Jiszun (społeczność żydowską) na zagładę. Choć nie wszyscy Arabowie poparli Oś, ryzyko wymagało od Żydów zbrojnej samoobrony.
Dylemat ten sprawił, że sprawa pilnej imigracji i walki z nazizmem (do 1945 roku 26 tysięcy Żydów z Palestyny wstąpiło do armii brytyjskiej, tworząc Brygadę Żydowską) stanęła w sprzeczności z brytyjską „białą księgą” z 1939 roku, która ograniczała aliję (imigrację), by uspokoić Arabów. Ben Gurion uznał to za zdradę. Jego słynna dewiza – „Będziemy walczyć z białą księgą, jakby nie było wojny, i walczyć w wojnie, jakby nie było białej księgi” – doprowadziła do zorganizowania nielegalnej imigracji (Alija Bet), uzbrojenia Hagany i zawarcia porozumienia Haavara, dzięki któremu uratowano 60 tysięcy niemieckich Żydów. Podczas konferencji w Biltmore w 1942 roku zażądał utworzenia państwa żydowskiego. Bez tych prewencyjnych kroków Afrika Korps Rommla, Syria Vichy i iraccy spiskowcy starli by Jiszun z powierzchni ziemi. Realizm Ben Guriona pozwolił stworzyć państwo w cieniu nadciągającej Zagłady.
Proces z Oslo był liberalną pokusą: ofertą wymiany ziemi za pokój i powierzenia bezpieczeństwa wrogom, co do których zakładano, że ulegną perswazji moralnej. Rezultat? Druga intifada, tysiąc zabitych Izraelczyków i rządy Hamasu w Gazie. Izrael stał się silniejszy dopiero wtedy, gdy porzucił złudzenia – budując bariery, redukując liczbę ataków o 90% i stawiając na odstraszanie oraz uderzenia wyprzedzające. Doktryna „bezpośredniego zagrożenia”, wymuszana na Izraelu przez dekady, jedynie go osłabiała – podobnie jak wahania alianckie przedłużyły Holokaust. Zagrożenia narastają stopniowo, aż stają się niemożliwe do opanowania. Prewencja to nie lekkomyślność, to antidotum.
Obsesja na punkcie „jasnej strategii wyjścia” to farsa. Czy perswazja moralna rozbroiła Kadafiego lub powstrzymała ambicje Iranu? Nie – zrobił to strach przed siłą. Państwa zbójeckie ignorują dyplomację; międzynarodowe protokoły służą jedynie krępowaniu rąk USA i Izraelowi.
Przykładem tej postawy jest gubernator Pensylwanii, Josh Shapiro. 28 lutego 2026 roku potępił on wspólne uderzenia Trumpa i Izraela na Iran jako „jednostronne” i narażające żołnierzy bez poparcia „szerokiej koalicji”. Ten dumny ze swojego pochodzenia żydowski demokrata domaga się dziś zgody społeczności międzynarodowej, podczas gdy sojusznicy Iranu szykują się do ataku. Zagrożenie nie jest „bezpośrednie” – jest chroniczne. Shapiro woli jednak komfort koalicyjnej bierności od zdecydowanego ryku.
Odmowa Izraela, by zrezygnować z twardej państwowości, budzi wrogość, ale ratuje życie. Jest on zarazem piorunochronem i kołem ratunkowym. Bez realizmu Ben Guriona Izrael byłby mały, biedny i słaby – łatwy łup dla sąsiadów. Dzięki niemu jest potęgą, która daje schronienie milionom i dysponuje najnowocześniejszą armią świata. W hobbesowskim świecie nie jest to arogancja, lecz mądrość. Liberalne marzenia bywają piękne, ale piękno nie chroni przed złem. Chroni przed nim uparty, izraelski realizm.
Dlaczego lewica nie toleruje broniącego się państwa żydowskiego?
Kategorie: Uncategorized

