Beata Maciejewska
Tony South, australijski łucznik, odbiera złoty medal igrzysk paraolimpijskich w Tel Awiwie (1968 r.) z rąk Ludwiga Guttmanna (Wikipedia / domena publiczna)
Ludwig Guttmann, lekarz z Breslau, wymyślił Igrzyska Paraolimpijskie. Z Niemiec uciekał, Elżbieta II nadała mu tytuł szlachecki
Na paryskim place de la Concorde rozpoczną się za niebawem Igrzyska Paraolimpijskie. Ich inicjatorem był wrocławski neurolog Ludwig Guttmann. „Nie kłopocz się nim, on za kilka tygodni umrze” – usłyszał jako 18-latek o sparaliżowanym górniku. Nie chciał się z tym pogodzić.
„Niemiecki lekarz ucieka do Wielkiej Brytanii, gdzie odmienia życie swoich pacjentów. Chęć do życia przywraca im sport” – taki opis angielskiego filmu „The Best of Men” w reżyserii Tima Whitby widnieje na portalu filmweb. Ten niemiecki lekarz, którego zagrał Eddie Marsan, był Żydem i sławnym neurologiem z Breslau, który zdołał się wymknąć nazistom, wciąż mało znanym w polskim Wrocławiu.
Królowa Elżbieta II nadała mu tytuł szlachecki, papież Jan XXIII nazwał „Coubertinem Igrzysk Paraolimpijskich”, ale w mieście z którego uciekł w 1939 roku ma tylko skromny skwer na Zalesiu i tablicę w szpitalu przy ul. Fieldorfa. Za to jego dzieło rośnie.
Igrzyska Paraolimpijskie organizowane są z coraz większym rozmachem, ich uczestnicy weszli do głównego nurtu globalnego sportu, rywalizując często z pełnosprawnymi zawodnikami, jak choćby Natalia Partyka, polska tenisistka stołowa. Ale dla „pappy” Guttmanna – jak nazywali go pacjenci – najważniejsze było jedno: szacunek dla godności człowieka i przywrócenie mu woli życia. Na pomniku odsłoniętym w 2012 r. na terenie Stoke Mandeville Hospital w Aylesbury widnieje napis:
„Ze wszystkich form niepełnosprawności, które mogą dotknąć człowieka, poważne uszkodzenie lub choroba rdzenia kręgowego są jednymi z najbardziej dewastujących tragedii ludzkiego losu”.
Stoke Mandeville Hospital to Krajowe Centrum Leczenia Urazów Kręgosłupa, którego organizatorem i pierwszym dyrektorem został Ludwig Guttmann. Był 1944 r., trwała wojna i przybywało rannych z uszkodzeniami rdzenia kręgowego. Beznadziejna sprawa.
„Nie kłopocz się nim, on za kilka tygodni umrze”
Nie dla doktora Guttmanna, który prawie trzydzieści lat wcześniej, w chorzowskim szpitalu, patrzył na sparaliżowanego młodego górnika i słyszał słowa lekarzy: „Nie kłopocz się nim, on za kilka tygodni umrze”. Górnik był ofiarą wypadku w kopalni, miał złamany kręgosłup. Umarł miesiąc później, z powodu odleżyn i infekcji dróg, ale Ludwig Guttmann pamiętał o nim do końca życia.
Postanowił, że zajmie się neurochirurgią i będzie leczył, a nie czekał na śmierć.
Urodził się w Toszku, wówczas pruskim miasteczku Tost, ale jego rodzice, z trzema córkami i synem, szybko się przeprowadzili do Königshütte (Chorzowa). Ludwig zdawał maturę w tamtejszym Gimnazjum Humanistycznym. Był roku 1917, trwała wojna, a on chciał iść na medycynę.
Ten wybór nie dziwi. „Wśród wielkich zawodów akademickich – medycyny, prawa i teologii – właśnie medycyna cieszyła się najwyższym uznaniem. Ona kojarzyła się z troską o drugiego człowieka, z poświęceniem i z nauką wreszcie. Nie jest także tajemnicą, że spora część niemieckich Żydów uważała zawody medyczne za szczególnie atrakcyjne. Dość powiedzieć, że pod koniec XIX wieku Żydzi lub osoby żydowskiego pochodzenia stanowiły we Wrocławiu prawie połowę ogółu lekarzy. Wszyscy moi bezpośredni męscy przodkowie byli lekarzami” – wspominał Fritz Stern, wybitny amerykański historyk, urodzony w Breslau.
Gdy twoim szefem jest lekarz Lenina
Guttmann dołączył do wrocławskich lekarzy w 1924 r., po studiach na uniwersytetach wrocławskim i we Fryburgu Bryzgowijskim. Start nie był udany, choć trafił do kliniki Otfrida Foerstera, pioniera neurochirurgii.
Foerster cieszył się już wielką sławą, cały świat do niego pielgrzymował i dwa lata wcześniej przyjął propozycję leczenia Lenina. Był przy jego śmierci, trzymał straż honorową przy trumnie, zainkasował 30 tys. marek w złocie i wrócił szczęśliwie do Wrocławia.
Niestety, Guttmann dostał u Foerstera tylko posadę młodszego asystenta, a brak samodzielności i perspektyw go frustrował (aplikował bez powodzenia na stanowisko pierwszego asystenta), więc przeniósł się do Hamburga, do szpitala kierowanego przez wybitnego psychiatrę, prof. Wilhelma Weygandta. Nowy szef pozwolił mu rozwinąć skrzydła – Guttmann konsultował pacjentów, przeprowadzał operacje neurochirurgiczne, pisał opinie lekarskie dla urzędów i sądów, wreszcie został ordynatorem dużego oddziału dla psychicznie i neurologicznie chorych.
Ale porzucił jednak Hamburg dla Breslau, gdy Foerster zaproponował mu stanowisko pierwszego asystenta. Tym razem na długo zakotwiczył w stolicy Śląska, choć nadchodziły ciężkie czasy. W 1933 roku do władzy doszli naziści, więc Guttmann musiał odejść z Wenzel-Hancke Krankenhaus (szpital działał przy dzisiejszej Komandorskiej, jego budynki zajmuje obecnie Uniwersytet Ekonomiczny). Był Żydem i jak wszystkich żydowskich lekarzy objął go państwowy Berufsverbot.
Żydowski lekarz tylko dla Żydów?
Mógł leczyć tylko Żydów, więc przeszedł do szpitala żydowskiego (Israelitisches Krankenhaus) przy -Hohenzollernstrasse / Sudeckiej. W całości utrzymywali go zamożni Żydzi, na łóżkach wisiały tabliczki z informacją, kto finansuje leczenie chorych. Była to bardzo nowoczesna placówka, w której funkcjonował także oddział radiologiczny, niezbędny w leczeniu urazów rdzenia kręgowego. W 1912 r. Otfrid Foerster i Alexander Tietze przeprowadzili tu pierwszą na świecie operację przecięcia tylnych korzeni rdzenia kręgowego jako terapii przeciwbólowej u chorego z porażeniem spastycznym.
Guttmann najpierw został prymariuszem oddziału neurologicznego, ale po dwóch miesiącach wnioskował o uruchomienie oddziału neurochirurgii, a w 1936 r. objął stanowisko dyrektora ds. lecznictwa.
Żydowscy lekarze byli bardzo cenieni, więc mieszkańcy Breslau ignorowali ostrzeżenia nazistowskich władz, żeby nie korzystać z ich usług. Ba, wyżsi rządowi urzędnicy często rezygnowali z przysługującego im bezpłatnego leczenia, decydując się na prywatną wizytę u żydowskich lekarzy. I to mimo wydania w 1938 r. ustawy, która uznawała leczenie „członków narodu niemieckiego” (Volksgenossen) przez Żydów za występek kryminalny.
Fritz Stern w swojej książce „Niemcy w pięciu wcieleniach” wspomina pacjentkę swojego ojca, panią von Roebern, u której stwierdzono guza mózg, ale nikt nie chciał się podjąć przeprowadzenia skomplikowanej i ryzykownej operacji. Z wyjątkiem doktora Guttmanna.
„Jej zięć, wyższy oficer wrocławskiego SS, przyszedł w cywilnym ubraniu do ojca, żeby się upewnić, czy operacja jest rzeczywiście konieczna, a wybór tego właśnie lekarza – nieunikniony. Zaakceptował odpowiedź ojca. W dniu operacji cała rodzina trwała w napięciu, ale ostatecznie zabieg okazał się skuteczny” – wspominał Stern. Doktor Guttmann uratował teściową esesmana, nie dzielił pacjentów wedle narodowości.

Dawny szpital żydowski we Wrocławiu (po wojnie szpital kolejowy przy ul. Sudeckiej) był przez sześć lat miejscem pracy Ludwiga GuttmannaFotopolska-eu
Dżuma w mieście Breslau
Był odważnym człowiekiem. W dzień po „nocy kryształowej”, 10 listopada 1938 r., poinstruował pracowników, że mają przyjmować bez pytania wszystkich mężczyzn zgłaszających chorobę. Nocny sterowany „gniew ludu”, demolowanie sklepów i podpalanie synagog, miał ciąg dalszy – zaczęły się aresztowania, do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie wysłano dwa tysiące wrocławskich Żydów.
Ktoś ze szpitala doniósł na dyrektora Guttmanna, więc musiał on odbyć obchód w towarzystwie gestapowców. Z 64 osób przyjętych na oddział 60 wybronił przed wypisaniem. Ale nie mógł zapobiec aresztowaniu wszystkich mężczyzn pracujących w szpitalu, w tym swoich asystentów i starszego lekarza Carla Frieda, za rzekomy brak szacunku dla policji. Wypuszczono ich dopiero na początku stycznia 1939 r. i szpital znów zaczął normalnie funkcjonować.
Na krótko, bo cień zagłady padł już na wrocławskich Żydów. Ale Guttmann końca szpitala już nie widział. Minister spraw zagranicznych III Rzeszy, Joachim von Ribbentrop, wypuścił go z kraju. Poleciał do Lizbony, by pomóc portugalskiemu dyktatorowi Antoniowi de Salazarowi, u którego podejrzewano guza mózgu.
O paszport dla wrocławskiego neurochirurga wystarał się Antonio Egas Moniz, były minister spraw zagranicznych Portugalii, który był jednocześnie znanym neurologiem, a po wojnie został uhonorowany Nagrodą Nobla.
Guttmann wyjechał wraz z żoną i dziećmi, a ponieważ wracał do Breslau przez Londyn, zdążył załatwić tam zgodę na pobyt w Wielkiej Brytanii.
Łucznicy byli pierwsi
Przez kolejne lata kontynuował swoje badania nad urazami kręgosłupa w Klinice Neurochirurgii w Nuffield Radcliffe Infirmary, czekając na uznanie dyplomu. Niemiecki lekarz nie budził zaufania, ale trwała wojna, przybywało chorych z urazami rdzenia kręgowego, a Guttmann był więcej niż dobry.
W lutym 1944 roku otwarto Stoke Mandeville Hospital dla pacjentów z trwałym paraliżem kończyn dolnych, a Guttmann został mianowany jego dyrektorem. Miał pełną swobodę w doborze metod leczenia i położył nacisk na ścisłą współpracę lekarza, pielęgniarki, fizjoterapeuty, terapeuty zajęciowego i trenera wybranej dyscypliny sportowej. Uważał, że pacjent musi mieć nadzieję na powrót do normalnego życia, więc jego podopieczni pracowali. Wyplatali koszyki, robili meble, naprawiali zegarki i uprawiali sporty. Aktywność ruchowa poprawiała ich kondycję, a rywalizacja dawała radość.
W 1948 roku na stadionie Wembley król Jerzy VI otworzył Igrzyska Olimpijskie, które były tak wyczekiwanym powrotem do normalności po tragedii wojny. W szranki stanęło 4 tysiące sportowców ze 159 krajów. W tym samym czasie „pappa” Guttmann (jak mówili życzliwi i zakochani w nim pacjenci) zorganizował pierwsze Stoke Mandeville Games. Kilkunastu łuczników na wózkach udowodniło, że potrafią osiągnąć mistrzowską klasę. Zawody stały się wydarzeniem cyklicznym o randze międzynarodowej, a w 1960 r., w Rzymie, odbyły się pierwsze igrzyska paraolimpijskie.
Wrocławski lekarz osiągnął wielki sukces i powtarzał, że wprowadzenie sportu do rehabilitacji to jego największe osiągnięcie medyczne. Do końca życia pamiętał młodego górnika z Chorzowa, którego lekarze uznali za odpad i kazali czekać na śmierć.
W 1968 r., na paraolimpiadzie w Tel Awiwie, wręczał złoty medal australijskiemu łucznikowi, Anthony’emu Southowi. Sportowiec stracił władzę w nogach jako dziesięciolatek, po postrzale. Matce radzono, żeby go oddała do domu opieki, ale się nie zgodziła. Tony był pierwszym uczniem na wózku inwalidzkim, który uczęszczał do publicznej szkoły średniej w Nowej Południowej Walii. Studia ekonomiczne skończył z wyróżnieniem, a w ramach rehabilitacji zaczął uprawiać łucznictwo. I w tej dziedzinie też osiągnął mistrzostwo.
Począwszy od letnich igrzysk olimpijskich w 1988 r. i zimowych w 1992 r., paraolimpiady odbywają się w tych samych miejscach i dlatego ponad 4000 zawodniczek i zawodników z całego świata będzie od 28 sierpnia do 8 września walczyć o medale w Paryżu. Polskę reprezentuje 84 sportowców.
Kategorie: Uncategorized



nie wiedzialam o tym… israel w tym roku zdobyl na tych igrzyskach rekordowa ilosc medali… 🙂