Pół wieku w Nowym Jorku cz.1

Roman Markowicz uczestniczyl w obchodach 25.lecia aktywnych wakacji w Mullsjo

Z tej okazji dal dwa koncerty. A kto to jest Roman Markowicz ?

Z Romanem Markowiczem rozmawia Dorota Szwarcman


Jak to się stało, że zacząłeś się uczyć muzyki? Twoi rodzice nie byli muzykami.

Tata mi opowiadał, że jako kilkuletnie dziecko śpiewałem piosenki, a podobno pierwszą z nich był temat Hornpipe z Muzyki na wodzie Haendla, pod który podłożyłem słowa: „Jak byłem mały, to byłem głodny”. To było jeszcze w Radomsku, gdzie byłem dobrze odhodowany, ładnie ubrany i ponoć rzeczywiście zawsze głodny… Nic oczywiście z tego nie pamiętam.

Nie wiedziałam, że pochodzisz stamtąd.

Podobnie jak wielki dyrygent Jerzy Semkow. Jego ojciec był nauczycielem w szkole, do której chodził mój tata. Mama urodziła się w Łodzi; jej panieńskie nazwisko brzmiało Rubinsztajn, ale raczej nie była krewną Artura Rubinsteina.

Jak twoim rodzicom udało się przeżyć wojnę?

Mamie na początku wojny udało się wraz z rodziną przenieść się do krewnych do Suchedniowa – tam było nieco lepiej niż w Łodzi, choć też ciężko. Tata latem 1939 r. przyjechał akurat na wakacje ze studiów we Francji – nie mógł studiować w Polsce z powodu numerus clausus. W efekcie pozostał z rodziną w Radomsku. I tam, i w Suchedniowie były getta. Obydwie rodziny spotkał ten sam los: starsze pokolenie zostało wywiezione do Treblinki, siostry taty i dziadkowie zostali zamordowani jeszcze przed zamknięciem getta w Radomsku, a młodsze pokolenie – mama z jedną z sióstr (najmłodszą z nich trzech wywieziono z jej rodzicami i dziadkami na śmierć w Treblince) i tata z bratem – zostało zabrane do obozów przymusowej pracy na potrzeby Rzeszy. Wylądowali w tym samym obozie: fabryce amunicji Hasag w Skarżysku-Kamiennej, i tam się właśnie poznali. Potem przeniesiono ich do filii tej fabryki w Częstochowie, gdzie więźniem był również znany dziś biznesmen Zygmunt Rolat, znacznie od nich młodszy. Warunki były straszne, ale jednak udało im się przeżyć; tych, co nie nadawali się już do pracy lub chorych wywożono do lasu i likwidowano.

Pierwsze lata po wojnie rodzice spędzili, jak powiedziałem, w Radomsku i tam się urodziłem. Tam też jeszcze poszedłem na pierwszy w życiu koncert, pamiętam, że grał Władysław Kędra. Potem przenieśliśmy się do Warszawy.

Powiedz jeszcze o swoich rodzicach: czy byliście zasymilowaną rodziną, czy też utrzymywaliście w domu żydowskie tradycje?

Pamiętam, że jako małe dziecko słyszałem, jak rodzice rozmawiali ze sobą w jakimś dziwnym języku, zazwyczaj wtedy, kiedy nie chcieli, abyśmy z moją młodszą o trzy lata siostrą Inką rozumieli, o czym mówią. Znacznie później dowiedziałem się, że zarówno tata, jak i mama pochodzili z typowych przed wojną tradycyjnych, religijnych rodzin, w których utrzymywało się koszerną kuchnię, obchodziło żydowskie święta i rozmawiało zarówno po polsku, jak i w jidysz. Ale w naszym domu żydowskie tradycje i koszerna kuchnia nie istniały, rodzice wkrótce zaniechali konwersacji w „dziwnym języku” i nie miałem świadomości bycia kimś innym niż Polakiem. Dziś, szczególnie w okresie obchodów marcowych, czytając wypowiedzi swoich kolegów-rówieśników zauważam, że ich i moje dzieciństwo były do siebie niezmiernie podobne. My przecież wszyscy czuliśmy się przede wszystkim Polakami. Ja chyba wciąż, po blisko 50 latach na emigracji, czuję się bardziej Polakiem, no, powiedzmy, polskim Żydem niż Amerykaninem.

Wróćmy do twojego przyjazdu do Warszawy. Tam ruszyła twoja edukacja muzyczna.

Posłano mnie do ogniska muzycznego na Nowym Świecie, niedaleko Smolnej. Moja nauczycielka fortepianu nazywała się Maria Nowakowska, później po mężu Cygańska. Ona też mnie uczyła, kiedy poszedłem do podstawowej szkoły muzycznej – tej samej, która się potem przeniosła na ulicę Krasińskiego. Najpierw działała w wynajmowanych lokalach, a do budynku do dziś goszczącego szkoły muzyczne na rogu Wisłostrady wprowadziliśmy się, kiedy byłem w III klasie; szkoła nie była jeszcze wtedy gotowa w całości. Trochę to wszystko było zagmatwane, bo w 1954 r. zdawałem do szkoły muzycznej na Miodową i wówczas przyjął mnie do swojej klasy Jan Wobożil.

