Uncategorized

Zwycięstwo taktyczne kosztem światowej gospodarki

Andrew Fox

Genialność operacyjna w starciu z Iranem nie ma znaczenia, jeśli Cieśnina Ormuz pozostanie zamknięta, a globalny system zacznie się rozpadać.

Obecnie dominują dwie narracje dotyczące wojny z Iranem. Obie są wewnętrznie spójne i poruszające emocjonalnie, a jednocześnie – niebezpiecznie niekompletne.

Pierwsza strona przekonuje, że wojna przebiega pomyślnie, wskazując na imponujące sukcesy taktyczne Izraela: systematyczną likwidację irańskiego systemu dowodzenia, neutralizację arsenału rakietowego i potencjału morskiego oraz postępującą erozję zdolności reżimu do sterowania swoimi „pośrednikami” (proxies). Zwolennicy tej tezy wierzą, że powstają warunki do przełomu – reżim kruszeje od wewnątrz, a naród irański potrzebuje jedynie impulsu, by się zbuntować. Z czysto militarnego punktu widzenia nie są oni w błędzie, nawet jeśli ocierają się o nadmierny optymizm. Kampania powietrzna okazała się niezwykle skuteczna; lotnictwo Zachodu bez przeszkód operuje nad celem, a system teokratyczny znajduje się pod ogromną presją.

Strona przeciwna postrzega ten sam konflikt jako skrajnie niepokojący. Jej przedstawiciele podnoszą, że cele strategiczne pozostają mgliste, Waszyngton nigdy nie sformułował jasnego „stanu końcowego”, a planowanie operacyjne trąci chaosem. Jako koronny dowód porażki wskazują zamknięcie Cieśniny Ormuz. Ostrzegają, że nawet perfekcyjna kampania powietrzna traci sens, jeśli wywoła niekontrolowany, globalny kryzys gospodarczy. Ta grupa również ma rację – ich krytyka uderza w samo sedno problemu.

Uderzające jest to, że obie strony mówią obok siebie, oceniając inne poziomy konfliktu. Na szczeblu taktycznym mamy do czynienia z niemal podręcznikowym przykładem militarnej dominacji Zachodu. Jednak na poziomie wielkiej strategii, gdzie kluczowe są gospodarka i globalna stabilność, sytuacja jest dramatyczna.

Cieśnina Ormuz pełni rolę geopolitycznego zawiasu. Przez ten szlak, mający w najwęższym miejscu zaledwie kilka mil szerokości, przepływa około jednej piątej światowego handlu ropą. Iran wcale nie musiał jej „zaryglować” w tradycyjnym sensie; wystarczyło uczynić ją na tyle niebezpieczną, by ubezpieczyciele wpadli w panikę, a ruch statków zamarł. Miny, drony, sporadyczne salwy rakietowe i nękanie przez szybkie łodzie motorowe – to wystarczy, by zasiać niepewność zdolną zdławić przepływ energii.

Dokładnie to się stało. Do momentu powstania tego tekstu Iran zaatakował 16 jednostek.

Niewygodna prawda jest taka, że utrzymanie drożności cieśniny byłoby znacznie mniej kosztowne niż próba jej ponownego otwarcia. Brak synchronizacji kampanii powietrznej z zabezpieczeniem ruchu morskiego to zdumiewający, fundamentalny błąd w planowaniu. To uchybienie o skali niemal katastrofalnej, które będzie analizowane w akademiach wojskowych przez dekady.

Być może w Waszyngtonie naiwnie założono, że wojna będzie błyskawiczna, a szybki upadek reżimu rozwiąże wszystkie problemy, zanim koszty ekonomiczne staną się odczuwalne. Inna możliwość jest taka, że dynamikę zdarzeń wymusiły dane wywiadowcze o planowanym spotkaniu irańskich decydentów. Być może uznano, że okazja do wyeliminowania kluczowych celów za jednym zamachem jest warta ryzyka rozpoczęcia wojny bez zabezpieczonego zaplecza logistycznego.

Niezależnie od motywów, błąd popełniono, a problem stał się niezwykle trudny do rozwiązania. Gdy strategiczne konsekwencje blokady Ormuz stały się jasne, prezydent Trump w pośpiechu zaczął dzwonić do europejskich liderów z prośbą o wsparcie. Obecnie obserwujemy nerwowe przemieszczanie amerykańskich sił lądowych w celu ochrony cieśniny. Trudno nie zadać pytania: jaką decyzję podjąłby Trump trzy tygodnie temu, gdyby wiedział, że ta wojna zmusi go do ponownego wysłania tysięcy żołnierzy na Bliski Wschód?

Ponowne otwarcie szlaku wymaga osobnej kampanii wewnątrz trwającego konfliktu. Pierwszym krokiem jest neutralizacja nadbrzeżnych systemów rakietowych Iranu, ciągnących się od Buszehr po Bandar-e Abbas. Wymaga to permanentnej obecności lotnictwa niszczącego wyrzutnie, radary i bazy dronów. Następnym etapem musi być eliminacja irańskiej marynarki, zwłaszcza jednostek stosujących taktykę roju. Dopiero potem można przystąpić do żmudnego, technicznie złożonego rozminowywania, które nawet w optymalnych warunkach trwa tygodnie. Dopiero na końcu możliwy będzie powrót eskortowanych konwojów.

Wszystko to wymaga czasu, którego światowa gospodarka po prostu nie ma.

Nawet jeśli cieśnina zostanie odblokowana w ciągu kilku tygodni, rany już zadano – nie wspominając o lukach w podaży wynikających ze zniszczonej infrastruktury w całej Zatocy Perskiej. Jeśli paraliż potrwa dłużej, skutki gwałtownie eskalują: ceny ropy poszybują w górę, rynki ubezpieczeniowe zamrą, a globalne łańcuchy dostaw się załamią. W takim scenariuszu liczba zniszczonych irańskich wyrzutni przestaje mieć znaczenie. Sukcesy militarne nie odkupią winy, jeśli świat pogrąży się w wieloletniej depresji.

W tym miejscu do gry – chcąc nie chcąc – wchodzą Europa i Kanada. Dotychczas rządy europejskie reagowały z ogromnym dystansem, co zaowocowało wczorajszą, dość chłodną deklaracją o „ewentualnym wsparciu w przyszłości”. Ta rezerwa jest w pełni zrozumiała. Przez ostatni rok administracja Trumpa zarządzała sojuszami za pomocą ceł, obelg i strategicznej nieprzewidywalności, często uderzając w interesy sojuszników. Entuzjazm w Londynie, Berlinie czy Paryżu do ratowania Waszyngtonu jest więc śladowy.

Jednak geopolityka brutalnie wymusza zmianę postaw. Jeśli Cieśnina Ormuz pozostanie zablokowana, gospodarki Starego Kontynentu nie ocaleją. Skok cen energii i inflacja uderzą w europejski przemysł z siłą młota. W pewnym momencie interes ekonomiczny przeważy nad politycznymi urazami: szlak musi zostać udrożniony. Europa nie będzie tu siłą decydującą, ale okaże się niezbędna.

Obecnie główny ciężar walki spoczywa na USA – to one dysponują siłą uderzeniową i grupami lotniskowców. Jednak utrzymanie stałego i bezpiecznego dostępu do cieśniny wymaga zasobów, których Amerykanom w tym regionie brakuje. Niemcy, Francja, Wielka Brytania i Holandia mogą dostarczyć kluczowe zdolności w zakresie trałowania min. Europejskie fregaty i niszczyciele, ze swoim doświadczeniem w misjach eskortowych i operacjach abordażowych, są idealnie skrojone do ochrony tankowców przed asymetrycznymi atakami.

Krótko mówiąc: błąd Stanów Zjednoczonych zdestabilizował globalny system, a Europa nie ma innego wyjścia, jak tylko pomóc go naprawić. Bez tego wkładu operacja może trwać w nieskończoność; z nim – ma szansę stać się skuteczna.

Dlatego obecna debata o tym, czy wojna idzie „dobrze”, czy „źle”, jest bezprzedmiotowa. Ona przebiega dwutorowo: taktyczny triumf zderza się ze strategiczną niemocą. Jeśli Cieśnina Ormuz zostanie szybko otwarta, kampania ta zostanie zapamiętana jako brutalna, lecz skuteczna demonstracja siły. Jeśli nie – zostanie uznana za katalizator globalnej katastrofy, która przyćmi wszelkie militarne laury.

Prawdziwy środek ciężkości tej wojny nie leży w Teheranie, Tel Awiwie czy Waszyngtonie. Znajduje się on na wąskim pasie wody, gdzie światowa gospodarka albo odzyska oddech, albo zacznie tonąć.


Zwycięstwo taktyczne kosztem światowej gospodarki

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.