Uncategorized

   Smutek

Jakub Kopec

   Nie mogłem pójść na ten pogrzeb, ponieważ od tygodnia dręczył mnie dziwny katar.  Możliwe  nawet , że jako osobnik zaszczepiony, przechodziłem właśnie grypę o łagodnym przebiegu i mógłbym ludzi pozarażać. Ale  w niedzielę 23 lutego miałem obowiązek udać się na Cmentarz Żydowski przy Okopowej, ponieważ umarł Marian Turski w wieku 98 lat. Kto żyje tak długo – umiera w samotności, bo wszystkie jego dziewczyny i koledzy znaleźli się już po drugiej stronie rzeczywistości i szukać ich  można prawie wyłącznie na cmentarzach. Jako jedyny człowiek, który pamięta Mariana z wakacji narciarskich klubu „Horyzont” przy RSW „Prasa”, i spędził z nim w Szczyrku dwa tygodnie w jednym pokoju pensjonatu FWP  „Gronie” w sezonie zimowym 1963/1964, miałem w tym wydarzeniu funeralnym szczególny  koleżeński obowiązek.

    Ostatni raz spotkałem Mariana podczas pogrzebu Jerzego Urbana. Urban i Turski byli do niedawna ostatnimi z żyjących dziennikarzy, ojców założycieli tygodnika „Polityka”, który na przełomie epoki stalinowskiej i gomułkowskiej w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej był tygodnikiem pod każdym względem fenomenalnym. Tygodnik, właściwie organ KC  PZPR, z hasłem „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”  wywalonym wielkimi czerwonymi literami na pierwszej stronie ponad tytułem „Polityka”, jakimś cudem stał się centrum myśli reformatorskiej, prodemokratycznej.  Na pogrzeb swojego młodszego kolegi z redakcji Marian przyjechał na Powązki taksówką i od strony parkingu do Domu Pogrzebowego dla bezbożników przyczłapał krok za kroczkiem, wsparty o kijki narciarskie; nie kijki trekingowe, lecz właśnie narciarskie. Przez jakieś dwieście metrów człapaliśmy ramię w ramię,  mogłem  więc sobie pozwolić na żart. Wskazując  na kijki powiedziałem „Widzę, że nie zaprzestałeś treningów biegowych przed sezonem.” Uśmiechnął się ze smutkiem  w oczach. 

    Stan jego nóg był godny pożałowania i powinien bał kazać kierowcy taksówki przejechać przez bramę cmentarza, bo na dźwięk nazwiska firmowego „Marian Turski” bez wątpienia szlaban zostałby natychmiast podniesiony. Ale na takie wykorzystanie magii swojej osoby Marian był za skromny. Wolał człapać o kijkach, niźli korzystać z należnego mu luksusu prawdziwego VIP-a. Doszliśmy razem do wrót budowli ceremonialnej, jeszcze przez kilka metrów torowałem mu drogę przez tłum żałobników. Zaraz za progiem Domu Pogrzebowego, wsparty rękoma o oparcie ostatniego rzędu krzeseł, stał honorowy redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” Adam Michnik i,  jako członek zarządu Spółdzielni Dziennikarskiej „Polityka”, Marian po prostu musiał się z nim  przywitać. Ja nie miałem takiego obowiązku, bo młodzieniaszek Michnik nigdy nie był mi przedstawiony,  chociaż widywaliśmy się na różnych imprezach, na przykład w „Szpilkach” na wernisażu malarstwa i karykatur Jerzego Dudy Gracza, na dyskusji panelowej z udziałem rosyjskiego ex-dysydenta Kowaliowa w Audytorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego, albo w Muzeum „Polin” przy okazji wręczania dorocznej nagrody  w konkursie  im. Ryszarda Kapuścińskiego. Ja ze  wszystkimi wokół ostro pozadzierałem. W przeciwieństwie do mnie, Marian nawet ze swoimi przeciwnikami politycznymi, lub też konkurentami zawodowymi, trwał w sympatycznej zgodzie. 

     W przeddzień pogrzebu przeczytałem w „Stołecznej Gazecie Wyborczej”  nekrolog podpisany przez nieznanych mi „Przyjaciół z Narciarskiego Klubu Dziennikarzy „Kaczka” :

    „Ze smutkiem żegnamy Mariana Turskiego. Wspominamy Jego hart ducha, jego autodystans i dowcip, gdy zjawiał się ostatni na mecie! Albo gdy wracał do ominiętej bramki. Nie poddawał się! Jego wieloletnia przyjaźń z naszym klubem – to było niezwykłe, że znajdował na nią miejsce w swoim życiu.”

    Marian zakochał się w nartach, lecz bez wzajemności. Z „Horyzontu” do „Kaczki” przeniósł się z wolnego wyboru. Ja tymczasem musiałem uczynić to samo z konieczności, gdy po zdemolowaniu otwartego zebrania PZPR, zwołanego w celu uchwalenia przez aklamację rezolucji potępiającej „wichrzycieli z ZLP”, wyrzucono mnie z pracy w PAP i z zawodu dziennikarskiego w ogólności. Jako bezpartyjny pracownik Biuletynu Politycznego PAP nie mogłem automatycznie podnieść ręki. Swój sprzeciw uzasadniłem pokrętnie. Nie mogę głosować „za”, ponieważ  na temat wydarzeń w ZLP w prasie polskiej nie znalazłem żadnych informacji  i całą wiedzę o „wichrzycielach” (o Słonimskim, Kołakowskim, Jasienicy i innych) wyniosłem z  Nasłuchów Radiowych PAP, przytaczających relacje „Głosu Ameryki”, BBC i Radia „Wolna Europa”. „Czy polski dziennikarz socjalistycznej prasy może polegać na informacjach zachodnich rozgłośni dywersyjnych? – pytałem bezczelnie.

      Z PAP i z dziennikarstwa wywalono mnie ze znaczącą datą 8 marca 1968, kiedy to  oddziały szturmowe generała Moczara rozpędziły  pałkami studencki wiec na Uniwersytecie Warszawskim. Z tej przyczyny Marian Turski powziął przekonanie, że wywalono mnie z zawodu, ponieważ zaprotestowałem przeciwko gomułkowskiej antysemickiej hecy. Nigdy nie próbowałem wyprowadzić go z błędu. Antysemicka heca tak naprawdę rozpoczęła się, gdy byłem już bezrobotny. Poległem z sympatii do Mickiewicza i w boju o wolność słowa.

     W 1970 roku dla „Przeglądu  Technicznego”, wydawanego poza jurysdykcją KC PZPR, napisałem całkiem niezły kawałek o prawdziwych przyczynach katastrofy w głębinowej Kopalni Węgla Brunatnego „Kaławsk”, gdzie woda zalała  szyb, w którym pracowało 42 górników.  Pokazałem Marianowi numer „PT” z moim  kawałkiem o Kaławsku, z supozycją, że mógłbym pod jakimkolwiek pseudonimem napisać go od nowa, a On uznał, że gdybym ten kawałek napisał troszkę lepiej, w sam raz nadawałby się dla „Polityki”. 

     No i stało się. Z delegacją służbową „Polityki” ponownie pojechałem do Kaławska. Z antyszambru dyrektora kopalni wraz ze swoją delegacją służbową zostałem  wyproszony za bramę. Mój ulepszony reportaż o katastrofie, w której śmierć poniosło pięciu górników,

właściwie był tylko opisem pijaństwa, jakiemu poddałem się wraz z pracownikami kopalni w miejscowej restauracji „Jutrzenka”. Powiedziałem bufetowej, że stawiam wódkę z piwem każdemu, kto chciałby coś powiedzieć o wypadku, no i dotrzymałem słowa,  chociaż do hotelu w Węglińcu doczłapałem  na ostatnich nogach.                                                                       

    Długo deliberowano nad moim tekstem. Swoje poprawki wniosła Hanka Krall, uwagi zgłosił Andrzej K. Wróblewski, nad „Zatopioną kopalnią” pochylił się też Jerzy Urban. Nie mogłem dłużej czekać, w środę  wyjechałem do Zakopanego na zgrupowanie „Kaczki” przed  Dziennikarskimi Mistrzostwami Polski w narciarstwie alpejskim, które miały w sobotę i niedzielę  odbyć w Kotle Gąsienicowym  na stoku Kasprowego Wierchu. W piątek do „Murowańca” na Hali Gąsienicowej, gdzie byliśmy zakwaterowani, dołączył spóźniony jak zwykle Marian Turski. Przywiózł dla mnie wiadomość, że mój reportaż o rzeczywistych przyczynach zatopienia szybu Pole Rygle II wraz z pracującymi na przodku górnikami właśnie ukazał się na łamach „Polityki”.  Chociaż zmierzchało, przypiąłem narty i w dzikim pędzie zjechałem do Kuźnic, gdzie w kiosku „Ruchu” kupiłem wszystkie dwa egzemplarze „Polityki”.

    Bezgranicznie szczęśliwy, w ciemnościach wieczoru z nartami na plecach, szlakiem przez  Boczań wspinałem się do „Murowańca”. Tekst , który sygnowałem pseudonimem „Jan Krajewski”, ukazał się w druku podpisany nazwiskiem „Kopeć” , które do dziś noszę po Mamie i Tacie. Byłem odczarowany, uratowany.  Marian Turski zrobił swoje, a potem poszło już z górki. Dwakroć poszerzony i pogłębiony reportaż  o pijaństwie w restauracji „Jutrzenka” zdobył II nagrodę w konkursie miesięcznika „Odra”, wersja poszerzona jeszcze bardziej i rozciągnięta na dwa arkusze wydawnicze, ukazała się  w serii książkowej „Expresu Reporterów”. Jakimś dzikim  przypadkiem tekst  o górnikach pijących piwo i wódkę zdobył nagrodę Centralnej Rady Związków Zawodowych. Na koniec reportaż pt. „Zatopiona kopalnia”  był ozdobą mojego zestawu  publikacji, za które otrzymałem nagrodę SDP im. komunisty Juliana Bruna dla dziennikarzy przed trzydziestką.

    Hosanna na Wysokościach! Z banity stałem się nagle celebrytą. Nagrody nagrodami, najważniejsze jednak, że Janusz Rolicki już w następnym roku mógł przyjąć mnie na etat do „Kultury”. Nikt mi nie udzielał rozgrzeszenia, a jednak stałem się w widoczny sposób niepokalanie czysty. To był cud przeistoczenia. Awatar, którego na mojej osobie Marian Turski dokonał mimochodem.

   Takich cudów musiało być dużo, dużo więcej, skoro  na pogrzeb Mariana przybyli sami jego przyjaciele, a było ich na Cmentarzu Żydowskim przy Okopowej nie setki, jak podawała państwowa telewizja,  lecz tysiące. Żałuję , że z powodu kataru nie mogłem uczestniczyć w ceremonii. Oglądając transmisję telewizyjną w TVP mogłem jednak spojrzeć z bliska w twarz rabina recytującego kadisz w języku hebrajskim i po raz pierwszy w długim życiu wsłuchać się w śpiewną mowę, jakże dystyngowaną w porównaniu z jidisz, lepiej mi znanym ze słyszenia.

                                                                                          Jakub Kopeć

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.