Uncategorized

Afera marszałka Nałęcza


Jakub Kopec

  Leszek Miller i jego ryby 

    4 grudnia pod wieczór, dokładnie na tydzień przed datą utworzenia rządu Donalda Tuska, miałem się udać  na spotkanie promocyjne  książki Tomasza Nałęcza „Afera Rywina. Odsłanianie prawdy” (Wyd. Sonia Draga ,Katowice, 2023), zwołane do sali widowiskowej Muzeum Powstania Warszawskiego, ma się rozumieć.  Osiemdziesiąt lat po kapitulacji Powstania jestem już starcem z dolegliwościami wieku sędziwego i dlatego, niestety, musiałem pozostać w domu, chociaż miałem w planach publiczne zadanie redaktorowi Tomaszowi Sekielskiemu podchwytliwego pytania, które wysłałem mu wcześniej pocztą mailową, lecz pozostało bez odpowiedzi: 

Czy przed opublikowaniem wywiadu pt. „Afera jak sen wariata” na miesiąc przed wyborami ,  redaktor „Newsweeka” miał w ręku wyczyszczony wcześniej dysk z komputera wiceminister kultury Aleksandry Jakubowskiej, a następnie odtworzony przez zespół jakowychś dziennikarzy, czego nie potrafiło uczynić laboratorium kryminalistyczne w Krakowie? Jeśli tak, to czy zobaczył na nim „puszkę z Pandorą” i jakikolwiek znak wskazujący na to, że mózgiem operacji był Włodzimierz Czarzasty? Bo jeśli mózgiem korupcyjnej operacji był Czarzasty, to jaką rolę dzisiejszy lider Lewicy i marszałek demokratycznego (sic!) sejmu Rzeczypospolitej, wyznaczył byłemu przewodniczącemu „Samoobrony”, świętej pamięci Andrzejowi Lepperowi? Co upoważniło autora  wywiadu do wybicia białymi literami na czarnym tle, straszliwego oskarżenia pod adresem nieboszczyka: „To nie Miller rozdawał karty w aferze Rywina. Nie rozdawał ich też Rokita ani Kaczyński. Wielkim rozgrywającym był Andrzej Lepper”?

Sekielski milczy jak skała. Na maile nie odpowiada.

 Profesor Tomasz Nałęcz, jeden z politycznych akolitów prezydenta Kwaśniewskiego, będąc przewodniczącym rywinowskiej komisji sejmowej, z nadmierną łatwością uznał winę „grupy trzymającej władzę”, gdy grzech korupcji i obywatelstwo honorowe Rywinlandu przypisywano powszechnie Leszkowi Millerowi. Dziwi mnie to, bo tak naprawdę najpierw nadzwyczajna Komisja Sejmowa, a później prokuratura badająca sprawę, nie znalazły żadnych dowodów na przestępcze powiązanie Lwa Rywina z kimś konkretnie, kto ma nazwisko i imię, a nie tylko tytuł hipotetycznej przynależności do jakiejś „grupy trzymającej władzę”. 

   Dlaczego Lew Rywin skłamał o wspólnym łowieniu ryb z Leszkiem Millerem?

