
Nabrałem dziś pewności, że tym jednym posunięciem Karol Nawrocki zapewnił sobie prezydenturę: poszedł wraz z bandą kiboli na pielgrzymkę jasnogórską, by zostać namaszczonym przez przeora tamtejszego klasztoru oraz Matkę Boską, która nie miała wyjścia. Otóż, kapelanem prezydenta elekta został ksiądz Jarosław Wąsowicz, który opiekuje się kibolami. Świat kiboli jest nader rozległy, polityczny i katolicki. I podobnie, jak Kościół, nieprzenikniony dla zwykłego śmiertelnika, a jednak dzierżący nad nim władzę dyskretną choć absolutną.
Data z 2 na 3 sierpnia tego roku jest świętem żałobnym Żydów, zwanym Tisza be-Aw, upamiętniającym zburzenie Pierwszej i Drugiej Świątyni Jerozolimskiej. Judaizm się zreformował i rozpierzchnął po diasporze. Chrześcijaństwo jest myślowym i kulturowym zjawiskiem wyrosłym na gruncie religii żydowskiej. Po Zagładzie mało kto już dziś używa sformułowania „cywilizacja judeo-chrześcijańska” na określenie kultury europejskiej. Pierwszy człon stał się poniekąd anachroniczny.
Dlatego to najlepszy moment, by napisać parę słów o najnowszej książce Artura Nowaka „Bóg odszedł z poczuciem winy”, której bohaterem i współautorem jest prof. Tadeusz Bartoś, jego biografia i myśl teologiczna. Tu dodam, że Artur Nowak wydał już całą serię rozmów z autorytetami w interesującej nas dziedzinie: z Arkadiuszem Stempinem („Kryminalna historia Watykanu. Kłamstwa, spiski, tajemnice”), ze Stanisławem Obirkiem („Skandaliści w sutannach”, „Gomora. Pieniądze, władza i strach w polskim Kościele”, „Antysemickie chrześcijaństwo”, „Babilon. Kryminalna historia Kościoła”), czy z Ireneuszem Ziemińskim („Chrześcijaństwo. Amoralna religia”).
Książka „Bóg odszedł z poczuciem winy” ma formę wnikliwej rozmowy o wędrówce życiowej i myślowej byłego dominikanina, który pod wpływem doświadczeń życiowych i rozmyślań, postanowił odejść z Kościoła i rozpocząć życie niereligijne. Trauma, jak byśmy to określili psychologicznie, odcisnęła swoje piętno na życiu Tadeusza Bartosia, który chyba z dużym powodzeniem ją zwalcza, a przynajmniej próbuje wykorzystać ku przestrodze innych. Odnalazł swoją miłość ziemską, Ankę, Annę Krajewską, i wspólnie prowadzą Studium Filozofii i Historii Idei, które pierwotnie było Dominikańskim Studium Filozofii i Teologii w Warszawie.
Nie jest moim zamierzeniem zreferowanie Państwu całej książki, ponieważ to niemożliwe i musiałbym napisać drugą książkę, a ponadto nie chcę wyczerpać wszystkich kwestii w niej zawartych, lecz jedynie zachęcić Was do uważnej lektury. Jest to bowiem piękna książka, dość mroczna, ale nie pozbawiająca Czytelnika nadziei, jako że poza fatalną diagnozą podsuwa też rozmaite recepty, choć może niełatwe, bo niezbyt tanie.
JEDNOSTKA I JEJ ŻYCIOWE WYBORY
Poznajemy młodego człowieka, jego dom rodzinny, matkę, ojca i rodzeństwo, otoczenie. Rodzina Tadeusza wychowuje go w duchu tradycyjnym, po katolicku. Ciągnie go z małej miejscowości w świat, do dużego miasta i środowiska artystycznego. Uczy się grać na saksofonie. Ma również potrzeby poszukiwawcze, chce poznawać życie poprzez studiowanie filozofii. Ponieważ mamy schyłek komuny, Tadeuszowi brakuje zaufania do uczelni świeckich, które jego zdaniem oferują jedynie filozofię marksistowską. Prawdziwą filozofię, nieskrępowaną demagogią i ideologią, oferują ośrodki kościelne i nasz bohater w związku z tym postanawia wstąpić do seminarium duchownego.
Jak każdy młody człowiek, Tadeusz pozostaje pod wpływem wizji świata idealnego, z uproszczonym i mylnym podziałem na to, co jedynie dobre i to, co złe, dodajmy zasugerowanym przez manipulatorów wychowawczych. Angażuje się z całą mocą w życie zakonne i pragnie przestrzegać wszelkich zasad reguły kościelnej, drobiazgowo i w przekonaniu, że tak jest szlachetnie, dla jego dobra i dobra świata. Nie ma pojęcia, że zarówno w nowicjacie, jak i potem trwa drugie życie, które pozwala ominąć wszelkie restrykcje i opresje. To drugie życie, o którym dowiaduje się po wielu latach, pozwala przetrwać mimo nieludzkich i wyśrubowanych standardów. Pozwala też rozwinąć całą maszynerię rzeczywistych układów i relacji międzyludzkich, opartych nie na religijnych przykazaniach, lecz na czysto ludzkich sympatiach, nie wyłączając życia towarzyskiego i erotycznego.
W ślad za studiami filozofów, Tadeusz Bartoś zyskuje znaczną myślową niezależność i potrzebę dalszych poszukiwań, co pozostaje w coraz wyrazistszej opozycji z regułami zakonnymi. Decyduje się zostać tomistą i dążyć do krytycznego, samodzielnego kreowania wizji świata. Zaczyna zadawać niewygodne pytania o pęknięcia i sprzeczności w katolickiej doktrynie i obrzędowości, zwłaszcza wyraziste w konfrontacji Arystotelesa z Augustynem. Św. Tomasz z Akwinu nie jest jedyną postacią, która patronuje Bartosiowi. Jego kolejnym objawieniem staje się Fryderyk Nietzsche z jego krytyką chrześcijaństwa i apoteozą myśli antycznej. Dorobek Nietzschego, jak wiemy, został fatalnie i gorliwie zawłaszczony przez nazistów, co z czasem doprowadziło do odrzucenia jego spuścizny.
Tadeusz Bartoś dzieli się intuicją, że prawdziwe życie ludzkie winno być autentyczne, wynikające z pragnień, chęci własnych, nie tłumionych widmem grzechu i nieposłuszeństwa. Życiu pogrążonemu w smutku i rozpaczy, poczuciu winy i lęku przed grzechem, przeciwstawia dionizyjską radość, wyrażoną w tańcu, śpiewie i afirmacji istnienia. Woli mocy przeciwstawia dziwaczny, będący pleonazmem konstrukt pojęciowy: „wolna wola”. Bo czyż wola może być bezwolna?
JEDNOSTKA W OKOWACH INSTYTUCJI TOTALNEJ
Oto nasz duchowny, zakonnik i wyświęcony ksiądz, zaczyna współtworzyć Kościół od środka, ale nie tylko współtworzyć. Także bacznie i coraz krytyczniej obserwować jego struktury i mechanizmy. Spędza wewnątrz całe dekady, wciąż próbując uporać się z uzasadnieniem swojego życiowego wyboru, któremu towarzyszy poznawczy dysonans. Ideał prysnął i trzeba podjąć życiową decyzję. Inni towarzysze niedoli, księża i zakonnicy, przyjmują rozmaite zazwyczaj mniej lub bardziej oportunistyczne strategie przetrwania, ale chyba wszyscy uczą się najpierw udawać świątobliwość głosem, gestem i mimiką. Powszechna jest zatem hipokryzja, dzięki której na zewnątrz instytucja Kościoła zachowuje swój prestiż i zacny wizerunek. Jedni udają lepiej, inni to kiepscy aktorzy.
Do opinii publicznej docierają coraz częściej skandale kościelnych hierarchów i szeregowych księży. Zawdzięczamy to wolnej prasie, której całkiem niedawno przeciwstawiał się jeden z papieży. Nieludzki przepis celibatu wiedzie mężczyzn w sutannach do skrajnej seksualnej frustracji.
Kościół wymaga bezwzględnego posłuszeństwa. Od swoich funkcjonariuszy i od wiernych. Występuje pod sztandarem religii miłości, która oferuje zbawienie wieczne, z tym że warunkowo. Dla Tadeusza Bartosia to przygnębiająca oferta, by ukazywać życie doczesne jedynie jako poczekalnie, pod wszechwładną kontrolą kleru, który wymaga uległości i straszy ogniem piekielnym. To terror strachu nakazuje wszystkim w Kościele pozostawać biernymi i przekonanymi do kościelnej racji. Księża funkcjonują w układzie feudalnym, są bezwzględnie lojalni wobec swoich przełożonych. Tego samego wymagają od parafian.
Podczas przygotowań do zostania księdzem uczą się, że posiadają niemal boską moc, co wielce schlebia osobowościom narcystycznym. Wiedzą, że całe życie pozostaną bezkarni, jednakże muszą się pilnować, aby ich niecne postępki nie ujrzały światła dziennego. Pomaga im w tym ukrywaniu cała korporacja. Bartoś porównuje funkcjonowanie klasztoru do więzienia, czy koszar, zaś całego Kościoła do partii autorytarnych, nazistowskich i komunistycznych, zaś współcześnie do partii wodzowskich typu PiS. Obowiązuje hierarchia, milczenie, aktorstwo i ślepe wykonywanie poleceń służbowych.
Tak jak w klasztornej czy kościelnej kruchcie kler ma nad sobą nawzajem kontrolę, podobnie przenosi ten obyczaj na wiernych, głównie poprzez sakrament spowiedzi. Ludzie na własne życzenie dzielą się z księdzem najskrytszymi sekretami, co samo w sobie jest upokarzające i poniżające, ale zwłaszcza w stosunku do małych dzieci, siedmiolatków, które zmusza się do pokuty.
Kościół nie jest instytucją demokratyczną, przeciwnie – jest wrogiem wszelkich przejawów demokracji. Ludzie współtworzący Kościół stają się niewolnikami na własne życzenie i uzależniają się od koncepcji odpuszczenia grzechów w imię zbawienia. Pozwalają, by odebrać im podstawowe prawa człowieka, wolność, samodzielność, niezależność.
JEDNOSTKA I SPOŁECZEŃSTWO W KULTURZE CHRZEŚCIJAŃSKIEJ
Bohater książki „Bóg odszedł z poczuciem winy” twierdzi, że tzw. Kościół otwarty jako rzekoma alternatywa dla typowego kościoła, jest jedynie listkiem figowym, który pozostaje bezradny wobec odwiecznych zwyczajów rządzących tą instytucją. Podobnie, jak skądinąd poczciwi i myślący duszpasterze, którzy w jego łonie pozostają. I podobnie jak papieże, którzy coś próbują nieudolnie w jego strukturach reformować, lecz pozostają bezradni. Zresztą to pozoranctwo owo reformowanie zważywszy na osobę papieża Polaka, który krył pedofilię w Kościele. Tadeusz Bartoś napisał o tym książkę i od tego czasu został wyklęty ze wspólnoty.
Sobór Watykański II, który był odpowiedzią na całkowicie zmienioną rzeczywistość powojenną, pozostał martwą literą prawa kanonicznego. W istocie nic albo niewiele się zmieniło. Wszystko pozostało po staremu, niemniej zostaliśmy uwiedzeni zbiorem pięknych słów i haseł bez pokrycia. Kościół tłamsi różnorodność, bierze pod but kobiety, pluje jadem wrogości wobec innowierców.
I nawet tacy jak ja, ateiści, pozostają pod przemożnym wpływem Kościoła, ponieważ są wobec niego reaktywni. Pozwalają się nazywać ateistami lub agnostykami, co jest zwyczajem narzuconym przez Kościół. Dokonują apostazji, co także wynika z kościelnych nakazów i niczego nie zmienia poza dodatkową adnotacją w parafialnych księgach. Pozostajemy odmieńcami w kulturze chrześcijańskiej, my wyznający inne religie lub nie wyznający żadnej, podobnie jak ksiądz Bartoś został napiętnowany mianem zdrajcy i uciekiniera.
Kościół jest głównym architektem naszej europejskiej kultury, co niewątpliwie wygląda na budowlę wielce posępną. Począwszy od naznaczenia grzechem pierworodnym za samą potrzebę poznania świata i jego reguł, poprzez niezrozumiałą ofiarę mesjasza chrześcijańskiego z woli jego ojca, którego lud boży ma gorliwie naśladować. Wszelkie przejawy krytyki wszechobecnego Kościoła dodają mu sił, także te wynikające ze skandali z jego własnym udziałem. Kościół mobilizuje wiernych do jego obrony, ponieważ zawładnął niepodzielnie ich światem i innego poza nim nie mają. Katolicy żyją w umartwieniu i zgryzocie, gorzkich żalach, poczuciu winy i wstydu, że w ogóle tu na tym ziemskim łez padole są, na drodze krzyżowej, etc.
Społeczność Kościoła spaja gorąca i nieokiełznana zazdrość czy też zawiść o wszystko, dlatego wierni pragną zunifikowanego, zuniformizowanego świata, w którym nikt nie będzie się od pozostałych specjalnie różnił. Panuje kult średniactwa i ubóstwa, szczególnie myślowego. Apel o naprawianie tego naszego ułomnego wciąż świata sprowadza się do siłowej ewangelizacji, co nie wymusza prób samodoskonalenia człowieka, przeciwnie – wpędza go w kierat rytuałów religijnych, bezmyślnie odprawianych i pozbawionych jakiegokolwiek znaczenia.
Czy Bóg odszedł z poczuciem winy? Dla Tadeusza Bartosia być może tak, choć zastrzega, że jest w trakcie ciągłych poszukiwań. Pytanie do nas samych, czy potrafimy się wyzbyć irracjonalnego poczucia winy, nie tego sumienia, które pełni roli ideału, ani wewnętrznej kontroli i regulacji, tylko rolę karzącą i karcącą, choćby nie było żadnego pretekstu, albo może błahy. Poczucie winy jest permanentnym stanem naszej kultury, niekiedy chętnie podmieniane przez poczucie krzywdy i chęć odwetu. Ofiary stają się katami dla siebie samych i otoczenia. Nic dobrego z tego nie wynika, a Bóg patrzy z góry i podobno śmieje się do rozpuku. Z nas i z siebie.
Serdecznie polecam tę książkę.
Przemysław Wiszniewski
Kategorie: Uncategorized


Jestem pewien, że PW promuje książkę Artura Nowaka tak samo benadzjeną jak i jego własne dzieła. Oczywiście stowarzyszenie wzajemnej adoracji.
Zirytowal mnie paragrafem przed rekłamą książki „Bóg odszedł z poczuciem winy”. Chwytliwy tytuł nawiasem mówiąc.
Oto ten paragraf:
Data z 2 na 3 sierpnia tego roku jest świętem żałobnym Żydów, zwanym Tisza be-Aw, upamiętniającym zburzenie Pierwszej i Drugiej Świątyni Jerozolimskiej. Judaizm się zreformował i rozpierzchnął po diasporze. Chrześcijaństwo jest myślowym i kulturowym zjawiskiem wyrosłym na gruncie religii żydowskiej. Po Zagładzie mało kto już dziś używa sformułowania „cywilizacja judeo-chrześcijańska” na określenie kultury europejskiej. Pierwszy człon stał się poniekąd anachroniczny.
Co te dwa ostatnie zdania mają oznaczać? Czyżby autor miał na myśli zagładę jako długie i uporczywe wysiłki lewicy wyeliminować pojęcie Judeo-chrześciański styl życia. To czemu użył zagładę. Ja myślę, że nie chciał, bo przecież musiał by przyznać, że przecież islam to nie judaism i nie chrześciaństwo a jest czyms przeciwnym i ohydnym.
Benjamin Vogel, ten tekst jest napaścią na Kościół Chrześcijański wyłożona na blog żydowski. Nie wnikam czy autorem jest Żyd czy Chrześcijanin, wystarczy że tekst jest demagogiczny, kontrowersyjny i figuruje w bardzo niewłaściwym miejscu a jego wymowa jest otwarcie antyklerykalna.
Czyżbyśmy nie mieli wystarczająco własnych spraw aby zajmować się obalaniem polskiego Kościoła ?
Droga Ewo, jeśli mogę, Ten tekst nie jest krytyczny wobec chrześcijaństwa tylko wobec ”urzędników pana Boga”. A to duża różnica!
Ten opis to skrajny pamflet na religię i kościół. Nie wiem czy naprawdę tak krytyczna względem Kościoła chrześcijańskiego jest sama książka czy też jest to tylko interpretacja pana Wiszniewskiego.
Smutne że tak atakujacy chrześcijaństwo tekst pojawia się na żydowskim blogu.
W każdym razie skutecznie mnie on zniechęcił to czytania jednostronnych, nienawistnych i krzywdzących pamfletów na jakąkolwiek religię pod płaszczykiem beletrystyki. Niezależnie czy ta religia jest chrześcijaństwo, judaizm czy buddyzm
( islamu nie wymieniam gdyż to nie jest religia lecz przebrany za religię program polityczny podbicia świata, zresztą bardzo skuteczny)
Taka szkalująca « literatura » wygląda mi na kolejną próbę prania mózgu i manipulowania czytelnikiem. Tym razem ze strony ateistów.