
Frederick Alexander
Kiedy najgłupsi ludzie w pomieszczeniu mają najgłośniejsze mikrofony.
Ogólnie rzecz biorąc, jestem przeciwny kryminalizacji głupoty. Nie można nikogo winić za to, że urodził się z niskim IQ lub miał pecha, nie otrzymując wykształcenia – choć to ostatnie nie jest stricte głupotą, a rezygnacja z zachodniego wykształcenia uniwersyteckiego coraz częściej okazuje się mądrym posunięciem.
Jednak niektóre wypowiedzi są tak durne, tak pozbawione logiki i sensu, tak ewidentnie obliczone na tani poklask zamiast na dialog z inteligentnymi ludźmi, że uważam, iż ich autorzy muszą ponieść konsekwencje. Trzeba za to zapłacić określoną cenę. Wrócę do tego później.
Billie Eilish jest – jak mnie zapewniano – utalentowaną piosenkarką. To osoba, która potrafi zapełnić stadion i wzruszyć nastolatków samą zmianą akordu. Jest również osobą, która stojąc na scenie podczas rozdania nagród Grammy, mówi światu, że „nikt nie jest nielegalny na skradzionej ziemi” – i otrzymuje za to owację na stojąco.
Zastanówmy się nad tym przez chwilę. Jeśli cała ziemia jest „skradziona” – a była ona wielokrotnie kradziona przez różne grupy w toku historii – to logicznym wnioskiem jest albo to, że wszyscy są wszędzie nielegalnie, albo że nikt nigdzie nie jest nielegalny. Jeśli przyjmiemy to drugie, każdy kraj na świecie powinien otworzyć granice dla każdego, kto zechce do niego wjechać.
Nawet dziecko potrafi zrozumieć, że byłoby to niepraktyczne. Ale Billie Eilish nie jest dzieckiem, jest celebrytką – całkowicie odizolowaną od prawdziwego świata, otoczoną przez pochlebców i innych bogatych kretynów myślących w ten sam sposób.
Ona nie musi rozumieć, co oznacza ta zapisana w scenariuszu kwestia. Jedyne, co musi przekalkulować, to czy ta fraza brzmi empatycznie. W jej świecie brzmienie współczujące jest tożsame z byciem współczującym – a to najwyższy szczebel w hierarchii osób żądnych statusu. Potwierdzają to owacje na stojąco.
Dlaczego ma to znaczenie? Kogo obchodzi, co myślą piosenkarze i aktorzy?
Cóż, wyobraźcie sobie, że ktoś mówi Eilish, że sama Ziemia (jako planeta) jest „skradzioną ziemią”. Skradzioną komu dokładnie? To bez znaczenia. Może dinozaurom. Chodzi o to, że do piątku w Los Angeles odbyłaby się manifestacja pod hasłem #FreeEarth. Zaprojektowano by przypinkę w kształcie tyranozaura. Gwiazdy nosiłyby ją z dumą, a fani poszliby w ich ślady. W ciągu miesiąca Greta Thunberg porzuciłaby kefiję na rzecz kombinezonu w jaszczurcze wzory i opublikowała manifest zatytułowany „Asteroida” o traumie przodków z ery mezozoicznej. A każdy, kto zauważyłby, że Ziemia nie należy do nikogo – a raczej do wszystkich – zostałby oskarżony o „planetarną supremację”.
A potem ktoś obwiniłby o to Izrael. I nagle zrobiliby to wszyscy.
Gwiazdy Hollywood nie są ideologami. Nie opracowały żadnej filozofii politycznej ani ram ekonomicznych. Nie zmagają się z dialektyką marksistowską ani teorią dekolonialną. Są pustogłowymi „pożytecznymi idiotami”, którzy dostrzegli okazję do podbicia własnego statusu i skwapliwie z niej skorzystali. Schemat „oprawca–ofiara” to najskuteczniejsza maszyna do sygnalizowania cnoty (virtue signaling), jaką kiedykolwiek wynaleziono. Nie trzeba niczego rozumieć. Wystarczy wiedzieć, kto jest ofiarą, a kto złoczyńcą – a następnie ogłosić, że stoi się po właściwej stronie historii.
Hollywood idealnie się do tego nadaje, ponieważ tworzą je ludzie żyjący z opowiadania prostych historii o dobru i źle. To właśnie czyni ich tak niebezpiecznymi. Oni naprawdę wierzą, że życie jest tak czarno-białe i że to oni stanowią jego centrum. Moralni narcyzi są wszędzie, ale ci z Hollywood są dosłownie wszędzie – na każdym ekranie, w każdym feedzie, wmawiając młodym ludziom, że Izrael jest zły, a „brązowi ludzie” są uciskani. Bez kontekstu, bez niuansów, bez żadnej złożoności. Istnieje tylko jedna opowieść, powtarzana i zniekształcana, aż w końcu zapożyczają ją sadyści i fanatycy jako swoją moralną przykrywkę.
Podczas rozdania Złotych Globów reporter zapytał Billa Mahera, dlaczego nie nosi przypinki „Be Good” – hołdu dla Renee Good. Połowa celebrytów na sali miała ją już wpiętą w klapy. Odpowiedź Mahera brzmiała:
„To, co się stało, było straszne. Gdyby oni nie zachowywali się jak bandyci, nie musiałoby do tego dojść. Ale nie muszę nosić przypinki, żeby to wiedzieć”.
Później w swoim programie doprecyzował:
„Mam nadzieję, że nie zepsułem doskonałej statystyki przypinek i wstążek rozwiązujących problemy świata. Nie potraficie wymienić ani jednego problemu – od dostępu do broni, przez AIDS, po znęcanie się i raka piersi – który przestałby istnieć dzięki temu, że ludzie nosili wstążkę. Istnieją one wszystkie. Wy pieprzeni pozerzy”.
Niewiele gwiazd tak skutecznie obnaża hipokryzję własnego środowiska jak Maher. On rozumie, że przypinki i wstążki nie są deklaracjami politycznymi, lecz akcesoriami. Sygnalizują przynależność do ekskluzywnego klubu – „People Who Care™” (Ludzi, Którym Zależy). A ściślej: klubu ludzi, którzy potrzebują, aby wszyscy widzieli, że im zależy.
Dlatego właśnie ich milczenie w sprawie Iranu jest tak wymowne. Ten system ujawnia swoją prawdziwą naturę: nie jest zaprojektowany do zajmowania się realnymi problemami, a jedynie tymi „bezpiecznymi”. Podczas gdy Billie Eilish ćwiczy kwestie o „skradzionej ziemi”, Republika Islamska masakruje własnych obywateli. Dziesiątki tysięcy osób zginęło w ciągu zaledwie dwóch dni, zastrzelonych przez Gwardię Rewolucyjną na bezpośredni rozkaz Chameneiego. Większość ofiar nie miała nawet 30 lat. Rząd odciął internet, by to ukryć, a lekarze przemycali nagrania przez Starlinka.
Gdzie jest przypinka na tę okazję? Gdzie hashtag? Gdzie Mark Ruffalo?
Nikogo to nie dziwi, bo Iran nie pasuje do schematu. Tutaj opresorem jest islamska teokracja, a nie zachodnia demokracja. Krytyka islamu w Hollywood to zawodowe samobójstwo. Dlatego oni po prostu tego „nie widzą”. Ich radar wyłapuje tylko te sygnały, które nadają się do łatwego manifestowania moralnej wyższości. Iran się do nich nie zalicza.
„Wasze głosy naprawdę mają znaczenie” – powiedziała Eilish na koniec przemówienia. To prawda, ale nie w taki sposób, jak jej się wydaje. Gwiazdy są tak przekonane, że dobre intencje są równe dobrym wynikom, iż myślenie staje się dla nich opcjonalne. A ich młoda, niedoświadczona publiczność bezkrytycznie to kupuje.
Co sprowadza mnie z powrotem do kosztów. Do ceny, którą należy zapłacić.
Kusząca jest wizja wynajęcia Airbusa A380 i natychmiastowego przetransportowania całej hollywoodzkiej śmietanki do Teheranu, aby na własnej skórze poczuli prawdziwy koszt walki o wolność. Jednak realna cena moralnego narcyzmu powinna być prostsza. Wyznawanie „luksusowych przekonań” powinno stać się skrajnie żenujące, a wręcz piętnowane. Wyrażanie wyuczonych opinii na temat Strefy Gazy przy jednoczesnym ignorowaniu irańskiego faszyzmu religijnego powinno oznaczać koniec kariery.
Nie dlatego, że nakaże tak jakiś urząd, ale dlatego, że wystarczająca liczba ludzi odzyska jasność moralną, by dostrzec tę hipokryzję – pustą grę o status. Ludzie po prostu przestaną oglądać ich filmy i słuchać ich muzyki, uznając to wszystko za zwyczajnie odrażające.
Dopiero wtedy, gdy kalkulacja statusu przestanie się zgadzać, a moralne popisy przestaną się opłacać, narcyzi z Hollywood zatrzymają się i zastanowią, czy cokolwiek z tego, co mówili, było kiedykolwiek prawdziwe.
Znani aktywiści to niebezpieczni idioci
Kategorie: Uncategorized


Tak się złożyło , że akurat dzisiaj rano po przebudzeniu , myślałam o dziwnym i pokracznym świecie , w którym każdy debilowaty gwiazdor w tym nawet gwiazdorzy piłki nożnej ( co jeszcze nie tak dawno byłoby niemożliwe, bo nikt nie spodziewała się , że poza kopaniem piłki od dziecka , coś jeszcze potrafią), zabiera głos w sprawach historii, polityki i społeczeństwa.
Proponuję rozwiązanie: W momencie kiedy gwiazda otworzy swe ust korale i zacznie opowiadać jak bardzo jest szlachetna, zacząć śpiewać i to brzydko, byle jak . Robić to co oni robią swojej publiczności : zamiast np. Śpiewać , opowiadają o swoich poglądach politycznych. Śpiewajmy i krzyczmy: „proszę ńie mówić , tylko śpiewać”
Może ta rada pomoże.