   Łatwo można sobie wyobrazić, że w procederze korupcyjnym na gigantyczną skalę, Rywin nie miał żadnych wspólników, i że w sytuacji, gdy zabrakło mu siedemnastu milionów dolarów „do pierwszego”, próbował ratować swój nadwątlony budżet producenta filmowego krociową łapówką. Prezes TVP Robert Kwiatkowski z sekretarzem KRiTV Włodzimierzem Czarzastym, wspierani przez dyrektorkę departamentu prawnego KRiTV Sokołowską, może jeszcze przy współpracy Nikolskiego i niechby nawet w kolaboracji z uniewinnioną Jakubowską, sprawującą w ministerstwie kultury opiekę nad ustawą medialną, wszyscy ci zdolni i pracowici ludzie chcieli, być może, przy pomocy lobbysty Lwa Rywina, z którym wcześniej zaprzyjaźnili się na imieninach u prezydenta Kwaśniewskiego, załatwić coś dobrego dla siebie. Mówiono, że  ta grupa wymienionych z nazwiska ludzi, pokrywająca się w dziewięćdziesięciu  procentach z Grupą Trzymającą Władzę, wskazaną personalnie przez przyjęty większością głosów raport komisji, miała pomysł sprywatyzowania – dla siebie ma się rozumieć – programu II TVP. Byli jeszcze całkiem młodzi, zdolni i ambitni, wszyscy, z wyjątkiem może Nikolskiego, doskonale rozumieli się na zarządzaniu telewizją. Aleksandra Jakubowska przed laty była nawet gwiazdą dziennikarstwa telewizyjnego. Chcieli dobrze. Ale wcześniej nie powiodła im się próba sprywatyzowania bezcennego Archiwum TVP, bo rozsądny, w ich mniemaniu, projekt zablokowała, sprawująca dyrekcję nad wszystkimi państwowymi archiwami, Daria, żona marszałka Nałęcza. Prywatyzacja owszem, jest dobra,  ale tylko wtedy, kiedy to my prywatyzujemy. Pani marszałkowa Nałęczowa najwidoczniej w procederze prywatyzacyjnym czuła się obco. 

      Po co Rywinowi potrzebny był Miller i jego ryby? Można sobie wyobrazić, że choćby po to, by przekonać kontrahentów z „Agory”, iż żadna pani marszałkowa ich projektu nie utrąci swoim paluszkiem.

     A tymczasem Leszek Miller ma stuprocentowe alibi, zbudowane mu przez Lwa Rywina i zapisane złotymi głoskami na „taśmie prawdy”. Przypomnijmy: na taśmie prawdy Michnik próbuje swoimi pytaniami ustalić skład personalny „grupy trzymającej władzę”, na co Rywin nieco wymijająco napomyka, że –  prawda – podczas ostatniego weekendu sprawa została szczegółowo przegadana z  Leszkiem Millerem na Mazurach podczas  wędkowania. A tymczasem w krytycznym czasie premier Miller przebywał służbowo w całkiem innym miejscu, na  co ma niepodważalne dowody.

   Rodzi się w tym miejscu pytanie, dlaczego Rywin, bez jego wiedzy, wciągnął premiera do nieczystej gry o kształt ustawy medialnej i samowolnie udał się z nim na ryby.  Przy próbie korupcyjnej sprzedaży konkretnego kształtu ustawy medialnej Rywin musiał kupującym pokazać, że projekt ustawy żyje i pulsuje, a jego treść zmienia się w zależności od zachowań Agory. Komisja sejmowa pod przewodnictwem  profesora Nałęcza pokazała dowodnie, że w projekcie ustawy było sformułowanie „i czasopism”, gdy właściciele Agory zachowywali się grzecznie,  i znikało z tekstu, gdy sprawowali się podle. Grupka, trzymająca coś na podobieństwo władzy nad brudnopisem tekstu, ewidentnie majsterkowała przy projekcie, ale ten mały, całkiem nieszkodliwy szwindel popełniała w uczciwych zamiarach. Chodziło o prywatyzację II Programu TVP. Trzymający władzę nad brudnopisem chcieli wykiszkować – jak to mówią biznesmeni – innych chętnych do zarządzania sprywatyzowaną częścią TVP i ta chęć widoczna jest jak na dłoni. Ale czy zamierzali przy tej okazji wyłudzić od Agory jeszcze potężną subwencję na rzecz eseldowskiej lewicy? 

      Po pierwsze nie można ubogacić jakiejkolwiek partii o fundusz wielkości siedemnastu milionów dolarów bez wiedzy jej lidera, a przecież, jak mimowolnie udowodnił to Rywin i jak oświadczał wielokrotnie i autorytatywnie sam Adam Michnik, premier Miller o całej „sprawie Rywina” zielonego pojęcia nie miał. A po drugie w tamtej epoce krążyła po kuluarach sejmowych i po łamach gazet taka o parlamentarzystach parszywa opinia, ze z ich pomocą można przepuścić przez sejm i przez senat każdą ustawę za łapówkę w kwocie około miliona dolarów. Wynikałoby z tego, że łapówka w kwocie, jakiej domagał się Rywin, zwyczajowo wystarczyłaby na kupno siedemnastu ustaw i jeszcze połowy ustawy na dodatek. Wynikałoby z tego, że Rywin nieprzytomnie zawyżył cenę jednego aktu sejmowej korupcji w stosunku do ceny rynkowej.

