Ciekawe artykuly

Setki młodziutkich ortodoksyjnych Żydówek trafiło z Polski prosto do brazylijskich burdeli

Jeszcze do niedawna na samo wspomnienie w środowisku żydowskim o „Polacas” wszyscy reagowali alergicznie: Zostawmy ten temat, po co tego dotykać

Jego rodzina na ciebie nie czekała, tak jak obiecywał?

– Rodzina? Tak, była rodzina. Gdy przypłynęłam z Polski do Rio de Janeiro, przywitała mnie taka jedna. Powiedziała, że jest jego kobietą i że ja przybyłam tu, żeby pracować jako dziwka.

Tak mówi Esther, oparta o plecy drugiej, bardziej doświadczonej prostytutki w spektaklu teatralnym „As Polacas – Flores do Lodo” (Polacas – kwiaty w bagnie), który wyreżyserował na podstawie swojego własnego tekstu Joao das Neves. Ta historia podbija serca brazylijskiej widowni Teatru Centro Cultural Banco do Brasil. Esther to jedna z dziewczyn z Polski, którym elegancki i wyglądający na pobożnego Żyd obiecał w Brazylii ślub, religijne życie i odmianę nędznego losu. Gdy dotarło do niej, że rodzice w najlepszej wierze pchnęli ją w ręce nie księcia z bajki, ale stręczyciela, było już za późno.

Ta historia wydarzyła się naprawdę. I dotyczyła setek kobiet.

Z OTWOCKA DO RIO DE JANEIRO

W Inhaúma, na przedmieściach w Strefie Północnej Rio de Janeiro, jest niezwykły cmentarz. 797 zaniedbanych grobów. Na wielu nie ma nawet imienia, tylko numer niedbale wypisany czarnym markerem, choć gdzieś w papierach nazwiska zmarłych podobno figurują. To tu pochowane są „Polacas”. Nawet dojechać tu niełatwo, bo ta część miasta obrosła wyjątkowo mrocznymi slumsami, a taksówkarz, jeśli w ogóle zgodzi się na kurs, pędzi nerwowo i nie pozwala otworzyć okna.

„Polacas” na przełomie XIX i XX w. płynęły do lepszego życia w baśniowym Rio de Janeiro. O czym mogła myśleć taka Esther, wsiadając na statek? Że już nigdy nie będzie głodna? A może nieśmiało wyobrażała sobie romantyczną noc poślubną? Jeśli w ogóle cokolwiek potrafiła sobie wyobrazić, bo przecież w jej ultrareligijnej i niewykształconej rodzinie nikt z nią o takich rzeczach nie rozmawiał. A może próbowała zobaczyć buźki swoich dzieci, które zapewne będzie rodzić rok po roku. Najpierw chłopiec, żeby teściowie ją pokochali, ci, co tam na nią czekają za oceanem. I jak trudno w ogóle wyobrazić sobie to „za oceanem”, skoro dotychczas podróżowała najdalej z Warszawy do Otwocka.

W bajce takich dziewczyn jak Esther za oceanem nie było jednak obiecanego ślubu. Setki młodziutkich ortodoksyjnych Żydówek trafiło z Polski prosto do brazylijskich burdeli. Zdradzone, zhańbione, sprzedane „Polacas”, postanowiły sobie jednak poradzić. Dzisiaj w Brazylii trwa walka o ich pamięć.

SAMOPOMOC KURTYZAN

– Jak wielką siłę i chęć do życia musi mieć taka dziewczyna, że nie załamuje się, tylko organizuje wraz innymi w podobnej sytuacji – mówi rabin Bonder z reformowanej wspólnoty żydowskiej w Rio. – Sprzedane, bez wykształcenia, bez grosza, tworzą samopomoc. Płacą składki, w wynajętej sali organizują sobie synagogę, bo ze wspólnoty żydowskiej zostają oczywiście wykluczone. Kupują Torę. Opiekują się sobą w czasie choroby i na starość. I budują cmentarz.

Żydowskich prostytutek należących do organizacji samopomocowej ABFRI już nie ma. Groby niszczeją. Nadzór nad cmentarzem przejęły gmina żydowska i miasto. Uradzono, żeby przeciąć cmentarz solidnym murem. Odgrodziłby on, jak każe tradycja, upadłe dusze kurtyzan od niezagospodarowanej jeszcze części cmentarza, podkreślając ich wykluczenie. Wtedy można by wykorzystać uratowany teren do pochówku godnych obywateli.

Jest jednak jedna wariatka, która powiedziała „nie” – nie wyrzucicie tych kobiet z cmentarza, który same sobie wybudowały, opuszczone przez wszystkich. Beatriz Kushnir, historyczka z Uniwersytetu Stanowego Campinas, Żydówka o polskich korzeniach. Łamiąc tabu, opowiedziała głośno historię „Polacas” w książce „Baile de Máscaras”. Kim były?

Przede wszystkim nikt nie chce tego wiedzieć: – Jeszcze do niedawna na samo wspomnienie w środowisku żydowskim o „Polacas”, wszyscy reagowali alergicznie: Zostawmy ten temat, po co tego dotykać – opowiada Kushnir. – Fanny Zusman, Amálii Schkolnik, Angeliny Schaffran, Mathilde Huberger czy Rebekki Freedman, które organizowały samopomoc przez ponad 60 lat w mrocznych zaułkach Rio – nie było.

A cmentarz w Inhaúma to jest pierwszy cmentarz żydowski z Rio de Janeiro w ogóle, według dokumentów z 1912 r. Zgodnie z żydowską tradycją samobójcy i prostytutki chowani mieli być pod murem cmentarnym, a „Polacas” zadbały, aby uniknąć takiego losu.

– Żydówki sprzedawane były w tamtym okresie nie tylko do Brazylii – dodaje Kushnir. – Również do Stanów Zjednoczonych, Argentyny, Szanghaju, wszędzie tam, gdzie było dużo imigrantów i – co się z tym łączy – więcej mężczyzn niż kobiet.

Milczenie o „Polacas” pierwszy przerwał Moacyr Scliar, w latach 70. napisał o nich powieść „O ciclo das águas” (w wolnym tłumaczeniu „Przypływy i odpływy”): „Pisanie o handlu białymi niewolnicami to jak odprawianie egzorcyzmów. Trzeba to zrobić, i pierwszy krok, jak w egzorcyzmach, to nazwanie demona po imieniu”. Kushnir znalazła dowody, że do portów na wschodzie Europy Żydzi chodzili ostrzegać młode szykujące się do podróży za ocean dziewczyny, jaki los może stać się ich udziałem. Czy to możliwe, że część domyślała się zatem, co je czeka? Dla rodziny takiej dziewczyny koszt biletu na statek to była gigantyczna suma, nie mogli więc płynąć „na ślub” i nie mieli żadnej kontroli nad tym, co się z córką dzieje.

WIOSNA – JESIENIĄ, LATO – ZIMĄ

Poparcie rabina Bondera dla ratowania pamięci „Polacas” jest kluczowe, bo ma charyzmę i popularność wśród Żydów w Rio de Janeiro. Jego trylogia, w której z humorem rozważa naturę ludzkiego postępowania: „Kabała pieniądza”, „Kabała zawiści” i „Kabała jedzenia”, przetłumaczona została na kilkanaście języków i rozeszła się w ponad milionie egzemplarzy.

– Pierwsi Żydzi w Brazylii to byli Sefardyjczycy uciekający z Hiszpanii przed inkwizycją – w piątkowy wieczór siedzimy u Bondera w gabinecie, a on opowiada. – Zbudowana w 1630 r. w Recife na północy Brazylii synagoga była pierwszą bożnicą Żydowską w obu Amerykach. Rabin da Fonseca słał listy do Europy, pytając, jak ma odprawiać święta, skoro tutaj pory roku są niezgodne z tradycyjnym kalendarzem! Wiosna – jesienią, lato – zimą.

Kolejna fala emigrantów żydowskich do Brazylii to przełom XIX i XX w., z Europy Wschodniej, z powodu strasznej biedy. To z tą grupą przybyły „Polacas”.

Organizacja „sióstr” żydowskich ABFRI (Associaçao Beneficente Funerária e Religiosa Israelita) zarejestrowana została 10 października 1906 przez Mathilde Huberger. Aby zapisać się do stowarzyszenia, trzeba było: wyznawać religię żydowską, być przedstawionym przez innego członka, być niekaranym i zdrowym. Członkinie uznały, że przyjmowanie chorych zbyt obciążyłoby od początku budżet i nie pozwoliłoby poczynić planowanych inwestycji.

Ale była i siostrzana pomoc, obrazuje ją przykład ze szpitala Colonia Juliano Moreira. Cztery pacjentki, członkinie ABFRI, zostały tam przekierowane z innej, bogatszej placówki, bo nie było ich na nią stać. Na oddział psychiatryczny. Trzy w depresji, jedna z ciężkim powikłaniem po syfilisie – choroba zaatakowała układ nerwowy. Otóż w dokumentacji lekarskiej jest adnotacja o „siostrach”, które regularnie odwiedzają chore i dokładają starań, by je z tego szpitala wydostać. Lekarz stanowczo nie zgodził się na wypis, widząc, że dla chorych w ramach „odpoczynku” szykowane jest miejsce burdelmam. Ostatnia członkini ABFRI, Rebecca Freedman, zmarła w 1986 r., mając 103 lata.

Dziś w Brazylii mieszka 120 tys. Żydów, większość jest świecka albo należy do zreformowanych wspólnot, jak ta Niltona Bondera w Rio. Rabin Bonder mówi, że rzadko kto pamięta historię sprzedanych dziewcząt, wiadomo jedynie „że coś jest na rzeczy”. Skąd? W Brazylii nie mówi się dziś na Polki „Polacas”, jak wynikałoby z logiki języka portugalskiego. Przyjęło się zapożyczenie francuskie – Polonesas. Polaca to kurwa. Jest też drugi ślad w potocznym języku: „encrenca”, czyli draka i kłopot. Bonder mówi, że gdy do kobiet podchodził klient, o którym wiedziały, że ma chorobę weneryczną, szeptały sobie: „Ej, krank” w jidysz – że chory. A Brazylijczycy zrobili z tego „encrenca”.

ALFONSI I KOCHANKOWIE

A kim byli „swaci”, którzy zamiast pod opiekę religijnego męża oddawali dziewczyny klientom w obskurnej dzielnicy Lapa i Mangue, gdzie dziś wprawdzie jest już znacznie mniej prostytutek, ale tylko dlatego, że wyparli je sprzedający się na rogach transwestyci? „Swaci” też są pochowani w Inhaúma, obok „Polacas”. Są tam też groby ich dzieci. Z czasem alfonsi stawali się często towarzyszami życia, kochankami „swoich Polek”. Z dokumentów wynika, że stanowili niemal 20 proc. członków stowarzyszenia ABFRI, na tych samych prawach co ich kobiety. Kushnir tłumaczy, że to byli ludzie, którzy mieli swój zamknięty, mały świat. Ze społeczeństwa byli wykluczeni podwójnie: jako niemoralny półświatek i jako imigranci, słabo władający językiem, niewykształceni. Żyli i pracowali razem w obrębie tych samych kilku ulic.

Wraz z przybywaniem nowych członków opłacających składki stowarzyszenie przeprowadzało się do nowych, obszerniejszych lokali. W latach 20. i 30. opiekowały się nim trzy „siostry” opisywane przez Kushnir: Zelda, Celina i Etel. Celina zapisywała: „Nasza nowa siedziba jest na ostatnim piętrze i ma dwa pomieszczenia. Mamy Torę, mamy wszystko. Jest przepięknie”. A Zelda: „Zdobyłyśmy rabina, jest muzyka. Wielka szkoda, że nie mamy aparatu do robienia zdjęć. Mamy nowe czerwone dywany z różami przy brzegach”.

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,152731,21959488,setki-mlodziutkich-ortodoksyjnych-zydowek-trafilo-z-polski-prosto.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_wysokieobcasy&disableRedirects=true

Kategorie: Ciekawe artykuly

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: