Pół wieku w Nowym Jorku cz.3

Roman Markowicz uczestniczyl w obchodach 25.lecia aktywnych wakacji w Mullsjo

Z tej okazji dal dwa koncerty. A kto to jest Roman Markowicz ?

Z Romanem Markowiczem rozmawia Dorota Szwarcman


Cz 1 TUTAJ

cz 2 TUTAJ

Jak się otrzymuje takie stypendium?

To proste: gra się egzamin wstępny i składa się podanie oraz zaświadczenie o dochodach rodziców oraz własnych (zerowych). Przyjmując, że opłata za studia za rok wynosiła wtedy 3000 dolarów – dziś jest o wiele wyższa – to 1000 dolarów można było otrzymać z jednego źródła, następne 1000 z drugiego, kolejne 500 z trzeciego, a jeszcze 500 trzeba było dopłacić z własnej kieszeni i w tym celu szukało się jeszcze innej fundacji. W Juilliard byłem przez dwa lata na studiach magisterskich i dodatkowo Dorfmann mnie namówiła, żebym odbył jeszcze przez rok z nią studia podyplomowe. Te trzy lata studiów kosztowały mnie 500 dolarów, które dostałem z kolei od Fundacji Kościuszkowskiej. Czyli przez cały okres nauki przeszedłem komfortowo.

Jaka była Ania Dorfmann?

Była antytezą pedagoga. Despotką. Rosyjską damą, z którą pracowało się na zasadzie: mołczi i ispołniaj. Myśmy czasami nawet rozmawiali po rosyjsku, bo ja się poduczyłem trochę rosyjskiego w Nowym Jorku i mówiłem dość biegle. O ile Balsam miał instynktowną technikę, o tyle Dorfmann – instynktowną muzykalność, która nie była oparta na głębokiej wiedzy o muzyce; ona nie znała ani muzyki kameralnej, ani symfonicznej, ani wokalnej, ani oper. Miała swoich ulubionych kompozytorów, których muzykę szczególnie dobrze wykonywała, np. Schumann czy Chopin. O Beethovena mieliśmy awantury. Kiedyś mnie wyrzuciła z lekcji, bo odważyłem się powiedzieć jej, że tempo jakiejś sonaty wyobrażam sobie jako wolniejsze niż to, które ona sobie wyobraziła. Miałem jeszcze czelność powiedzieć, że w tym samym momencie powstał Kwartet a-moll op. 132, w którym jest ta sama rytmiczna figura. – „Maj dzjir, mój drogi, jak chcesz mnie uczyć o Beethovenie, tu są drzwi”. I wyrzuciła mnie z klasy. Wróciłem za tydzień i zagrałem w tempie, w którym chciała, poddałem się. No i do niej właśnie w 1973 r. przyjechał na rok wspomniany Maryś Migdał, który wtedy grał już nadzwyczajnie. On nas po prostu zostawił sto metrów w tyle, miał świetnie wykształconą technikę, wielką łatwość gry – oczy mi wychodziły na wierzch, kiedy go słyszałem. Po roku wyjechał, ale zaczęły się ukazywać jego nagrania – bardzo dobre. Pewien krytyk muzyczny z „International Piano Quarterly” analizując przeróżne nagrania Sonaty fis-moll Roberta Schumanna, wśród nich takich gigantów jak Emila Gilelsa i Władimira Sofronickiego, uznał za najlepszą właśnie wersję Mariana.

W Polsce w ogóle się o tym nie wiedziało.

A on był tak blisko, bo w Niemczech i Szwecji.

A co się z nim potem działo?

Umarł dwa lata temu. Zrobił bardzo znaczącą karierę w Europie, nagrywał dużo w latach 70. i 80. dla EMI – zdobyłem wszystkie jego nagrania.

Ja pamiętam ze szkoły i Mariana, i jego brata Olka, który był świetnym skrzypkiem, ale co się z nim potem działo, też nie bardzo wiem.

Jest w Sztokholmie do dziś.

Mam jeszcze program koncertu z okazji 10-lecia szkoły na Miodowej, chodziłam wtedy do I klasy. Wykonano m.in. Kwartet na czworo skrzypiec Grażyny Bacewicz, a nazwiska wykonawców były wymowne: Krystyna Cukiersztajn, Aleksander Migdał, Jerzy Milewski, Dawid Poleski.

Jurek Milewski się wtedy „nie przyznawał”…

Ale potem tak, udzielił długiego wywiadu 7 lat temu „Gazecie Wyborczej”. Nie był emigrantem marcowym, w 1971 r. wyjechał do Brazylii za dziewczyną, zmarł w zeszłym roku. Ty zrobiłeś niedawno świetną robotę, pokazując w dwóch audycjach z cyklu „Duża czarna” w radiowej Dwójce nagrania muzyków z emigracji 1968 r. Opowiedz jeszcze, co się działo z naszymi kolegami.

Migdałowie wyjechali do Szwecji w 1964 r., więc to nie była marcowa emigracja. Dlatego nie mogłem Mariana uwzględnić w tych audycjach, chciałbym pokazać jego nagrania innym razem. Ostatnich dokonał z córką skrzypaczką Liv i tam znalazła się m.in. Sonata Józefa Wieniawskiego. Warto przywrócić pamięć o tych ludziach, którzy naprawdę dobrze grali. Krysia Cukiersztajn wylądowała w Paryżu, przez wiele lat była w Orchestre de Paris, z której odeszła niedawno.

Z kolei w Filharmonii Izraelskiej grała przez wiele lat inna nasza koleżanka skrzypaczka, Rimma z domu Perelsztejn, obecnie Kaminkowski.

Jej mąż też jest polskiego pochodzenia.

Tak, ale Yuval jest z pokolenia, które już nie mówi po polsku. Oboje grali w tej samej orkiestrze, on jest altowiolistą. Rimma grała też w świetnym Jerusalem String Trio, którego nagranie odtworzyłeś, z altowiolistą Robertem Mozesem i wiolonczelistą Yoramem Alperinem.

Bardzo ładne nagranie Tria Siergieja Taniejewa. Typowa rosyjska, melodyjna, piękna, choć nieco schematyczna muzyka. Wspominałem o pianistce z Wrocławia Ruth Halbkram – wyszła potem za mąż i dziś nazywa się Balis. Dostała się do Curtis Institute, a to coś znaczy. Tam przyjmują tylko najlepszych. Ruth była tam uczennicą Seymoura Lipkina i Mieczysława Horszowskiego. Uprawiała muzykę kameralną, ale nie dała mi nagrań. Za to Heniek Kowalski był bardzo pomocny. Też niestety nie poświęcił się solowej grze.

Szkoda, bo pamiętam go również jako wschodzącą gwiazdę skrzypiec.

Ale osiągnął wielkie sukcesy pedagogiczne jako profesor Indiana University w Bloomington i na uczelni w Sztokholmie. I grał jednak. Nagranie, które odtworzyłem, zrobił z bratem Kubą, wiolonczelistą…

Kuba w ogóle z czasem poszedł w biznes. Miał też przez jakiś czas fanaberię, żeby dyrygować i trochę próbował. Ale zajmował się głównie nieruchomościami.

W każdym razie mam ich nagrania, jedno płytowe, a późniejsze live. To, które odtworzyłem, jest szczególnie ciekawe, bo gra tam z nimi obecnie już nieżyjący pianista, który kiedyś był idolem w Polsce: Michel Block. Z kolei Jakub Moszkowicz, który mieszkał w Łodzi, w Szwecji był dość znanym pianistą. No i Henryka Trzonek, która nie wyemigrowała z Polski, tylko nie wróciła do Polski. Była w Leningradzie na studiach i kiedy się okazało, że jej matka, znana wiolonczelistka Halina Kowalska, jest zmuszona do wyjazdu z Polski, Henia po prostu przeniosła się do Belgii. Zaczęła studiować u Andrégo Gertlera, a potem osiadła w Niemczech, we Frankfurcie nad Menem, gdzie przez wiele lat była pierwszą skrzypaczką orkiestry radiowej, i jeździła do Danii do matki. Ściśle rzecz biorąc ona nie jest marcową emigrantką, ale emigrantką, która nie wróciła do Polski ze względu na Marzec. Zresztą z Krysią Cukiersztajn była podobna sytuacja: też była na stypendium, nie pamiętam, chyba w Moskwie. Jej matka po Marcu wyjechała do Paryża i Krysia do niej dołączyła.

Wróćmy do twojej historii. Skończyłeś więc także Juilliard School. Jakie miałeś wówczas możliwości odnalezienia się na rynku jako muzyk?

No cóż, przychodzi moment, gdy kończą się studia i człowiek zostaje na lodzie. Wielu moich kolegów wyniosło się z Nowego Jorku, poszło w stronę nauczania uniwersyteckiego. Niektórzy w tym celu robili doktoraty. Na uczelniach takich jak Indiana University, gdzie nauczał Heniek Kowalski czy Menahem Pressler, zrobić doktorat jest szalenie trudno. Ale są i takie, na których jest to o wiele łatwiejsze. Ja nie poszedłem w tym kierunku, nie wyjechałem też z miasta. Uczyć za bardzo nie chciałem, ponieważ zdawałem sobie sprawę, że potrafiłbym dawać wskazówki, ale nie umiałbym dobrze nauczać.

