
Wojna z Iranem może rozbić oś zła i postawić Amerykę oraz Izrael na czele nowego porządku świata.
Wojna z Iranem, w której Ameryka i Izrael błyskawicznie kruszą potęgę Teheranu, nie tylko daje światu nadzieję na oddech poprzez eliminację jednego z najbardziej złowrogich i morderczych reżimów. Jesteśmy również świadkami wydarzenia jeszcze bardziej doniosłego – prawdopodobnych narodzin nowego ładu światowego, opartego na fundamencie sojuszu między Waszyngtonem a Jerozolimą.
Niczym tonący, który chwyta się dziurawej łodzi, premier Wielkiej Brytanii sir Keir Starmer kurczowo trzyma się „międzynarodowego porządku opartego na zasadach”. W rezultacie odmówił poparcia dla bombardowań Iranu, twierdząc, że są one sprzeczne z prawem międzynarodowym. Według tych reguł wojna jest dopuszczalna wyłącznie jako odpowiedź na atak, który jest nieuchronny lub już trwa.
Obrona jest akceptowalna, atak – nie. Fakt, że uderzenie prewencyjne może być jedyną skuteczną formą obrony, zostaje odrzucony jako „nielegalny”. Oznacza to, że nawet gdyby Iran dzieliło od zbudowania bomby atomowej zaledwie 10 dni, Izrael musiałby czekać z założonymi rękami niemal do momentu detonacji, by jego reakcja została uznana za zgodną z prawem. W takim ujęciu prawo staje się receptą na narodowe samobójstwo.
Kiedy 28 lutego 2026 roku wybuchła wojna, Starmer odmówił Amerykanom dostępu do brytyjskich baz lotniczych, w tym kluczowego obiektu na Diego Garcia. Ugiął się dopiero wtedy, gdy Iran zaczął wystrzeliwać rakiety w stronę sojuszników w Zatoce Perskiej oraz brytyjskich sił stacjonujących na Cyprze. Nawet ten spóźniony gest Starmer obwarował zastrzeżeniem: brytyjskie wojska mogą służyć do obrony sojuszników, ale nie do ataku na Iran. Co więcej, odmówił wsparcia amerykańskim i izraelskim jednostkom zaangażowanym bezpośrednio w działania ofensywne, uznając ich wojnę za „nielegalną”.
To stanowisko niespójne i moralnie nie do przyjęcia. Ta legalistyczna sofistyka wynika z faktu, że liberalni uniwersaliści pokroju Starmera uczynili z prawa międzynarodowego świecką religię. Wierzą oni naiwnie, że reguły te zastąpią wojnę kulturą negocjacji i kompromisu. Jednak zamiast położyć kres tyranii, ów porządek stworzył świat, w którym ONZ – administrator tychże zasad – de facto współpracuje z Hamasem. Organizacja ta od lat wzmacnia państwa stanowiące największe zagrożenie dla wolności: Rosję, Chiny, Koreę Północną i Iran, pozwalając im czynić z całego świata zakładnika ich morderczych ambicji.
Co więcej, cała międzynarodowa struktura praw człowieka i pomocy humanitarnej została przekształcona w broń wymierzoną w Izrael. Zamiast promować pokój, ułatwia ona i legitymizuje terroryzm oraz ludobójcze zapędy radykałów.
W efekcie Starmer naraził swój kraj na upokorzenie. Wielka Brytania – naród, który niegdyś dominował na morzach i w 1940 roku samotnie stawił czoła nazizmowi – dziś nie potrafi obronić własnych obywateli (w Dubaju i Abu Zabi mieszka ok. 240 tysięcy Brytyjczyków), zwlekając z wysłaniem choćby jednego okrętu na Cypr. Starmer ściągnął na siebie furię Emiratów i Kuwejtu, które przestały postrzegać Londyn jako wiarygodnego sojusznika. Prezydent Donald Trump, w swoim stylu, skwitował to krótko: „Keir nie jest Winstonem Churchillem”. Churchill z pewnością przewraca się w grobie.
Starmer zniszczył brytyjskie „specjalne relacje” z Ameryką i próbuje uczynić z Izraela pariasa – głównie dlatego, że Jerozolima odrzuca wiarę w kompromis, który byłby dla niej wyrokiem śmierci. Ta izolacja Izraela daje paliwo islamistom i antysemitom, którzy zatruwają brytyjskie społeczeństwo, wystawiając tamtejszych Żydów na pastwę losu.
Mało kto rozumie skalę zmiany, jaką niesie ta wojna. Iran był zwornikiem „osi zła”, która pchała świat ku przepaści. Upadek reżimu w Teheranie byłby śmiertelnym ciosem dla globalnego dżihadu, który od 1979 roku czerpał z Iranu inspirację i środki do walki z Zachodem.
Zniszczenie teokracji zmieniłoby geopolitykę, uderzając w Chiny i Rosję. Dla Pekinu Iran był kluczowym dostawcą ropy i ważnym ogniwem Inicjatywy Pasa i Szlaku. Dla Moskwy – niezbędnym źródłem dronów i bramą korytarza transportowego Północ-Południe. Po wyeliminowaniu wpływów irańskich, miejsce „osi zła” mógłby zająć nowy sojusz wolności i dobrobytu.
Jego sercem jest wspólnota wywiadowcza i militarna Ameryki – która pod wodzą Trumpa odzyskuje rolę lidera wolnego świata – oraz Izraela, który powrócił do swojej biblijnej tożsamości wojownika i stał się regionalnym mocarstwem. Izrael ma szansę stać się zwornikiem korytarza gospodarczego Indie-Bliski Wschód-Europa (IMEC), spychając chińskie projekty w cień.
Kluczową rolę odgrywają tu Indie. Premier Narendra Modi, odwiedzając Izrael w przededniu konfliktu, potwierdził, że Delhi jest lojalnym sojusznikiem w walce z islamizmem. Dalsza normalizacja stosunków z państwami arabskimi, a w przyszłości – miejmy nadzieję – z wolnym Iranem, może zapoczątkować erę bezprecedensowej stabilności.
Zniszczenie irańskiego reżimu to szansa na „nowy, wspaniały świat” – nie w sensie dystopii, lecz realnego zwycięstwa cywilizacji nad barbarzyństwem. Keir Starmer postawił Wielką Brytanię po złej stronie tej dziejowej barykady. „Porządek oparty na zasadach”, któremu tak służy, zamiast braterstwa ludzi przyniósł wpływy Bractwa Muzułmańskiego, które systematycznie podbija Europę od wewnątrz.
Ta wojna może skończyć się chaosem, ale z perspektywy czasu może też zostać uznana za punkt zwrotny: moment, w którym stary, dekadencki porządek ustąpił miejsca nowej strukturze, w której Izrael – „światło dla narodów” – wreszcie może w pełni zajaśnieć na arenie globalnej.
Melanie phillips

Sojusz światła przeciwko ciemności
Kategorie: Uncategorized