         Profesor Nałęcz powinien był zadać sobie i światu pytanie:  dlaczego skupieni w hipotetycznej GTW ludzie światli i bystrzy, politycy doskonale przy tym zorientowani w panujących obyczajach biznesowych, zysk z operacji przestępczej, w której ryzykowali wolność osobistą i cały swój dotychczasowy polityczny dorobek, mieliby zawierzyć jakiemuś producentowi filmów o wysokiej randze artystycznej i wątpliwej dochodowości, który na domiar złego popadł właśnie w kłopoty finansowe i stracił posadę prezesa telewizji Canal-Plus? 

     Lew Rywin w rozmowie kontrolowanej przez Adama Michnika zaproponował przelanie forsy na swoje konto firmowe, ale nie powiedział jakim w tej operacji Agora miałaby się posłużyć tytułem. Rywin był troszkę pijany, ale przecież nie na tyle, by zapomnieć o konieczności zaksięgowania wydatku po stronie Agory pod jakimś roztropnym pretekstem. Mogłaby to być , na przykład, inwestycja koncernu medialnego w produkcję jakiegoś ambitnego filmu. Ale po zaksięgowaniu pieniędzy Agory, Lew Rywin musiałby precyzyjnie z ich wydatkowania rozliczyć się nawet w takim przypadku , gdyby to była subwencja bezzwrotna, od której darczyńca musiałby opłacić stosowny podatek.

   Reasumując: gdyby Adam Michnik, zamiast montować jakąś wątpliwą prowokację dziennikarską i brudzić łapy zakładaniem podsłuchu, prowadził z Rywinem uczciwe interesy, doszłoby do zawarcia umowy korupcyjnej, w której łapówka za ustawę medialną wypłacona byłaby po opodatkowaniu.

  Gogol, gdyby chciał opisać aferę Rywina w jakimś „Rewizorze”, musiałby zamiast kwestii urzędnika, odmawiającego przyjęcia pieniędzy – „My bieriom tolko borzymi szczienkami”  (brzydzimy się  łapówek wypłacanych w pieniądzach, przyjmujemy jednak wziątki pod szlachetną postacią charcich szczeniąt), sformułować całkiem nową frazę: „My bieriom tolko abłożennymi wziatkami” (pecunia non olet- łapówki przyjmujemy tylko po uprzednim opodatkowaniu). 

           Kiedy zamordowana jest majętna żona, pierwszym podejrzanym dla policji jest mąż. I wówczas sprawdza się, czy ten porządny obywatel, wzór cnót wszelakich, nie miał kochanki na boku, czy nie pił za dużo i czy przypadkiem nie grał hazardowo w karcięta. Kiedy okazało się, że Rywin o propozycji korupcyjnej nie mógł rozmawiać z premierem Millerem podczas wspólnego wędkowania, należało sprawdzić wszystko według schematu, jak wyżej.

   Przecież nie można wykluczyć, że producent filmowy Lew Rywin zaczerpnął dla swych nieudanych inwestycji filmowych kredyt o bezwzględnej wymagalności spłaty, tak jak uczynili to zastrzelony przez gangsterów minister sportu Jacek Dębski, i jak wicepremier Ireneusz Sekuła, który popełnił samobójstwo, strzelając sobie siedem razy w brzuch. Życie jest przebogate w swych przejawach i powodów do niesłychanie ryzykownej próby wyłudzenia pieniędzy od Agory wymyślić można tysiące. Ale najprostszym wyjaśnieniem dziwnego zachowania Lwa Rywina byłby finansowy nóż na gardle, bo w śmiertelnym zagrożeniu można ratować się, chwytając brzytwę. Prawdę mówiąc, tylko syndrom Ireneusza Sekuły mógłby objaśnić kompletne milczenie Rywina przed komisją przewodniczącego Nałęcza i w śledztwie prokuratorskim, choć współpraca z prokuratorem skutkowałaby wyrokiem w zawieszeniu. Rywin nawet nie wygląda na takiego desperata, który po wpadce musi zachować się honornie, chroniąc swoich kumpli, wspólników w jawnym rozboju.

