Uncategorized

Mit wszechpotężnego lobby izraelskiego

Coleman Hughes

Izrael posiada wpływy, ale są one znacznie bardziej ograniczone, niż sugerują to jego krytycy.

„Nie ma innego wyjaśnienia dla tego zainteresowania niż syndrom obsesji na punkcie Izraela”. (Fot. Ryan Murphy, Getty Images)

Obecnie toczy się burzliwa dyskusja wokół mojego odcinka podcastu z Glennem Greenwaldem. W dużej mierze powracają w niej te same argumenty, które omawiałem z Dave’em Smithem w październiku. Obaj rozmówcy twierdzą, że wszechpotężne lobby izraelskie skutecznie kontroluje amerykańską politykę zagraniczną.

Teza, jakoby najpotężniejsze mocarstwo w historii było sterowane przez kraj wielkości stanu New Jersey – oraz przez grupę stanowiącą zaledwie 0,2% światowej populacji – jest twierdzeniem nadzwyczajnym. Można by więc oczekiwać przytłaczających dowodów. W rzeczywistości jednak argumentów na jej poparcie jest niewiele.

Krytykujcie amerykańską politykę zagraniczną i wewnętrzną, ile chcecie – jest w niej mnóstwo pól do poprawy. Nie obwiniajcie jednak za jej błędy Izraela ani jego zwolenników.

Irak: Kto kogo wciągnął w wojnę?

Centralnym punktem tej narracji jest historyczne twierdzenie, że to Izrael wciągnął Stany Zjednoczone w wojnę w Iraku. Tymczasem fakty mówią co innego: ówczesny premier Izraela przybył do Białego Domu, aby odradzić prezydentowi Bushowi inwazję. Ostrzegał, że obalenie Saddama wzmocni Iran – prawdziwego wroga Izraela. Bush wysłuchał go grzecznie, po czym zignorował te rady i dokonał inwazji. Amerykańscy prezydenci podejmują własne decyzje – na dobre i na złe.

Jednocześnie szef wywiadu wojskowego Sił Obronnych Izraela (IDF) ogłosił jesienią 2002 roku w telewizji, że Izrael nie wierzy, by Saddam Husajn był w stanie zdobyć broń jądrową. Stało to w jawnej sprzeczności z ocenami amerykańskiego wywiadu. Trudno o wyraźniejszy sygnał zniechęcający do ataku. Ameryka jednak ponownie postąpiła zgodnie z własnymi motywami.

Dlaczego więc USA zdecydowały się na inwazję w 2003 roku? Atak z 11 września wywołał u amerykańskich służb skrajną nadwrażliwość na zagrożenia. Brak prewencyjnego zniszczenia Al-Kaidy w latach 90. uznano nagle za kardynalny błąd, którego nie wolno było powtórzyć. Wyciągnięto lekcję: należy uderzać w teoretyczne zagrożenia, nawet jeśli prawdopodobieństwo ich wystąpienia jest niskie, a źródło oddalone o tysiące kilometrów.

Saddam Husajn idealnie pasował do tego schematu. Od lat 80. zachowywał się nieobliczalnie, najeżdżał sąsiadów, a co najważniejsze – wcześniej skutecznie ukrywał program jądrowy przed CIA. Szok, jakim dla agencji w 1991 roku było odkrycie, że Saddam jest o rok od bomby, sprawił, że w 2003 roku zlekceważono brak „twardych dowodów”. Uznano, że skoro oszukał nas raz, robi to ponownie.

Krytycy często przywołują zeznania Benjamina Netanjahu przed Kongresem z 2002 roku jako dowód izraelskich wpływów. Warto jednak pamiętać, że Netanjahu był wówczas prywatnym obywatelem bez realnej władzy. Oficjalne kierownictwo Izraela zalecało ostrożność. Co ważniejsze, administracja Busha podjęła decyzję o inwazji, zanim Netanjahu w ogóle zasiadł przed komisją. Nie ma żadnych dowodów na to, że jego słowa wpłynęły na czyjąkolwiek decyzję.

Granice potęgi lobby

Skoro to nie Izrael wciągnął nas do Iraku, gdzie szukać dowodów na „wszechmoc” jego lobby? Glenn Greenwald wskazał na przepisy anty-BDS (zakazujące bojkotu Izraela przez kontrahentów państwowych) obowiązujące w 38 stanach.

Z zasady sprzeciwiam się tym przepisom – rząd nie powinien wymagać od przedsiębiorców zajmowania stanowiska w zagranicznym konflikcie. Jest to kwestia wolności sumienia. Jednak paradoksalnie, przepisy te wyznaczają granice wpływów lobby, a nie ich wszechobecność. Rządy stanowe stosunkowo łatwo ulegają naciskom; na szczeblu federalnym jest to znacznie trudniejsze. Wszystkie próby przeforsowania przepisów anty-BDS w Kongresie zakończyły się fiaskiem. Teza, że lobby zbyt słabe, by uchwalić jedną federalną ustawę o zamówieniach publicznych, koordynuje liczne wojny supermocarstwa, jest zwyczajnie absurdalna.

Dla porównania: dziesiątki stanów oraz rząd federalny (w 2019 r.) uznały ludobójstwo Ormian dzięki staraniom lobby ormiańskiego. Decyzja ta uderzyła w relacje z Turcją – sojusznikiem z NATO znacznie potężniejszym niż Armenia. Czy to oznacza, że Ormianie kontrolują Amerykę? Ta logika nie wytrzymuje próby faktów.

Lobby izraelskie jest relatywnie niewielkie. Według danych OpenSecrets branże takie jak finanse czy energetyka wydają na lobbing wielokrotnie więcej (finanse i ubezpieczenia ok. 142 razy więcej, ropa i gaz – prawie 30 razy). Gdyby pieniądze przekładały się bezpośrednio na kontrolę nad polityką zagraniczną, Ameryka byłaby sterowana przez Wall Street i koncerny naftowe.

Co więcej, lista porażek Izraela w Waszyngtonie jest długa:

  • USA przez 40 lat nie uznawały suwerenności Izraela nad Wzgórzami Golan.
  • W 2007 roku Bush odmówił zbombardowania syryjskiego reaktora jądrowego, o co prosił Izrael.
  • Condoleezza Rice bez wahania odrzuciła prośbę o zmianę nazwy Palestyna na „Nowa Palestyna” w przemówieniu Busha.
  • Lobby izraelskie rzuciło wszystkie siły, by zablokować porozumienie nuklearne z Iranem (JCPOA). Przegrało.

Gdy poprosi się oponentów o dowody, ci w kółko wracają do tych samych, słabych argumentów: wojny w Iraku, napięć z Iranem, ustaw anty-BDS i pomocy zagranicznej.

Pieniądze i „America First”

Stany Zjednoczone przekazują Izraelowi rocznie ok. 3,8 mld dolarów pomocy wojskowej. Dla wielu to kwota astronomiczna, ale w skali globalnej obecności militarnej USA jest ona standardowa. Ameryka utrzymuje setki baz na całym świecie. Stacjonowanie 30 tysięcy żołnierzy w Korei Południowej kosztuje USA podobne kwoty rocznie. Nikt jednak nie twierdzi, że to Seul pociąga za sznurki w Waszyngtonie.

Glenn argumentował, że obecność żołnierzy w Korei czyni te wydatki „mniejszym zobowiązaniem” niż czysty przelew dla Izraela. Gdyby jednak sytuacja była odwrotna i amerykańscy żołnierze stacjonowali w Tel Awiwie, a nie w Seulu, Glenn użyłby dokładnie przeciwnego argumentu, by udowodnić „okupację” lub „kontrolę”. To klasyczne rozumowanie wsteczne: najpierw przyjmuje się tezę o kontroli Izraela, a potem dopasowuje do niej fakty.

Uczciwy zwolennik doktryny „America First” kwestionowałby całą globalną strategię militarną USA i domagał się wycofania z Europy, Azji i Bliskiego Wschodu. Tymczasem krytycy często skupiają się niemal wyłącznie na Izraelu. Trudno o inne wyjaśnienie tego zjawiska niż obsesja.

Warto dodać, że ok. 80% pomocy dla Izraela wraca do amerykańskiej gospodarki, ponieważ musi zostać wydane u amerykańskich producentów broni. Z punktu widzenia prawa to pomoc zagraniczna, ale ekonomicznie działa jak krajowa dotacja wspierająca amerykański przemysł i miejsca pracy.

Iran i Donald Trump

Przechodząc do obecnego konfliktu z Iranem: jedynym „dowodem” Greenwalda na to, że Izrael wciągnął USA w tę konfrontację, jest wypowiedź Marco Rubio oraz list rezygnacyjny Joe Kenta.

Rubio stwierdził, że USA podjęły działania, bo wiedziały, że Izrael i tak zaatakuje pierwszy, co naraziłoby amerykańskie bazy na odwet. To czysta taktyka i pragmatyzm wojenny, a nie dowód na sterowanie procesem decyzyjnym przez obce mocarstwo.

Z kolei Joe Kent nie jest wiarygodnym źródłem. W marcu u Tuckera Carlsona sugerował on, że Izrael mógł stać za próbą zamachu na Trumpa w Butler. Logika Kenta kuleje: dlaczego Izrael miałby zabijać najbardziej proizraelskiego prezydenta w historii, by ryzykować wybór kogoś innego? Kent jest tak głęboko zanurzony w teoriach spiskowych, że jego opinie o „naciskach lobby” tracą jakąkolwiek wagę.

Wyjaśnienie twardej kursu wobec Iranu jest znacznie prostsze: Donald Trump od dziesięcioleci nienawidzi reżimu w Teheranie. Uważa, że Iran próbował go zgładzić, i traktuje to osobiście. Iran od 1979 roku definiuje się jako wróg Ameryki („Wielki Szatan”) i Izraela („Mały Szatan”). Jest największym eksporterem terroryzmu na świecie i otwarcie wzbogaca uran do poziomu 60%. Każde państwo, które zaszło tak daleko, dążyło do bomby.

USA czerpią wymierne korzyści z osłabienia Iranu. Tak samo jak Izrael i Arabia Saudyjska. Na tym polega posiadanie wspólnego wroga. Fakt, że inne kraje zyskują na amerykańskiej polityce, nie oznacza, że nią manipulują.

Donald Trump, ze swoją ogromną pewnością siebie, jest wyjątkowo odporny na cudze dyktando. Zwalnia każdego doradcę, który próbuje narzucić mu swoją wolę. W takim otoczeniu teoria o potężnych, zagranicznych wpływach sterujących prezydentem wydaje się jeszcze bardziej absurdalna.

Podsumowując: lobby izraelskie istnieje, ale nie posiada nadprzyrodzonej mocy. Jak każde inne lobby, odnosi małe sukcesy legislacyjne, głównie na prowincji. Przekonanie, że dyktuje ono politykę zagraniczną mocarstwa, jest ideologicznym mitem, który nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością.

Mit wszechpotężnego lobby izraelskiego

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.