Nie byłeś nauczycielem z powołania.

Nie byłem. Moim największym pedagogicznym sukcesem było to, że udało mi się ożenić z jedną ze studentek.

Z którą się zresztą potem rozwiodłeś.

No dobrze, ale po wielu latach i mamy dzieci.  Rozmawiamy ze sobą w dalszym ciągu, spotykamy się, więc nie jest źle.

Chciałeś zostać w Nowym Jorku, bo to fajne miasto.

No i oczywiście z powodu rodziny. Poszedłem więc w stronę nauczania w szkołach publicznych. Przez wiele lat akompaniowałem klasom baletowym – to wcale niełatwe zadanie, trzeba mieć spore wyczucie, wiedzę itd., i podobno byłem w tym bardzo dobry. Potem to rzuciłem, uczyłem muzyki, arytmetyki…

Wiem też, że uczyłeś angielskiego dzieci imigranckie.

Angielskiego i rosyjskiego. Później uczyłem rosyjskie dzieci angielskiego. Administracja ode mnie oczekiwała, że będę je uczył rosyjskiego, a ja uczyłem angielskiego i po pół roku te dzieci szły do normalnych angielskich klas.

To też sukces pedagogiczny, tylko w innym kierunku. A jeśli chodzi o grę na fortepianie?

Uprawiałem technikę kolanową, która polega na tym, że czekasz, aż ci coś na kolana spadnie. Pojawił się jakiś koncert, to brałem. Wysiłku żadnego w tym kierunku nie robiłem. Po prostu nie chciało mi się walczyć. Ale grałem fajne koncerty, czasami z orkiestrami, czasami z innymi dobrymi muzykami, również z Filharmonii Nowojorskiej, więc nie było aż tak źle, tylko bez rozgłosu.

Nie interesował cię wyścig szczurów.

Nie interesowała mnie promocja, reklamowanie się… No i nie oszukujmy się, na przestrzeni lat pojawiło się wielu znakomitych pianistów, którzy fantastycznie machali palcami i byli skuteczni.

To jest ich sprawa, a ty masz coś do powiedzenia od siebie.

Ale trzeba znaleźć również słuchacza, który by to odebrał. Wydaje mi się, że, bez przesadnej skromności, moja gra wymaga trochę większego wysiłku od słuchacza niż gra, powiedzmy, pianisty, który wyjdzie i wykona 12 Etiud transcendentalnych Franciszka Liszta.

Ale te etiudy też można fantastycznie zagrać.

Ogólnie rzecz biorąc przebieranie palcami jest jednak łatwiejsze. Potem jeszcze zająłem się działalnością recenzencką – Marta Ptaszyńska mi to załatwiła.

Polska kompozytorka mieszkająca w Stanach. Chodziło o „Nowy Dziennik”, nowojorskie pismo polonijne?

Tak. Spytała mnie: „Dlaczego nie zaczniesz pisać?”. Powiedziałem, że nigdy tego nie robiłem. „E tam, spróbuj”. No więc spróbowałem.

Wciąż tam piszesz?

Tak, tylko teraz piszę już znacznie częściej dla strony internetowej concertonet.com, na której publikowane są recenzje z Europy, ze Stanów, z Kanady.

Ale nie jest to praca zarobkowa?

No, niestety nie bardzo, ponieważ gazety wszędzie podupadają.

W Polsce też.

No właśnie. Z kolei za publikacje internetowe czasem dostaje się honoraria, a czasem zapłatą jest po prostu bilet na koncert.

To też jest dobre, ale jeszcze z czegoś trzeba żyć.

Owszem. Szczycę się tym, że nigdy nie narzekałem i nie obwiniałem innych. Tak było, mogło być lepiej i mogło być gorzej. Jeśli chodzi o polski rynek, też nie starałem się za bardzo, nie wiedziałem z kim i jak. Ale co jest teraz dla mnie ważne, to to, że doszedłem do momentu, w którym zacząłem patrzeć na muzykę własnymi oczami. Zwłaszcza na Chopina, który zaczął mnie fascynować na nowo.

To się dało usłyszeć na twoim recitalu 7 marca w Warszawie i bardzo podobało się publiczności.

Jeśli wiedzieli, czego słuchali. Otworzył mi oczy pianista, który nie jest znany jako chopinista: András Schiff. Jakieś dziesięć lat temu grał w Nowym Jorku Sonatę h-moll w sposób zupełnie nieprzekonywający. Ale potem dopiero się zastanowiłem: przecież to wszystko, co mnie nie przekonywało, jest w nutach! Gdzie jest więc pomyłka, z jego czy z naszej strony? To był moment objawienia. Gramy ze słuchu, nie wczytując się dokładnie w tekst. Tekst, który jest nieakuratny. Kiedy spojrzałem na nuty, zdałem sobie sprawę z tego, jak niedokładny jest zapis Chopina. Bo nie chce mi się wierzyć, że Chopin, który podobno był zafascynowany całe życie wokalistyką, pozwoliłby sobie na to, żeby zagrać tak, jak to napisał. Że pozostaje jedna ósemka pomiędzy jednym taktem a drugim – niby jest pauza, ale niewystarczająca. Czy więc kierujemy się tą pauzą, czy kierujemy się kształtem frazy, nabraniem oddechu i rozpoczęciem innej frazy? Drugim objawieniem był Grigorij Sokołow. On też czasami spogląda na partyturę i nie gra ze słuchu. Nie przyspiesza tam, gdzie Chopin nie napisał accelerando ani tam, gdzie napisał fortissimo. Nie mówię, że Chopin Sokołowa to mój ideał, aczkolwiek mam pełne poważanie dla niego. On mi po prostu udowodnił, że powinienem trochę inaczej spojrzeć na te sprawy. Gram więc po swojemu, choć po koncercie warszawskim dostałem też po nosie od paru osób, że przerabiam Chopina. Dobrze, niech to będzie moja licentia poetica. Biorę to na siebie.

Przyjeżdżasz do Polski od początku lat 90. – wtedy skontaktowałeś się ze mną po latach. Jak dziś patrzysz na swój kraj urodzenia z perspektywy półwiecza na emigracji?

Nie mam żalu, jaki na pewno miałbym w sytuacji podobnej do tych, jakie się niejednemu znajomemu przydarzyły, np. gdyby władze odmówiły mi nawet kilkudniowego powrotu na pogrzeb członka rodziny. To była chyba najgorsza wówczas politycznie motywowana perwersja, sadyzm. Ja akurat nie potrzebuję niczyich przeprosin. Z drugiej strony wielokrotnie zastanawiałem się, czasami z pomocą osób życzliwych, czy moje szanse na zaistnienie jako pianista byłyby większe, gdybym „przeczekał” w Polsce? Tego nikt nie wie, ale myślę, że to, co mi Ameryka udostępniła w sensie edukacji czynnej i biernej, było i do dziś jest czymś zupełnie wyjątkowym i nie ukrywam, że nawet dziś wchodząc, już jako recenzent muzyczny, do Carnegie Hall czy innej znanej sali koncertowej sam sobie zazdroszczę. Nie mam powodów do żalu, że to nie siebie chodzę tam słuchać. Na Polskę patrzę dziś – i chyba moje uczucia nie są czymś wyjątkowym wśród nas, marcowych emigrantów – jak turysta. Jak wspomniałaś, zacząłem tu przyjeżdżać w latach 90., a potem, po przerwie, od 2013 r. przybywam tu co roku. Nie w poparciu dla obecnej władzy, tylko do przyjaciół, których również znasz i do których się zaliczasz. Znowu jestem otoczony kokonem elit intelektualnych, co mi pozwala zapomnieć o waszej rzeczywistości i po raz kolejny zazdroszczę sobie, że to nie moja rzeczywistość. Nie zamykam oczu, o nie! Tyle, że nie mam na to, co się tu dzieje, jakiegokolwiek wpływu. Cieszę się obserwując kwitnące polskie życie muzyczne, chodząc na dziesiątki koncertów – i cieszę się, że mogę potem powrócić do bardziej normalnego kraju…

A jak odnosisz się dziś do kwestii żydowskiej?

Jestem zwolennikiem Izraela, choć nie mam zamiaru się tam przeprowadzić. Z zazdrością spoglądam na Żydów obchodzących swoje tradycje i święta, choć sam robię to w minimalnym stopniu. Martwi mnie, że przy obecnym tempie i stopniu asymilacji żydowskie środowisko – poza tym ortodoksyjnym – za kilka generacji przestanie istnieć… Stałem się więc w pewnym sensie syjonistą, dokładnie jak w tym żarcie: kto to jest syjonista? To taki Żyd, który za pieniądze drugiego Żyda wysyła trzeciego, aby się osiedlił w Izraelu. Z sympatią patrzę na innych, choć sam stoję obok.

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: