Uncategorized

Zachód się skończył. Wojna nie.

Andrew Fox

Podczas gdy Waszyngton dryfuje w stronę autokracji, Ukraina i Izrael pozostają na froncie demokracji. Europa odkrywa, że nie może już zlecać przywództwa Ameryce.

Wróciłem z kolejnej misji badawczej na Ukrainie. Wraz z Jakiem Wallisem Simonsem nagrywaliśmy wywiady do programu The Brink. Wizyta w kraju ogarniętym wojną zawsze wiąże się ze specyficzną odpowiedzialnością. Wymaga chłodnej analizy z bezpiecznego dystansu, skonfrontowanej z intymnością osobistych tragedii i dziwną normalnością trwającą pośród syren oraz morza pomników poległych żołnierzy.

Po powrocie do Wielkiej Brytanii najbardziej uderza mnie nie tylko brutalność rosyjskiej inwazji, ale rosnąca przepaść między prawdą a tym, w co ludzie chcą wierzyć. Rosyjska propaganda oferuje gotowy, odwrócony świat moralny: tutaj agresja jest obroną, imperializm – ofiarą, a suwerenność sąsiadów – prowokacją. Każdy, kto spędził czas na Ukrainie słuchając, zamiast pouczać, widzi, jak krucha jest ta narracja w starciu z rzeczywistością.

Ukraina, jak każdy kraj, ma swoje wady. Jednak rosyjskie mity o „winie NATO”, „korupcji” i „nazistach” przeniknęły do amerykańskiego mainstreamu z siłą prawd objawionych. W Europie te idee są wciąż marginalne, ale przestaje to dawać komfort. Prawdziwym zagrożeniem jest moment, w którym margines staje się językiem władzy.

Rozpad starej mapy

Ukraina i Izrael znajdują się na pierwszej linii walki cywilizacyjnej między demokracją a autokracją. Problem w tym, że stara mapa, według której nawigowaliśmy w tym konflikcie, jest już nieaktualna. Biały Dom Donalda Trumpa niebezpiecznie skręca w stronę autorytaryzmu, a Ameryce nie można już ufać. „Zachód” przestał istnieć jako jednolity blok. Wartości pozostały, ale koalicja, która je podtrzymywała, rozpadła się przez fundamentalne różnice w ich rozumieniu.

Obserwujemy to pęknięcie w czasie rzeczywistym. Podczas tegorocznej Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa sekretarz stanu Marco Rubio szafował retoryką „cywilizacji zachodniej”, by zaraz potem udzielić wsparcia Viktorowi Orbanowi – proputinowskiemu destruktorowi z Węgier. Rok wcześniej J.D. Vance ostrzegał Europę, że wsparcie USA będzie uzależnione od tego, czy unijna polityka skręci w stronę populizmu.

Dla obecnej administracji w Waszyngtonie liberalne bezpieczniki – niezależne sądy, pluralizm, wolna prasa – nie są fundamentami Zachodu, lecz przeszkodami w sprawowaniu władzy. Demokracji nie definiuje częstotliwość używania słowa „wolność”, lecz instytucje, które czynią ją trwałą.

Czym jest Zachód?

Termin „Zachód” staje się coraz mniej pomocny. Sugeruje klub, do którego się przynależy przez urodzenie, a nie zestaw zobowiązań. Sprzyja samozadowoleniu i leniwemu założeniu, że „zachodniość” gwarantuje określone standardy moralne. To błąd.

Dla Europy wartości zachodnie to poszanowanie godności jednostki, rządy prawa i wolność słowa – wynik ewolucji od greckiej filozofii po oświeceniowy rozum. Przemówienia Rubio i Vance’a dowodzą, że administracja Trumpa tej tradycji nie rozumie. Dla nich „Zachód” to odmiana XX-wiecznego hasła „rodzina, kraj, Bóg”, zakorzeniona wyłącznie w chrześcijańskiej kulturze i dumie narodowej. To wizja sprzeczna z europejską. W naszej pamięci wciąż żyje bolesne wspomnienie ideologii Kinder, Küche, Kirche, która doprowadziła do globalnej katastrofy.

Symbolem nowej ery jest Trumpowska „Rada Pokoju” – alternatywa dla ONZ oparta na transakcjonalizmie. To świat, w którym legitymizacja nie wynika z zasad, lecz z siły i wielkości wpłat.

Sieć autokracji

Rosja, Iran, Chiny i Korea Północna nie są po prostu graczami realizującymi swoje interesy. Tworzą sieć powiązanych reżimów, które wymieniają się technikami inwigilacji i strategiami omijania sankcji. Ich wspólnym celem jest erozja demokratycznej legitymizacji. Chcą, by nasze społeczeństwa stały się cynicznie wyczerpane i zdezorientowane. Ukraina obala ich tezy samym swoim istnieniem.

Ukraina nie jest idealna, ale jest autentyczna. Dokonała wyboru: chce należeć do świata, w którym liderów usuwa się przy urnie, a nie przez zamach stanu, i gdzie granice nie są przesuwane artylerią. Każda złotówka i każde ukraińskie życie to waluta wydana w naszym imieniu. Jeśli zasada suwerenności upadnie w Donbasie, stanie się precedensem, który dotrze wszędzie tam, gdzie autokrata wyczuje słabość.

Izrael: Między młotem a kowadłem

Izrael również trwa na froncie, choć w innej konfiguracji. Jest otoczony przez siły odrzucające samo jego prawo do istnienia. Jednak strategicznie Izrael jest uwięziony. Jego zależność od USA – w kwestii broni, wywiadu i ochrony dyplomatycznej – jest krytyczna. Gdy Waszyngton staje się nieprzewidywalnym graczem transakcyjnym, ta zależność zmienia się w pułapkę.

Widać to w postawie Izraela wobec Ukrainy. Jerozolima odmawia przekazania Żelaznej Kopuły, obawiając się reakcji Rosji i wycieku technologii, ale jednocześnie wysyła generatory do Kijowa. To moralna pomoc w wąskich granicach wyznaczonych przez strach.

Szczególnie wymowne były głosowania w ONZ. W 2025 roku Izrael wraz z USA głosował przeciwko integralności Ukrainy, lądując w jednym obozie z Koreą Północną. W tym tygodniu Izrael poparł Ukrainę, podczas gdy USA wstrzymały się od głosu. Ten rozjazd pokazuje wszystko: gdy najbliższy sojusznik staje się nieobliczalny, mniejsze państwa muszą kłaniać się nowym centrom ciężkości.

Koniec iluzji

Izrael pozostaje jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie. Różnica między demokracją z wadami a autokracją ma charakter strukturalny: w tej pierwszej błędy można naprawić bez rozlewu krwi, a nadużycia ujawnić bez trafienia do kolonii karnej. Autokracja ma tylko aparat władzy i narrację o „przeznaczeniu”.

Dlatego propaganda osi autorytarnej jest tak groźna. Ma przekonać nas, że nic nie jest warte obrony. Największym sukcesem Putina było uwiedzenie części amerykańskiej wyobraźni politycznej. Obraz amerykańskich żołnierzy rozwiniętych na czerwonym dywanie przed Putinem na Alasce w sierpniu 2025 roku to potężny symbol tej kapitulacji.

Trzy wymogi dla Europy

Europa oddalona od Ameryki to strategiczna tragedia, ale pragnienie powrotu do przeszłości nie zmieni realiów. Co zatem musimy zrobić?

  1. Przywrócenie powagi. Nie gesty i slogany, ale realny potencjał przemysłowy, zapasy amunicji i odporność energetyczna. Żyliśmy z „dywidendy pokoju” wypracowanej przez przodków, zakładając, że porządek odnawia się samoczynnie. To był błąd.
  2. Higiena intelektualna. Odmowa akceptacji propagandy dlatego, że jest wygodna. Jeśli twój argument wymaga uznania inwazji za „winę NATO”, de facto wspierasz prawo silniejszego do podboju.
  3. Zachód jako projekt, nie tożsamość. Jeśli stara definicja Zachodu pękła, traktujmy go jako zadanie. Projekt ma członków dlatego, że wykonują pracę, a nie dlatego, że dziedziczą etykietę.

Linia frontu nie przebiega tylko w Doniecku czy Jerozolimie. Przebiega przez nasze własne systemy polityczne. Chodzi o to, czy wybieramy demokratyczne ograniczenia, czy zaczynamy zazdrościć autokratom szybkości działania.

Reszta świata żyła w iluzji, że historia skończyła się w 1991 roku. Ukraina i Izrael nie miały tego luksusu. Musimy się obudzić i uzbroić naszych sojuszników. Jeśli tego nie zrobimy, sami będziemy musieli walczyć – w znacznie gorszych warunkach i z gorzką świadomością, że zostaliśmy ostrzeżeni.


Zachód się skończył. Wojna nie.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.