Uncategorized

Rozmowy w schronie

Ruthie Blum


Wydarzenia w przestrzeni „Love in the Bomb Shelter” pod centrum handlowym Dizengoff w Tel Awiwie, 17 marca 2026 r. Zdjęcie: Amelie Botbol.

Pomijając pociski, rakiety i drony, najbardziej uderzającym aspektem tych niekończących się spotkań jest całkowity – wręcz niesamowity – brak polityki.

Wchodzą stopniowo, schodząc po dwóch biegach schodów prowadzących do schronu. Niektórzy milczą z opuszczonymi głowami. Inni wymieniają znaczące spojrzenia, wzruszając ramionami, jakby chcieli powiedzieć: „Znowu to samo”.

Nowicjusze w tej konkretnej przestrzeni podążają za weteranami, ucząc się rytmu miejsca, poznając zakamarki i punkty, gdzie zasięg komórkowy jest najlepszy. Ostatnia osoba wchodząca do środka, gdy syrena alarmowa przestaje wyć, zamyka ciężkie drzwi i przekręca klamkę do oporu – to czynność niezbędna, by zapobiec uszkodzeniom spowodowanym falą uderzeniową.

Pomieszczenie ma białe ściany, zmatowiałe od piwnicznego kurzu, oświetlone pojedynczą 100-watową żarówką w wiszącej oprawie. Krzesła ustawione wzdłuż ścian to przypadkowa kolekcja: plastikowe, składane, tapicerowane; jedno z pękniętym podłokietnikiem, inne zbyt niskie, by było wygodne. Przynieśli je mieszkańcy, którzy zrozumieli, że operacja „Epic Fury/Roaring Lion” potrwa jeszcze długo.

Śmiech miesza się z szerokimi ziewnięciami – to wspólny język ludzi z zakłóconym cyklem REM. Wszystkie telefony są włączone; właściciele nerwowo przewijają ekrany w poszukiwaniu informacji o przechwyceniach rakiet i miejscach uderzeń, jednocześnie sprawdzając media społecznościowe i robiąc selfie. Inni grają w gry, poruszając kciukami w szaleńczym tempie.

Tak wygląda ten rytuał od trzech tygodni, od poranka 28 lutego. Powtarzanie go codziennie, o różnych porach, wystarczyło, by nawiązały się więzi między ludźmi, którzy wcześniej byli sobie obcy – grupą różnorodnych postaci, które przypadkiem mieszkają w sąsiednich budynkach.

Jest tu kobieta po siedemdziesiątce, mówiąca łamaną hebrajszczyzną z silnym rosyjskim akcentem. Wydaje się bardziej zirytowana koniecznością częstego opuszczania swojego mieszkania na piętrze niż samą obawą przed śmiercią czy rannymi.

Obok niej stoi drobna Filipinka. Wygląda, jakby właśnie wyszła z domu na spacer, a nie wbiegła do schronu w pośpiechu – ma nienaganną fryzurę, wyprasowane ubranie i opanowaną twarz. Uśmiecha się lekko do każdego, kto napotka jej wzrok, co stało się kojącym elementem tutejszej atmosfery.

Na podłodze, siedząc po turecku, spoczywa Kanadyjka w wieku około 20 lat, której izraelscy rodzice przenieśli się do Toronto, zanim się urodziła. Trzymając na kolanach małego pudla, zawzięcie pisze do ojca i matki, którzy – jak ogłasza z uśmiechem – „stresują się tą sytuacją bardziej niż ja”.

Po jej prawej stronie siedzi para w średnim wieku, która kilka lat temu wyemigrowała z Francji. Oni również mają psa – malutkiego szczeniaka, który radośnie domaga się uwagi i ją otrzymuje.

W pobliżu drzwi rozwiedziony ojciec z pięcioletnim synkiem uśmiecha się na widok dziecka bawiącego się ze zwierzętami. To miłe odwrócenie uwagi od faktu, że musieli zerwać się z łóżek, by szukać bezpiecznego miejsca. W domu swojej matki w Herclijji mężczyzna mógłby przespać całą noc w jej „bezpiecznym pokoju” (mamadzie).

Jest też agent nieruchomości, który ubolewa, że nie ma odwagi zmknąć oka z obawy, iż nie usłyszy syreny. Mówi, że rozważa przeprowadzkę do rodziców w innej części kraju, bo jego biznes i tak stoi w miejscu.

Naprzeciwko niego siedzi mężczyzna z Niemiec z jaskrawo pomalowanymi paznokciami i stosem srebrnych bransoletek od nadgarstka aż po łokieć.

– Tel Awiw ma najlepszą społeczność LGBT – oświadcza. – Ale może muszę na chwilę wrócić do Berlina, żeby zaznać odrobiny spokoju.

Mężczyzna rozmawiający po szwedzku ze swoimi trzema izraelskimi dziećmi przytakuje.

– Udało nam się załatwić lot jutro wieczorem do Larnaki – mówi. – Stamtąd do Paryża, a potem do Sztokholmu. Lepiej, żeby spędzili Paschę z dziadkami.

Jest piątek, tuż przed szabatem. Kolejnej nocy, po raz pierwszy od początku wojny, Tel Awiw nie staje się celem ataku. Być może to nagła burza z piorunami wstrzymała ostrzał centrum miasta. A może nie.

I choć tymczasowa cisza powinna przynosić ulgę, nikt tak naprawdę nie śpi. Nie pozwalają na to doniesienia o masowych zniszczeniach i ofiarach w Dimonie i Aradzie.

W niedzielę rano alarmy powracają. Podczas jednej z takich wypraw do schronu wpada grupa kobiet w strojach Lululemon, gotowych do treningu w pobliskiej siłowni. Pojawia się też dziewczyna z twarzą pokrytą maseczką z błota.

– Przepraszam, że wyglądam jak z horroru – tłumaczy się. – Ale co mam zrobić? Muszę ją trzymać przez co najmniej pół godziny.

Młody mężczyzna obok nawet nie podnosi wzroku. Sam ma na sobie polarowy kombinezon z Myszką Miki. Żołnierz na przepustce – z karabinem przewieszonym przez ramię i w piżamie w Pokemony – jest równie nonszalancki. Zauważa tylko, że alarm podczas brania prysznica to znacznie większy problem niż zabiegi kosmetyczne.

Kiedy dźwięki różnych aplikacji i dzwonków zwiastują koniec alarmu, wszyscy kierują się do wyjścia, z humorem życząc sobie, by nie musieli się widzieć w najbliższym czasie.

Pomijając pociski, rakiety i drony, najbardziej uderzającym aspektem tych niekończących się zgromadzeń jest całkowity – wręcz niesamowity – brak polityki. To jeden z wielu cudów charakteryzujących tę wojnę.


Rozmowy w schronie przeciwbombowym

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.