    Rywin wolał tymczasem wolał milcząco odsiedzieć „wiele miesięcy” w śmierdzącym pierdlu i zachowywać się wzorowo, by nie być zmuszonym do odbycia całej kary.

   Dlaczego prof. Nałęcz nie chciał efekciarsko zadawać milczącemu Rywinowi miażdżąco inteligentnych pytań? Dlaczego nie mając szans na sukces swojego końcowego raportu w komisyjnym głosowaniu, nie poparł może nie całkiem doskonałego projektu posłanki Błachowiak, w którym niedoróbki były jednakowoż inteligentnie ukryte, lecz oddał swój głos na raport końcowy posła Ziobry, który zawierał bzdury jawne? Zapewne jakiś głos z Góry nakazywał mu pogrążyć w piekle oskarżeń całą eseldowską lewicę, która zrobiła tak wiele, chociaż „postkomunistom wolno mniej”.

       Nałęcz przyłożył ramię do paskudnego spisku Prawa i Sprawiedliwości i ma to sobie za powód do chwały. Prawda o jego intencjach ujawniła się późno, bo dopiero w rozmowie z Dominiką Wielowieyską („Gazeta Wyborcza” z 10 stycznia 2008), której tytuł i wybita wielką czcionką główka brzmi tak: «„KTOŚ Z GTW MNIE SZANTAŻOWAŁ.  To paradoks, że ten, kto ujawnił korupcję, narażając się na straty finansowe, wciąż jest chłopcem do bicia. GTW mogła to sobie tylko wymarzyć” – mówi w piątą rocznicę powołania komisji śledczej ds. afery Rywina jej szef prof. Tomasz Nałęcz.” Tekst ujęty w cudzysłowie niesie tak przebogate i zadziwiające treści, że powinien zostać poddany badaniom przez eksperta psychologii i komentarzom jakiegoś wybitnego filozofa, bo daje więcej okazji do uczonych refleksji, niźli biblijny opis dramatu Abrahama, wykorzystany w słynnym moralitecie Kirkőgaarda pt. „Bojaźń i  drżenie”. Pikanterii przydaje, że Abraham, który usłyszał głos Pana Boga, nakazujący mu zabicie w ofierze sakralnej własnego syna, był tylko prostym pastuchem w mikroskopijnej krainie Kanaan, natomiast prof. Nałęcz był, według obliczeń konstytucjonalisty, trzecią po prezydencie osobą w nowoczesnym państwie, które – gdyby nie ludobójstwo  Niemieckie – mogłoby według wyliczeń prezesa Kaczyńskiego liczyć dziś sześćdziesiąt sześć milionów mieszkańców.                                                      

        W swoim plotkarskim tygodniku Jerzy Urban podał do publicznej wiadomości, że na imieninach u  prezydenta Kwaśniewskiego  premier Leszek Miller na widok Lwa Rywina, który po raz pierwszy pokazał się publicznie po zakończeniu wielomiesięcznej odsiadki w więzieniu, uległ silnemu zemocjonowaniu. Lew Rywin też stanął jak wryty. Wahanie trwało jedno mgnienie oka, następnie dwaj ojcowie dorosłych synów rzucili się sobie w ramiona i trwali w objęciach przez czas nieprzyzwoicie długi. Zdziwiło to wszystkich gości przyjęcia imieninowego, ponieważ o takiej wielkiej zażyłości socjaldemokratycznego polityka i producenta ambitnych filmów nikt z nich nie wiedział.

       Prokuratorzy Zbigniewa Ziobry, psy gończe z ABW i CBA, tudzież sam pan marszałek Tomasz Nałęcz, wszyscy jak jeden mąż potraktowali lekko  tę informację plotkarską, ale nie ja, Wasz dociekliwy i wścibski reporter.  Premier Miller obejmujący ramieniem swojego prześladowcę, człowieka, który z pożądliwości pieniądza nie tylko zniszczył mu osobistą karierę, lecz także unicestwił cały jego umiłowany Sojusz Lewicy – przecież to jakaś niedorzeczność!

  Rozsupłanie tego węzła gordyjskiego przyszło do mnie bardzo późno, bo dopiero wraz ze śmiercią samobójczą Leszka Millera -Juniora. Rozpacz ojca nie mogła być udawana. Miller wiedział, że jego syn, sekretnie posługując się identycznością imion i nazwisk, zapewniał sobie dobrobyt w radach nadzorczych państwowych spółek. Kategorycznie zabronił mu takiego procederu, ale wiadomo jakie są dzieci premierów i w jak wielkim żyją skrępowaniu ojcowską karierą. Miller wiedział też, że jego syn koleguje się z Marcinem Rywinem i często bywa w posiadłości Rywinów w Starych Jabłonkach na Mazurach.

   Jest to już jakieś tam wyjaśnienie sytuacji, w której Lew Rywin pytany przez Wysoką Komisję o rożne rzeczy, powołując się na kodeksową możliwość zachowania milczenia we własnej sprawie, za każdym razem odpowiadał odmową składania zeznań, natomiast premier Leszek Miller , zanim zamilkł, pozwolił sobie nazwać ministra Ziobrę zerem, Marcin Rywin , w poczuciu własnej winy, skręcił dla  ojca fałszywe zaświadczenia lekarskie i otrzymał za to wyrok więzienia, a nie nękany przez nikogo Leszek  Miller-Junior popełnia samobójstwo.

     Pomysłodawcą przekrętu na kwotę siedemnastu milionów dolarów mógł być tylko Leszek Miller- Junior, bo to on z domowego podsłuchu wyniósł wiedzę o eseldowskim projekcie sprywatyzowania Programu TVP2. Junior był krnąbrnym dzieckiem, które nie miało posłuchu dla ojcowskich przestróg. Marcin Rywin natomiast prowadził się nienagannie i był nadzwyczaj spolegliwy wobec dobrych rad własnego taty.  Przystąpił do projektu Juniora, ponieważ  chciał dopomóc kochanemu papie, gdy ten stracił posadę prezesa telewizji Canal-Plus. Dolary miały pójść, jako prowizja, do brudnych łap Grupy Trzymającej Władzę, Lew Rywin miał zaś osiąść w fotelu prezesa sprywatyzowanego programu TVP 2.
    Było tak, a może troszkę inaczej.   Prawdą nie do zakwestionowania jest to przynajmniej, że Leszek Miller łowił ryby z Rywinem na Mazurach. Ale był to nie ten Rywin i nie ten Miller. Grupa Trzymająca Władzę zniszczyła karierę wybitnego producenta filmowego, wymiotła premiera rządu RP wraz całą jego lewicową formacją na margines życia politycznego, gdzie postkomunistom wolno jeszcze mniej, dając otwarte pole dla prawicowego, konserwatywnego i przykościelnego PiS-u. Tę grupę GTW miałoby zaludniać wyłącznie dwoje dzieciaków, niegrzeczny Lesio i trochę zdezorientowany Marcinek?

   I co pan powie na to nieszczęście, panie Marszałku bez buławy? Mężczyznę prawdziwego poznaje się nie po tym jak zaczyna, lecz po tym jak kończy dzieło. Prawdziwych  ojców rozpoznaje się natomiast po tym, jak bohaterskim milczeniem aż do końca potrafią bronić dobrego imienia własnych synów.

   W uznaniu zasług marszałka Nałęcza dla prawicowej formacji PO-PiSu, zaraz po katastrofie smoleńskiej przydzielono mu stanowisko doradcy prezydenta Bronisława Komorowskiego.  Czego w nagrodę za niszczenie socjaldemokracji w toku kampanii wyborczej do sejmu w 2023 roku spodziewa się profesor Nałęcz, skoro, jak na razie, mógłby zostać co najwyżej krótkoterminowym doradcą prezydenta Dudy?

                                                                    Jakub Kopeć

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.