Margaryna

Napisal i przyslal

Zenon Rogala


Szmer był typowy. Tak brzmi sala przed każdym wykładem. Siedzący już na swoich miejscach porozrzucani po dość pojemnej sali porozumiewali się między sobą ściszonymi głosami. Falowało takie swoiste murmurando, natomiast szelest przechodzących między rzędami kolejnych słuchaczy, odgłosy zajmowanych miejsc, dyskretny stukot opuszczanych siedzisk, to imitacja próby instrumentów perkusyjnych. Wszystko to tworzyło swoistą muzykę wyczekiwania. Nieudolne naśladownictwo brzęczenia pszczół w pracowitym ulu. I choć co prawda tutaj pracował będzie tylko jeden człowiek, autorytet, sława międzynarodowa, status naukowy, gloria i apanaże, to rój słuchaczy, czyli chór bezproduktywnych trutni brzęczy, żeby zachęcić oczekiwanego króla do wydajnej pracy. Zachętą ma być właśnie ten odgłos dochodzący za kulisy do uszu prelegenta. Szmer podobny do strojenia instrumentów przez muzyków przed koncertem, dochodzący do uszu sławnego dyrygenta jest balsamem wypełniającym jego wewnętrzne ego. Ten szmer jest twórczy i po wypełnianiu swej misji spowoduje, że zapanuje tak pożądana cisza, która jak palec na ustach położy kres tej swoistej próbie przed występem wielkiego naukowego autorytetu.

Zanim się zorientowałem posadzono mnie w pierwszym rzędzie. W sytuacji kiedy wykład już się zaczynał wszelkie przekomarzanie się co do takiego wyróżnienia nie byłoby na miejscu, więc potraktowałem wskazane miejsce jako stację przesiadkową, rodzaj Koluszek, skąd należy się przesiąść na pociąg do stacji docelowej. A okazją będzie pierwsza przerwa w tym oczekiwanym wykładzie i znajoma od lat pani profesor, którą zobaczyłem ostrym kątem swego oka, a którą upatrzyłem jako stację docelową dzisiejszego sympozjum.

Burza oklasków za wybitną, naukową przeszłość powitała tego nad wyraz eleganckiego i mimo wieku, bardzo dobrze zakonserwowanego prelegenta. Wszedł dziarsko niesiony falą aplauzu, jakby chodził tą trasą co chwila. Nic też dziwnego, że nie musiał regulować wysokości mikrofonu, bo zrobił to prawdopodobnie dużo wcześniej. I widocznie dużo wcześniej położył na skośnym blacie mównicy luźne kartki notatek zawierających prawdopodobnie założenia do planowanego wykładu. Okładka skoroszytu w geście uniżenia odsłoniła prelegentowi zawartość bezcennej treści pierwszej strony notatek.  Mównica ustawiona nieco z boku, aby cały ekran był widoczny, zasłaniała prelegenta po ordery, a on sam, czyli jego tak zwany biust, prezentował się jakby model pozujący całej gromadzie rzeźbiarzy.

Dzisiejsze wykłady to popisy elektronicznych możliwości skomplikowanej aparatury, to techniczne ciekawostki na usługach kadry naukowej, to laptopy, ekrany, elektroniczne wskaźniki, zoomy i znikające w czasie prezentacji obrazki. To wykresy i całe naukowe zaplecze, oraz cała wielka dziedzina wiedzy, na temat której nie jeden naukowiec byłby w stanie przeprowadzić interesujący wykład. Na takiej jak ta sali nie ma miejsca na czarną tablicę, na kredę, drewniany wskaźnik, wilgotną gąbkę i dyżurnego do ścierania tablicy. Takie relikty obowiązują jeszcze powszechnie w całej reszcie naszego szkolnictwa, o czym nawet nie chce wiedzieć profesorska społeczność. Ten stojący za elegancką mównicą utytułowany przedstawiciel naukowej elity, nie umiałby przekazać swojej wiedzy za pomocą tradycyjnych metod nauczania. Ta, tutaj elektronicznie przekazywana wiedza pana profesora, nie znalazłaby zrozumienia gdyby przekazywana była metodami z ubiegłego wieku.

I może dlatego coraz większa i głębsza jest przepaść klasowa między nauczycielem  szkolnej klasy z przysłowiowej Pipidówki, a utytułowanym naukowym modelem, latającym na międzynarodowe sympozja  najdroższymi biznes klasami.

W sali  zaciemnionej w celu lepszej prezentacji słuchaczom licznych wykresów i diagramów, które stanowiły dowody na posiadanie racji prelegenta, poczułem dotyk znajomej pani profesor. Wykorzystała osłonę ciemności, aby przenieść się obok mnie, gdzie miejsc było pod dostatkiem. Ale czułem, że był  jeszcze jakiś inny powód. Konspiracyjnie nachyliła się w moją stronę i żarliwie szeptała w moje ucho,

– Postaraj się zdobyć choćby na chwilę te notatki, z których korzysta w czasie wykładu. Od tego zależy moja naukowa przyszłość, błagam. Sama nie zdołam zaaranżować sytuacji, aby wejść w posiadanie tych notatek. Należymy do skrajnie przeciwnych obozów naukowych. Postaraj się, nie pożałujesz – szeptała natarczywie.

Na okazje nie trzeba było długo czekać. Prelegent nagle rozświetlił salę i niezwykle ciepło przeprosił zebranych za, jak się wyraził techniczne niespodzianki. Zaproponował dziesięć minut przerwy, po której będzie zmierzał do pointy wykładu.

Szansa na przysługę znajomej pani profesor zmalała do zera, gdyż prelegent postanowił nie rozstawać się z notatkami nawet w czasie przerwy. Ciemne okładki skoroszytu skrywającego zawartość naukowych wniosków, w drodze w kierunku zaplecza, prelegent przytulał do eleganckiej piersi. Postanowiłem jednak wykazać się przed znajomą panią profesor sherlockowsko – holmowską żyłką detektywa i podążyłem za elementem. Stał pod oknem w oddalonej części hollu. Obok na parapecie leżał przedmiot pożądania mojej znajomej. Stanąłem za najbliższym filarem niewidoczny. Mówił wyraźnie powoli i wyraźnie,

– No panowie albo… albo. Aktualnie trwa przerwa. Specjalnie ją sprowokowałem, aby dać wam szanse na ostateczne rozstrzygniecie tej kwestii. I albo za dziesięć minut jest na moim koncie umówiona przed tygodniem kwota, albo wygłoszę wobec opinii światowej rujnującą was tezę. Wybór należy do was. Więc umawiamy się jasno i prosto, ja za dziesięć  minut sprawdzam swoim smartfonem, bankowe konto i od wielkości ostatniej wpłaty, zależeć będzie przyszłość waszego produktu. Ponieważ we wnioskach końcowych mego wykładu, na które zwrócone są i oczy i uszy całego naukowego i przemysłowego świata, wygłoszona zostanie przeze mnie odpowiednia teza podsumowująca tyle lat kosztownych badań. To wszystko co mam na tę chwilę do powiedzenia. Wybór należy do was, – dość zamaszyście zamknął wieczko ciemnego pudełeczka, któremu  przed chwilą powierzył swoją ostatnią wolę. Sprawdził aktualny czas na Rolexie, rozejrzał się wokół, przybrał łagodny wyraz twarzy i powoli powrócił w środek kręgu dyskutujących kolegów naukowców. Spojrzałem w tamtą stronę. Teczka czekała na mnie na parapecie okna. Niewinnym ruchem włożyłem ją pod połę marynarki i wolnym krokiem wróciłem na salę.

– Jesteś fantastyczny, resztę opowiem ci w moim pokoju hotelowym. Teraz

posłuchajmy co On powie, – była wyraźnie podekscytowana. Zresztą i tak niech mówi co chce, a ja i tak go zniszczę, –  zajrzała przelotnie między okładki, wyraźnie ucieszona.

– No teraz zobaczymy. Jestem uratowana, nie mówiąc jak jestem uradowana,  – uścisnęła moje ramię.

Wszedł w kierunku mównicy wyraźnie załamany. Powoli, krok za krokiem, zbliżał się nieuchronnie do kresu. Stanął za mównicą, wyjął z kieszeni ciemne pudełeczko smartfona i palcem nerwowo wystukiwał coś na klawiaturze. Tylko on i ja wiedzieliśmy po co tak stuka. Wpatrywał się z uwagą w ekranik. Dość zamaszyście zamknął wieczko ciemnego pudełeczka.

– Szanowni państwo, – rozpoczął w wielkim uniesieniu, – nadeszła chwila na podsumowanie i ogłoszenie wyników wieloletnich badań. Mój wkład w rozstrzygniecie tego od lat zajmującego najtęższe umysły naukowe świata, wreszcie dotarł do źródeł prawdy. Nauka uczyniła wieki krok w kierunku świetlanej i obiektywnie naukowej przyszłości. Zgodnie z naukową rywalizacją, opartą na zobiektywizowanej uczciwości, ale też nie bez satysfakcji z pokonania konkurencyjnego zespołu naukowego, ogłaszam niniejszym, że – przerwał, spojrzał jeszcze raz uważnie na ekran swego smartfona, – że jednak margaryna mleczna jest i lepsza i zdrowsza od masła.

 

Wszystkie opowiadania Zenona Rogala

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: