Pół wieku w Nowym Jorku cz. 2

Roman Markowicz uczestniczyl w obchodach 25.lecia aktywnych wakacji w Mullsjo

Z tej okazji dal dwa koncerty. A kim jest Roman Markowicz ?

Z Romanem Markowiczem rozmawia Dorota Szwarcman


Czesc 1TUTAJ

Czesc 3 jutro

 

Przyszedł Marzec. Co sprawiło, że wyjechaliście? Czy był jakiś bezpośredni impuls? Bo różnie to bywało.

Różnie. Wyjeżdżali ludzie zakorzenieni, do których zresztą bez wątpienia należeliśmy, ale też ludzie, którzy stwierdzili, że to ich szansa. Mój tata przypadkowo rok wcześniej, tuż po wojnie sześciodniowej, był w Stanach z wizytą i wtedy jego przyjaciel ze studiów, również architekt, z którym się wówczas spotkał, powiedział mu: „Jeśli kiedykolwiek pojawisz się w Ameryce, będę miał dla ciebie pracę”.

To dlatego emigrowaliście od razu do Stanów.

Tak. Po Marcu ojca, jak należało, wyrzucili z pracy – pracował dla miasta Warszawy. Dyrektor był zresztą bardzo uprzejmy i powiedział, że musi tak zrobić, bo mają dyrektywy.

Tłumaczył się.

Przynajmniej się tłumaczył. Tata więc zadecydował, że trzeba zwijać manatki. Ja nie byłem szczęśliwy z tego powodu. Inaczej moja siostra Inka, która była wówczas na pierwszym roku anglistyki. Ona była znacznie bardziej zaangażowana w sprawy żydowskie, chodziła na spotkania do Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów na Nowogrodzkiej i nawet w 1967 r. pojechała na obóz w Ostrowiu, organizowany przez TSKŻ. To ona najbardziej nalegała, żebyśmy zgłosili się po wizy do ambasady holenderskiej, która po zerwaniu przez PRL po wojnie sześciodniowej stosunków dyplomatycznych z Izraelem prowadziła dla tego kraju sprawy konsularne.

Ojciec i siostra rozpoczęli przygotowania do wyjazdu: pakowanie, kupowanie rzeczy, które i tak okazały się niepotrzebne (np. komplet dzieł Kraszewskiego czy Słowackiego, których nie otworzyliśmy od czasu zapakowania w skrzynie), sprzedawanie samochodu, tłumaczenie dyplomów, zdobywanie biletów lotniczych do Wiednia (łatwiej było opuścić Polskę samolotem niż pociągiem, bo na granicy można było narazić się na duże szykany od celników). Spraw było niesłychanie dużo i zabierały tygodnie czasu. Rodzice zaczęli się wahać i byli trochę źli, że Inka nalegała, by jechać jak najszybciej, wykorzystując to, że Gomułka otworzył dla naszej emigracji bramy, które mogły się w każdej chwili zamknąć.  

A ty czy przed Marcem zetknąłeś się z antysemityzmem?

Podejrzewam, że nie byłem pierwszym dzieckiem, które powróciło z podwórka i zadało mamie „odwieczne” pytanie: „Mamusiu, a dlaczego ten Marek spod siódemki woła na mnie: ty parszywy Żydzie?” No i mamusia próbuje uspokajać dziewięciolatka: „Nie przejmuj się, ja porozmawiam z jego mamą”, albo tata wpada we wściekłość i zaczyna krzyczeć, że jak tego Marka dorwie, to mu nogi z d… powyrywa, a ja mam mu następnym razem „dać w mordę”. Czyli oko za oko. Ale nie daje się w mordę chłopakowi, który może z zemsty nie zaprosić cię na oglądanie telewizji (w całym naszym domu na 54 mieszkania były chyba ze trzy telewizory i tylko jeden na naszej klatce, w naszej części budynku). Raz jeszcze czy dwa zdarzyło się coś takiego albo na podwórku, albo w tej szkole podstawowej, do której przez rok chodziłem, zanim poszedłem na Miodową.

Szkoła na Miodowej była inna, jeśli o te sprawy chodzi – to i ja pamiętam.

Były tam jeszcze wtedy lekcje religii i ci szczęśliwcy, którzy nie chodzili na nie, mogli przyjść na drugą lekcję. Raz tylko się zdarzyło, że ktoś coś niemiłego powiedział o tych, co nie chodzą, ale kiedy się o tym dowiedziała ówczesna dyrektorka, Weronika Długoborska, która też zdaje się była „pochodzenia”, sprawiła, że więcej się to nie powtórzyło. I nasza szkoła, i liceum im. Batorego, do którego potem poszedłem, były w pewnym sensie elitarne, a znaczny procent uczniów miał żydowskie korzenie. Tyle, że ja o tym nie wiedziałem. Była u Batorego w naszej klasie jedna koleżanka, która się „deklarowała”, reszta jak ja siedziała cicho. Wyobraź sobie, rok temu latem spotykamy się w Warszawie z kilkoma koleżankami z klasy i jednym kolegą, dawniej dość mi bliskim. Potem koleżanka, dziś mieszkająca w Szwecji, o której żydowskich korzeniach dowiedziałem się wiele lat później, mówi mi, że on to też „nasz”. 49 lat po opuszczeniu Warszawy dowiaduję się o tym… Pojęcia nie miałem, on zresztą też, jak mi w tym roku powiedział. Ale instynktownie coś mnie do tego wtedy mi nieznanego świata ciągnęło. Pamiętam akademie organizowane na rocznicę powstania w getcie warszawskim i swoją fascynację piosenkami oraz ślicznymi panienkami, które te piosenki w żydowskich chórach śpiewały. Instynkt chyba…

Elitarna była też PWSM. Kiedy po Marcu wybuchły antysemickie hece na niemal wszystkich innych wyższych uczelniach, nasza pozostała oazą spokoju i kultury. Jedyną konfrontację, już po zakończeniu roku akademickiego, miałem z pewnym działaczem ZSP [Zrzeszenie Studentów Polskich – DS]: zwróciłem się do niego z prośbą nie pamiętam już o co, a on zaczął mi wymyślać, ze przez takich jak ja jego rodzina była więziona. Zdenerwowałem się, podarłem na strzępy legitymację ZSP i rzuciłem mu pod nogi. W 20 lat później ktoś z Polski zapytuje mnie w Nowym Jorku, czy znane mi jest nazwisko A.G. Boże, przecież to ten aktywista z ZSP! Okazało się, że w jakiś czas później też opuścił Polskę z tego samego powodu, co ja…

Jak się czułeś, kiedy już było wiadomo, że emigracja jest nieodwołalna?

Nie ulega wątpliwości, że czułem dokładnie to samo, co wszyscy w mojej sytuacji: pewien etap życia gwałtownie dobiega końca i następuje rozstanie. Wówczas wydawało się nam, że na zawsze – i niestety w wielu przypadkach nasze pożegnanie na lotnisku Okęcie było ostatnim razem, kiedy się widzieliśmy, albo w ogóle, albo na wiele lat. Czy muszę zapewniać, że dla nas wszystkich był to dramat? Przed samym wyjazdem życie było tak intensywne, że patrzyliśmy na nasze ostatnie momenty w Polsce jak na film. Jakby to się przydarzało komuś innemu. Ale to, że wyjechaliśmy jako rodzina, we czwórkę, było dla nas zbawieniem, dla mnie przynajmniej. Było też nam nieco lżej na pierwszych etapach emigracji, zarówno w Wiedniu, jak w Rzymie, ponieważ była nas stosunkowo spora grupka rodzin w podobnej sytuacji, a wśród nich koledzy mówiący po polsku. To nas wtedy ratowało. Przypuszczam, że innych kolegów, którzy wyjeżdżali jako dwudziestolatki samotnie, trauma emigracji dotknęła znacznie silniej niż mnie.

Miałeś w miarę miękkie lądowanie.

Do tego przyczynił się jeszcze fakt, że od razu dostałem się do Manhattan School of Music. Z Polski wyjechałem pod koniec 1968 roku i już zimowy semestr 1969 roku zacząłem w Nowym Jorku.

I dostałeś stypendium.

Przyjechałem z kraju, gdzie edukacja była bezpłatna i kontynuowałem bezpłatną edukację, nie zdając sobie sprawy, że chwyciłem szczęście za nogi. Czasy w Manhattan School of Music były naprawdę cudowne.

A jak to się stało, że trafiłeś do klasy Artura Balsama?

To ciekawa historia. Nie wiem, czy pamiętasz, że moim nieoficjalnym drugim „zawodem” w Warszawie, potem zresztą także w Nowym Jorku, było przewracanie kartek pianistom. W Warszawie przewracałem kartki głównie Jerzemu Marchwińskiemu, ale także prof. Wiłkomirskiej i wielu innym. No i artystom zagranicznym, którzy przyjeżdżali na koncerty – wieść poszła, że ten Markowicz to umie. W 1966 r. przyjechał Isaac Stern. Jego pianistą był Alexander Zakin, wspaniały muzyk, zresztą uczeń Aleksandra Michałowskiego, ale nie zrobił kariery solowej. Mówił bardzo dobrze po polsku i później też zawsze w tym języku rozmawialiśmy. Z wyglądu „krawiec mężczyźniany” – jakbyś go zobaczyła w zakładzie krawieckim z 1926 r., to by pasował idealnie. Sympatyczny człowiek.

A teraz jesteśmy już na emigracji w Rzymie. Była tam wtedy jeszcze jedna koleżanka od prof. Wiłkomirskiej, Ruth Halbkram z Wrocławia – świetna pianistka, do dziś pozostajemy w przyjaźni. No i w tym Rzymie są koncerty, o których mogliśmy w Warszawie tylko marzyć. Ale jak się na nie dostać? Kiedyś spacerowaliśmy sobie z rodzicami po mieście, mijając restauracje i kawiarnie z ogródkami. Nagle widzę: gdzieś w okolicy Schodów Hiszpańskich siedzą przy stoliku Dawid Ojstrach, jego pianistka Frieda Bauer (znana mi dotąd jedynie z fotografii), a obok Stern i Zakin. No, myślę sobie, to jest dla mnie szansa. A na mieście wcześniej zauważyłem właśnie afisze zapowiadające koncert Sterna. Wszedłem więc do tej restauracji, podszedłem do pana Zakina i mówię: „Bardzo przepraszam, że przeszkadzam, może pan pamięta, ja panu kartki w Warszawie przewracałem”. – „A tak, pamiętam, pytał mnie pan o recital Horowitza”. Bo wtedy Horowitz grał dwa tygodnie wcześniej w Nowym Jorku i chciałem się dowiedzieć, jak było. Więc Zakin pyta: „Co pan teraz robi?” – „Wie pan, wyjechaliśmy z Polski, jesteśmy na emigracji, czekamy na wizy amerykańskie. Ale przede wszystkim, czy pan mi pozwoli, żebym znów przewracał panu kartki, bo inaczej się nie dostanę na koncert?” – „Oczywiście, w porządku”. Przewracałem mu więc kartki na tym koncercie, poznałem wtedy również Sterna, z którym w Warszawie nie rozmawiałem, i to już była, jak to się mówi po angielsku, stopa w drzwiach. Mogłem znów tam pójść i łamanym, jakimkolwiek językiem powiedzieć, że chciałbym też przewracać kartki na późniejszym koncercie Leonida Kogana. I tak się stało, przewracałem kartki jego pianiście, który nazywał się Aleksander Mitnik. Wracając do rozmowy z Zakinem, on mnie wtedy spytał: „A co pan będzie robił w Nowym Jorku?” Powiedziałem, że chciałbym pójść do szkoły muzycznej, bo przerwałem szkołę w Warszawie. – „Wie pan co, niech pan zadzwoni do mojego znajomego, Balsam się nazywa, wiem, że on uczy w szkole muzycznej”. Pytam: „Artur Balsam?” „Tak, tak”.

Znałeś oczywiście to nazwisko?

Znałem jego nagrania…

Nadawano je w radiu w Polsce.

…ale nie wiedziałem nic o jego pochodzeniu. Nie wiedziałem też, ile ma lat, i utożsamiałem go z pokoleniem, powiedzmy, Vana Cliburna. Dlaczego – nie mam pojęcia. No więc Zakin dał mi jego numer telefonu. Kiedy przyjechałem do Nowego Jorku i zadzwoniłem do pana Balsama, odebrała jego żona. On był wtedy na tournée. Próbowałem z nią rozmawiać łamanym francuskim…

Nie znałeś jeszcze angielskiego.

Nie znałem angielskiego i nie wiedziałem, że oni oboje są z Łodzi. Byli uczniami tego samego profesora. No więc pani Balsam spytała, skąd jestem, a jak powiedziałem, że z Warszawy, ona na to: „To dlaczego pan ze mną po polsku nie rozmawia?”. Przyszedłem do niego kilka dni później, coś tam mu zagrałem, natychmiast mnie przyjął i przez trzy i pół roku byłem jego uczniem. Balsam był wszystkim, tylko nie pedagogiem. Był niezmiernie skromny, nigdy o sobie nie mówił, a miałby wiele do powiedzenia. W czytaniu nut a vista nie miał sobie równych. I zdawał sobie z tego sprawę. Mówił: „Wie pan, były dwa utwory w moim życiu, których nie mogłem czytać a vista: Trio Ravela i może jeszcze Chaussona Koncert na fortepian, skrzypce i kwartet smyczkowy”. A poza tym potrafił czytać absolutnie wszystko. I to powodowało, że nie miał potrzeby zajmować się pianistyką per se. Nie był wirtuozem od etiud Liszta czy Chopina, ale potrafił zagrać Koncert B-dur Johannesa Brahmsa, a w Łodzi, przed wojną jeszcze, wykonał chyba jako pierwszy w Polsce Obrazki z wystawy Modesta Musorgskiego. Jednak pianistyki mnie nie nauczył. Nauczył mnie roli lewej ręki, akcentowania – spraw muzycznych. I był nadzwyczajnym nauczycielem muzyki kameralnej, w tej dziedzinie zawdzięczam mu bardzo dużo. Najlepszym chyba przykładem wpływu pedagoga na ucznia wydaje mi się przekazanie umiejętności przeniesienia tego, czego nauczyliśmy się na jednym utworze, na inne. Żeby zastosować te same reguły i technikę spoglądania na partyturę w stosunku do innych kompozycji. I tutaj muszę powiedzieć, że jego wpływ na mnie był jednak dość znaczny. Jego Mozart także miał na mnie wpływ, Balsam bowiem w latach 50. i 60. był uważany za jednego z wielkich specjalistów od Mozarta.

Ja też go głównie z nim kojarzę. To zawsze było bardzo kulturalne granie…

Bardzo kulturalne, ładne, grzeczne, muzykalne, aczkolwiek podejrzewam, że można byłoby dopatrzyć się w tej muzyce troszkę więcej opery, humoru, kontrastów. Grałem więc u niego Mozarta, Beethovena, Haydna, Brahmsa, trochę Chopina – i on też grał czasem Chopina, chwilami nawet bardzo ładnie. Choć wydaje mi się, że ja Chopina zacząłem rozumieć dużo później, kiedy doszedłem do własnych rozwiązań.

Balsama też byłeś chyba ulubionym uczniem. Pamiętam, że na recitalu w 1996 r. w Warszawie wystąpiłeś we fraku, który po nim odziedziczyłeś.

Czy byłem jego ulubionym uczniem? Nie wiem, być może. Z frakiem to prawda, ale to dzięki jego żonie. Kiedy przyjechałem do Polski, on już od dwóch lat nie żył. Starałem się pielęgnować pamięć o nim, pisałem artykuły i teksty do książeczek programowych, kiedy wznawiali jego nagrania. Ale niestety to jest, szczególnie wśród młodszego pokolenia, zapomniana dziś postać. W Manhattan School of Music odbywały się przez pewien czas konkursy jego imienia na wykonania duetów. Nie bywałem zapraszany ani na te konkursy, ani do jury, ale wiem, że przez jakiś czas to działało – prawdopodobnie zależnie od funduszy, które pozostały z jego spadku.

No i kiedy się wyczerpały, to już nie było z czego robić konkursu.

Prawdopodobnie.

Ukończyłeś więc Manhattan School of Music i co dalej?

Zacząłem się tam czuć trochę zbyt komfortowo. Obawiałem się, że Balsam na dłuższą metę będzie dla mnie nienajlepszym pedagogiem, bo był zbyt wyrozumiały, a przeniesienie się w tej samej szkole do kogoś innego byłoby zbyt bolesne. Tak więc po uzyskaniu stopnia undergraduate [licencjat – DS] i otrzymaniu na koniec roku prestiżowej nagrody im. Harolda Bauera, przyznawanej „najlepszemu soliście wśród dyplomantów”, przeniosłem się do Juilliard School of Music, gdzie zostałem uczniem Rosjanki, odesytki – Ani Dorfmann. To była bardzo zdolna pianistka, która studiowała we Francji u Isidora Philippa. Miała łatwość gry, prędkie palce. W młodości była bardzo piękną kobietą – to widać na zdjęciach. Dlaczego poszedłem do niej? Ktoś mi ją zaproponował, więc poszedłem na przesłuchanie, a ona przyjęła mnie od razu, nawet załatwiła mi stypendium. W Manhattan School of Music miałem pełne stypendium od samego początku do samego końca, czyli przejście przez tę szkołę nie kosztowało mnie ani grosza. W Juilliard było podobnie.

 

One Response to “Pół wieku w Nowym Jorku cz. 2”

  1. Marysia .K. 11/08/2018 at 20:13

    Wpierw przeczytalam cz. 3 wywiadu z Romanem Markiewiczem
    cofnelam sie do cz.2 giej I juz chcialam napisac pare slow,
    ale bylam niesamowicie ciekawa poczatku wywiadu
    bardzo fascynujacy, jak nie zawsze kazde Nazwisko muzykow, kolegow
    dom rodzinny w sumie wszystko jest bardzo interesujace.
    Nazwisko p Romana bylo mi nie obce, bo mamy znajomych
    w N.Y.,ale teraz jestem szczesliwa przeczytawszy
    wspomnienia napisane bardzo skromnie.
    Czekam na wiecej.Z pozdrowieniami.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: