
Jan Hartman
Potworność reżimu w Teheranie jest trudna do wyobrażenia. Ci ludzie, broniąc swojej władzy, wymordowali w ostatnim czasie z zimną krwią być może nawet trzydzieści tysięcy Irańczyków protestujących przeciwko biedzie i zniewoleniu. Mimo to nie wiem, czy mieszkańcy Iranu cieszą się, że ich brutalny rząd właśnie dostaje łupnia od Amerykanów i Izraelczyków. Większość ma zapewne ambiwalentne uczucia – reżim jest wprawdzie powszechnie nienawidzony, lecz Ameryki, a tym bardziej Izraela, również nikt w Iranie nie kocha. Tak czy inaczej, zabicie Chameneiego ucieszyło tak wielu Irańczyków, że mieli odwagę manifestować swą radość nawet w kraju, co z pewnością jest niebezpieczne. Przy okazji po raz kolejny wszyscy przekonali się, że Mossad ma naprawdę długie ręce i dopadnie każdego, kto zabija Izraelczyków.
Czy z tej nowej odsłony Wielkiej Wojny Bliskowschodniej cieszą się kraje arabskie i ich społeczeństwa? Prawdopodobnie tak, gdyż w państwach sunnickich religijny fanatyzm szyickich ajatollahów oraz arogancja ich rozsianych po regionie bojówek budzą niechęć i gniew. Jeśli ktokolwiek solidaryzuje się z agenturami Iranu, to tylko dlatego, że kojarzą się one z walką z Izraelem, nienawidzonym przez większość Arabów. Większość, ale nie wszystkich. Nie brakuje bowiem Arabów, którzy Izrael szanują, za to po prostu nie lubią Palestyńczyków – tych, którzy pewnego dnia postanowili oddzielić się od narodu arabskiego, a od kilku dekad zasilają swoje organizacje terrorystyczne szyickim groszem.
Atak na Iran nie budzi entuzjazmu w Moskwie. Rosja wprawdzie zyska na spodziewanym wzroście cen ropy, lecz więcej straci, nie mogąc już liczyć na dostawy tanich dronów i innego sprzętu z Iranu. Zresztą utrata tak bliskiego sojusznika, jakim dla Putina był Chamenei, z natury rzeczy jest porażką. Upadek al-Asada i upokorzenie irańskiej dyktatury pozostawiają Rosjanom niewiele przestrzeni na Bliskim Wschodzie. W opuszczone przez nich miejsca mogą bez trudu wejść Chińczycy, będący o wiele atrakcyjniejszymi partnerami dla arabskich szejków niż ślamazarni gangsterzy nasłani z Kremla.
A czy cieszą się mieszkańcy Izraela? Ogólnie tak – lęk przed Iranem był dla nich przez ostatnie lata wielkim obciążeniem psychicznym. Choć już pół roku temu, gdy okazało się, że Iran to kolos na glinianych nogach, obawy te zmalały, nadal panuje przekonanie, że potencjał nuklearny i konwencjonalny Teheranu musi zostać zniszczony, zanim zostanie użyty. Jednak Izraelczykom nie uśmiecha się – zwłaszcza po dwóch latach wojny w Gazie – spędzanie kolejnych miesięcy w schronach, nie wspominając o strachu przed irańskimi rakietami, których nie uda się zestrzelić. Wszyscy liczą się ze stratami w ludziach, co jest świadomością przygnębiającą. Z drugiej strony: a nuż się uda i naród irański wkrótce się obudzi, by obalić krwawą despotię? Wielu ludzi, także w kręgach wojskowych, ma na to nadzieję. Oficjalnie wzywa do tego Netanjahu, wtórując Trumpowi, ale nie sądzę, by mówili to szczerze.
Ta wojna pewnie nie skończy się szybko, na przykład w dwanaście dni, jak ta zeszłoroczna. Obecny atak można uznać za kontynuację działań rozpoczętych w 2025 roku. Najwyraźniej Amerykanie dążą do istotnej zmiany w Teheranie i będą uderzać, dopóki jej nie wymuszą. Jaka to może być zmiana? Nie jestem ekspertem od spraw bliskowschodnich, ale widząc sposób postępowania Trumpa, można zakładać, że nie obchodzi go rewolucja ani zwrot demokratyczny, lecz podporządkowanie nowej ekipy dyktatowi USA w kwestiach militarnych. Gdy znajdzie się grupa generałów, która obieca rezygnację z zakazanej broni, Trump zapewne nakaże wstrzymanie ostrzału. To bardzo prawdopodobny scenariusz: reżim przetrwa w zmodyfikowanej formie – bez ambicji nuklearnych i masowego mordowania obywateli. Trumpowi to wystarczy, by ogłosić kolejne wielkie zwycięstwo i podreperować notowania swojej prezydentury, coraz mniej popularnej z powodu słabych wyników gospodarczych, łamania praworządności oraz afery Epsteina. Obalenie reżimu byłoby niezwykle trudne, nawet przy wielkiej determinacji USA i narodu irańskiego. Amerykanie musieliby wejść do Teheranu, ryzykując życie wielu żołnierzy, a lud musiałby wyjść na ulice wprost pod kule „strażników rewolucji”. To scenariusz mało realny.
Powodu do radości z pewnością nie mają Palestyńczycy. Zaangażowanie Izraela w konflikt z Iranem osłabi jego obecność w Gazie, co niechybnie wykorzysta Hamas. Trump, w imię swojej wizji „szponiastego gołąbka pokoju”, zatrzymał wojnę w Gazie, umożliwiając Hamasowi przetrwanie. Pokazał tym samym, że wolność Palestyńczyków go nie interesuje, a organizacje terrorystyczne nie są jego zmartwieniem. Jeśli na Izrael zaczną spadać irańskie rakiety, Hamas z pewnością się uaktywni, atakując wojska izraelskie i pastwiąc się nad ludnością cywilną. To potrafi najlepiej. Zajęte Iranem IDF nie będą mogły skutecznie zareagować, a kapryśny patron zza oceanu na to nie pozwoli. Nigdy jeszcze Izrael nie zależał tak bardzo od USA i nigdy ta zależność nie była tak frustrująca. Dziś wygląda to tak, jakby ofiary horroru w Gazie poszły na marne. Wyzwolenie Gazy od Hamasu odwleka się w nieokreśloną przyszłość, nie wspominając o powrocie do planów pełnej suwerenności jej mieszkańców.
Prawdziwa radość z krytycznych kłopotów Teheranu zapanowała zapewne w Arabii Saudyjskiej i Turcji. Bo raczej nie w USA. Dla Amerykanów to daleka wojna zastępcza, którą spanikowany Trump prowadzi w prywatnym interesie, ratując topniejącą popularność. Co więcej, jest to wojna nielegalna, bo niezatwierdzona przez Kongres. Europa też nie jest szczęśliwa – widać wyraźnie, że z tragedią Ukrainy i konfrontacją z Putinem wkrótce zostanie sama. Do tego dochodzi wzrost cen ropy. A Pekin? Cóż, gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Chińczyków wojna ta niespecjalnie obchodzi, ale stanowi cenny punkt w rozgrywce z USA. Ameryka uwikłana w konflikt zbrojny nie staje się przecież silniejsza.
Mam nadzieję, że Iran przestanie być śmiertelnym zagrożeniem dla Izraela i innych państw. Mam nadzieję, że ten odrażający reżim nieco się ucywilizuje i przestanie mordować kobiety za brak chusty. Mam nadzieję, że wojna nie będzie się ciągnąć miesiącami. Śmierć Chameneiego sama w sobie daje pewną satysfakcję. Na tym świecie nie ma prawdziwej sprawiedliwości, ale zdarzają się jej przebłyski.
Kategorie: Uncategorized

