Uncategorized

Oda do radości


Jan Hartmen

Dlaczego tak jest, że odmawiamy sobie „głupoty” radości?

Życzymy sobie wesołych świąt, choć akurat słowo „wesoły” nie ma w języku polskim jednoznacznie pozytywnego wydźwięku. Człowiek wesoły to niemalże wesołek, a wesołek to niemalże głupek. Chyba nie chcemy, żeby święta były jakieś głupkowate, prawda? Lepiej już wypada czasownik „weselić się”. Jest trochę już archaiczny, podobnie jak okrzyk „Wesołych Świąt!”. Kiedyś brzmiał godnie, a dziś trochę zgrzyta, zwłaszcza gdy się nie pamięta, że ten „wesoły” był przed wiekami poważniejszy niż dziś. Uniknęlibyśmy nieporozumienia, przyjmując w miejsce „Wesołych Świąt!” pokrewny, lecz bardziej precyzyjny frazeologizm „Weselnych Świąt!”. Albo po prostu „Radosnych Świąt!”. No, ale o tym nie decydują skromni felietoniści, lecz suweren języka, czyli naród. Ten zaś zdaje się powolutku obracać w palcach właśnie ten ostatni zwrot. I dobrze.

W każdym razie wszyscy rozumieją, o co chodzi. Chodzi o to, żeby święta były właśnie pełne radości, czyli przebiegały w pogodnym nastroju, pośród miłych i przyjaznych rozmów, uśmiechów i umiarkowanych przyjemności, licujących z powagą i solennością, które wszak wpisane są w naturę świąt, a więc czasu obcowania ze świętością.

„Radość” to nowe, w miarę bezpretensjonalne i zwyczajne słowo na dawne „wesele”. Nowe, nie nowe, bo „radość” to słowo praindoeuropejskie, a „wesele” jest prasłowiańskie. I nawet jeśli „radość” łatwiej nam przechodzi przez gardło niż „wesele”, to w ogóle jest nam z tymi słowami i samą rzeczą jakoś niezręcznie. Dziś raczej się nie weselimy, lecz „dobrze się bawimy”. A i „radość” też jakby zeszła do językowego podziemia. Kolokwialnie można mieć „radochę”, ale „radować się” to już jakoś dziwnie. „Obiecanki, cacanki, a głupiemu radość” – o, tu „radość” akurat miewa się doskonale. Nikt jednakże nie chce być głupi. Woli być mądry, a przez to też sceptyczny i podejrzliwy. Jeśli się uśmiechać, to może sardonicznie, z politowaniem albo nieszczerze. Nigdy jednakże „jak głupi do sera”.

Dlaczego tak jest, że odmawiamy sobie „głupoty” radości? Pewnie dlatego, że radowanie się, nastrój, któremu towarzyszą uśmiech, śmiech i rzewność, należy do stanów ducha bardzo intymnych i głęboko osadzonych w cielesności, przez co stają się one widoczne i czytelne dla innych, niczym u dziecka. A my, w naszych czasach, tej emocjonalnej nagości wstydzimy się bardziej niż w dawniejszych epokach, kiedy naturalność, bezpośredniość i szczerość nie uchodziły jeszcze za oznaki słabości. Zmieniała to w trwającym stulecia mozolnym procesie kultura dworska i wzorująca się na niej kultura mieszczańska. Sztuczność w sposobie bycia, sztywność i formalność obejścia pozwalały ukryć złe myśli, dając bezpieczeństwo w świecie pełnym intryg i rywalizacji. Poza tym skomplikowane i nienaturalne konwenanse wymagały długiej nauki, zabezpieczając elity przed wdzieraniem się na salony przypadkowych parweniuszy. Ani się obejrzeliśmy, a Zachód wpadł w ręce osobników tyleż poważnych, ile zakłamanych. W swych surdutach, z cygarami w zębach wyglądali, jakby kije połknęli. Nie dla nich radosne święta.

Ale parweniusze to ludek liczny i ambitny. Umie czekać i się uczyć. My zaś wszyscy z nich! Nasi przodkowie w większości mieli jakieś aspiracje do awansu. Lecz i to zabija spontaniczność, szczerość i radość. Ponuractwo, nieufność i ogólne „niewygłupiactwo” to cecha narodów, które miały ciężkie życie, ale i duże ambicje. No i może nieco mniej słońca niż człowiekowi do szczęścia potrzeba. Tym bardziej tęsknimy do jakiejś wyzwalającej, radosnej rebelii. Nie występku, lecz zabawy nam trzeba. Nie pijaństwa i swawolenia wszystkim na przekór i na złość, lecz zanurzenia w atmosferze swobody i bezpieczeństwa, w której nareszcie będziemy mogli poczuć się sobą i odpocząć dzień albo dwa w nieskłamanym psychicznym komforcie.

Niełatwa to sztuka być radosnym i zadowolonym. Lecz może zabawie i nauce radości życia lepiej służą wakacje niż święta? Otóż święta mają nad każdym innym czasem wolnym tę przewagę, że towarzyszy im pewna metafizyczna wzniosłość, która nakazuje nam porzucić małość, a wydobyć z siebie to, co w nas najlepsze. Zamiast sobie folgować, jak wtedy, gdy „nikt nie widzi”, w święta stajemy się odświętni, jak gdyby widziały nas jakieś istoty z lepszego świata, z którymi bardzo chcielibyśmy się połączyć. Powodowani tym pragnieniem, jak klątwę rzucamy za siebie wspomnienie zmór przeszłości, aby tak oczyszczeni i odnowieni w nowych szatach wkroczyć do Ziemi Obiecanej, którą jest dla nas opromieniona nadzieją Przyszłość.

Radość świąt bierze się właśnie z tej zgody, jaką daje wspólne odrzucenie „tego, co było”, zła, które nas podzieliło, oraz z tego wspólnego ufnego zapatrzenia w przyszłość, która tak pięknie rozpoczęta, nie może wszak się nam nie udać. Święta są tej przyszłości inicjacją i zadatkiem. Gdybyśmy nie umieli świętować i radować się własną nadzieją na wieczne i święte „będzie lepiej”, to cóż by nam jeszcze pozostało? Chyba tylko czarna rozpacz.

Dlatego mądre są te proste życzenia, aby święta były radosne, wesołe czy weselne. Bo oczyszczenie i nadzieja nie obywają się bez pogodnego i radosnego nastroju. Dlatego właśnie ludzie wybrali sobie na powód świętowania to, co zapowiadając lepszą przyszłość, przynosi dobry nastrój i zgodę: zwycięstwo dnia nad nocą, urodzenie się dziecka, wzejście zboża na polu. Nie bacząc więc na to, w co kto wierzy albo nie wierzy, radujmy się pospołu w te dni przesilenia i nadejścia nowego, świeżutkiego roku, bo trosk nigdy za mało, a wesela nigdy za wiele. Dobrego roku!

Oda do radości

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.