To był wówczas bardzo ceniony w Warszawie pedagog fortepianu. Był też moim pierwszym nauczycielem.

Kto zadecydował, że poszedłem nie do niego, ale do szkoły na Żoliborzu, nie pamiętam. Kiedy byłem w IV klasie, moja nauczycielka umarła. Bardzo młodo. Wtedy pojawiła się na nowo postać Wobożila. Ale przez rok nie mogłem się dostać na Miodową – nie było możliwości, żebym skończył IV klasę w jednej szkole i poszedł do V klasy w drugiej szkole. Musiałem na rok pójść do niego na prywatne lekcje, a równolegle do zwykłej szkoły podstawowej, i później już do VI i VII klasy zostałem oficjalnie przyjęty na Miodową. Byłem uczniem Wobożila aż do skończenia szkoły średniej im. Fryderyka Chopina, która wówczas mieściła się w tym samym budynku na Żoliborzu, gdzie chodziłem do szkoły podstawowej.

Pamiętam cię z tamtych czasów, Wobożil organizował audycje z występami swoich uczniów i ty byłeś na nich gwiazdą.

Chyba troszkę przesadzasz, ja o tym nie wiedziałem. Jeśli byłem gwiazdą, to na zasadzie, że grałem trochę mniej podle niż inni. Tu przypomina mi się pewna historia ze szkoły. Gdzieś pod koniec VII klasy, chyba po jakimś szkolnym koncercie z moim udziałem, rozmawiałem z panią Migdałową, matką moich szkolnych kolegów – pianisty Mariana i skrzypka Aleksandra. I powiedziała do mnie: „Ach, Romek, ja bym tak chciała, żeby mój Maryś (tak nazywała Mariana) mógł chociaż w połowie grać tak dobrze jak ty”. Mija jakieś 11-12 lat i spotykamy się z tymże Marysiem w Juilliard School. Przyjechał jako stypendysta i wtedy mógłbym powiedzieć to samo, tylko w drugą stronę: ile ja bym dał, żeby tak dobrze grać jak on. Fantastycznie grał wtedy.

O kolegach jeszcze porozmawiamy. Wróćmy do szkoły.

Miałem u Wobożila rok przerwy na maturę – patrzę dziś na to jako na coś zupełnie niepotrzebnego, ale wtedy zdanie profesora było święte. Dyplom zrobiłem więc trochę później i dostałem się do Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie (dziś Uniwersytet Muzyczny im. Fryderyka Chopina), do klasy prof. Marii Wiłkomirskiej. Studiowałem przez rok, a później wyjechałem.

Jak wspominasz Wobożila?

Benevolent tyrant [wielkoduszny, łaskawy dyktator – DS]. Czymś innym jest wspominanie samego profesora, a czymś innym wspominanie lekcji. To drugie przychodzi mi niezmiernie trudno. Uczyły się u niego również tak świetne pianistki jak Krysia Borucińska czy Maja Nosowska, dziś znakomite kameralistki. Pamiętam też dobrze Janka Zawiszę, który jednak nie został przy muzyce, a z dużo młodszych – Władka Kłosiewicza, dziś wybitnego klawesynistę.

Byłeś jego ulubionym uczniem. Pamiętam, jak przyszedł na twój występ w Filharmonii Narodowej w 1996 r., i jaki był wtedy szczęśliwy.

Byłem tym wzruszony. Nie ukrywam, że jeśli komuś zawdzięczam szybkość machania palcami, to chyba tylko jemu. Ganił mnie tylko zawsze za brak umiejętności utrzymania pulsu i tempa, i być może miał rację.

To prawda, techniki palcowej potrafił nauczyć, dzięki temu i ja jestem dziś jeszcze w stanie coś zagrać.

Zadawał jakieś ćwiczenia, które dziś wydają mi się absurdalne, ale jak te lekcje wyglądały, naprawdę nie pamiętam. Myślę, że jego metody nie zdałyby dziś egzaminu. Trzymanie uczniów na ścisłej i ograniczonej diecie: jedna sonata rocznie, i to nie najtrudniejsza. Szlifowanie tych samych rzeczy, tresowanie…

Przestarzały system.

Wspominając Wobożila jako człowieka: bardzo lubił moich rodziców i mnie. Zawsze był gotów poświęcić mi czas i jak tylko przed jakimś koncertem miał wolną chwilę, wzywał: „Koteńku, przyjdź do mnie za pół godziny”. Rzucałem więc wszystko i szedłem do niego do domu na ulicę Śniadeckich. Ale co było na tych lekcjach… Ciekawe, że nie pamiętam również lekcji z prof. Wiłkomirską. Nie wiem, czy miała jakikolwiek wpływ na moją grę.

Ale była bardzo miła. Kiedy tuż przed wyjazdem przyszedłem się z nią pożegnać, powiedziała mi: „Wiesz, kiedy przyszedłeś do mnie, miałam pewne wątpliwości co do twojej techniki, ale ty jednak dobrze grasz”. No i przez ten rok miałem zaszczyt wystąpić w szkole dwa razy, raz z orkiestrą nawet. Grałem I Koncert fortepianowy Dymitra Szostakowicza.

Przyszedł Marzec. Co sprawiło, że wyjechaliście? Czy był jakiś bezpośredni impuls? Bo różnie to bywało.

Cz. 2 juz jutro

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: